• 12 października 2016
  • komentarzy
  • 2198 osób przeczytało
  • to!

Potrzebujemy samotności

Meg Meeker

Sama. Zupełnie sama. My matki na myśl o chwili samotności wpadamy w stan euforii. Czy spędzamy cały dzień na uganianiu się za brzdącem, czy zmagamy się w biurze z terminami, wszystkie marzymy o chwili spokoju i ciszy pod koniec dnia. Prawda jest taka, że potrzebujemy samotności. Choć nie możemy przetrwać bez przyjaciół, wspólnoty i rodziny, potrzebujemy zdrowej dawki bycia samej, żeby móc odzyskać fizyczne, mentalne, emocjonalne i duchowe siły. Być może czytasz to i myślisz sobie: czy to żart? Jak niby miałabym mieć choć chwilę na osobności, skoro moje dzieci, praca i mąż nieustannie wymagają ode mnie czasu i energii? Wiele z nas zabieganych matek ma taką właśnie hierarchię wartości – uważamy, że wszystko i wszyscy są ważniejsi od nas i wszystko wokół nich musi być zrobione natychmiast. To jednak odbija się na naszym zdrowiu i nastroju. Czujemy, że wszystko nas przerasta. Jeśli z całej tej książki nauczysz się tylko jednej rzeczy, to bardzo bym chciała, żeby to było właśnie to: spójrz krytycznie na swój dzień i znajdź sposób, żeby jednak zwolnić. Znajdź chwilę na ciszę, na mniejszy hałas, na cieszenie się byciem samą.

Zastanówmy się, co oznacza samotność. Oczywiście większość z nas nie ma wiele czasu, który mogłaby przeznaczyć na chwilę na osobności. Nie ma co wpadać w rozpacz. To naturalne, że gdy masz małe dzieci, nie masz nadwyżek wolnego czasu. Chwila samotności to może być ten moment, gdy czekasz, aż twoja córka skończy trening piłki nożnej. Wyłącz wtedy radio. Albo może pójście po zakupy. Posiedzenie sobie w samotności przy biurku przez piętnaście minut, gdy dzieci są już w łóżkach. Możesz wykraść te chwilę ciszy w różnych porach dnia w różnych miejscach. Ja na przykład bardzo sobie cenię chwile w samochodzie. Inne miejsca? Wanna, prysznic, biuro, nawet podwórko za domem. W samotności chodzi nie tylko o to, żeby być przez chwilę samemu, ale o to, żeby nie męczył cię wtedy hałas radia, iPoda, komórki czy dzieci w pokoju. Samotność polega nie tylko na tym, żeby w ciągu dnia odsunąć się na chwilę od ludzi, ale na tym, żeby celowo znaleźć chwilę ciszy. Dlaczego samotność jest taka ważna? Samotność jest kluczowa, bo nas zmienia. Wzmacnia nasze związki z bliskimi, zaostrza naszą wrażliwość na siebie i innych, przynosi spokój, uzdrawia, pozwala się skupić i nie stracić głowy przy przeładowaniu obowiązkami, a nawet może przyczynić się do dłuższego życia. Prawdziwa samotność to zapomniana sztuka. Mówię tu o prostym znalezieniu czasu dla siebie, takiego bez przyjaciół, siłowni czy załatwiania spraw. Mówię tu o byciu samemu w ciszy. Taka samotność polega na odprężeniu się, na zamyśleniu lub – równie często – niemyśleniu. To czas refleksji, zatrzymania się czy medytacji. Gdy myślimy o tym, postrzegamy to jako coś nieamerykańskiego, bo nie potrafimy już nic nie robić. W samotności na pozór niczego nie osiągamy, a taka idea jest zupełnie obca większości amerykańskich matek. Musimy jednak oswoić się z nią, bo jej potrzebujemy

W samotności chodzi o coś więcej niż zrozumienie, kim jesteśmy, i wyostrzenie naszej wrażliwości na siebie i innych. Samotność pozwala nam na odzyskanie więzi z naszą głębszą częścią zwaną ośrodkiem duchowym. Filozofowie, mistycy i przywódcy religijni opisywali tę część nas jako ducha. Jest to niewidzialny, nieuchwytny ośrodek tego, czym jesteśmy. Nie czujemy go, nie widzimy go, ale wiemy, że istnieje. Nasz duch czy dusza nadaje nam wartość i znaczenie przekraczające to, co możemy wyartykułować.

Co ciekawe, matki dotknięte potwornym bólem często mówią zupełnie otwarcie o sprawach duchowych. Kobiety zmagające się z chronicznymi chorobami (czy to fizycznymi, czy psychicznymi), z alkoholem, narkotykami, zespołem stresu pourazowego, depresją czy innymi poważnymi problemami zmuszone są szukać odpowiedzi na swoje cierpienie. Szukając, podejmują decyzję na temat swoich możliwości, swojego człowieczeństwa i istnienia tej części w nas, która łączy się z Bogiem. Zdesperowane w swoich poszukiwaniach ulgi w emocjonalnym, fizycznym czy mentalnym cierpieniu, te matki podwajają wysiłki, by znaleźć coś lub kogoś, kto pomoże im lepiej niż wszyscy inni.

Nic więc w tym dziwnego, że matki, które mają ciężkie życie, częściej decydują się na modlitwę czy medytację. Robią tak, bo uparcie szukają pomocy. I znów samotność i cisza prowadzą do modlitwy i dają siłę, by stawić czoła prawdzie o tej naszej codziennej walce. Dzięki temu matki stają się wrażliwsze, bardziej wyczulone na niuanse swoich zmagań, aż w końcu potrafią pogodzić się ze swoim życiem i cierpieniem. Lecz to nie wszystko. Jest przecież jeszcze spotkanie z duchem innego – Boga. Tu kryje się tajemnica spokoju, jaki wiele matek odczuwa w samotności. Gdy czujemy, że nasz duch łączy się z niewidzialnym Bogiem, znamy już prawdę, choć nie potrafimy jej wypowiedzieć. To bardzo głęboka, osobista wiedza. Londa wie już, co ona oznacza.

Kiedy poznałam Londę, od razu ją polubiłam. Nasze dzieci poszły do tego samego przedszkola i wystarczyła jedna rozmowa, a już byłyśmy zaprzyjaźnione. Z perspektywy czasu myślę, że przyciągała mnie jej zwyczajność. Nie była bynajmniej perfekcjonistką – należała raczej do tych mam, które na drugie śniadanie pakują dzieciom kupione w sklepie ciasteczka albo niedopieczone brownies. Miała przy tym niesamowitą energię. Zabierała swoje dzieci wszędzie, ale gdy uznała, że ciąga je za długo po mieście, po prostu zachodziła z nimi do jakiegoś parku i się bawiła. Wyglądała na mamę, z którą dzieci wprost świetnie się bawią.

Przez dwa następne lata zauważyłam, że Londa wciąż chudnie. Nie należała do odchudzających się kobiet. Wręcz przeciwnie, uwielbiała gotować i jeść i nieraz żartowała, że musi się naprawdę pilnować, bo – jak przyznawała – aż za bardzo lubi jeść. Widziałam, że ma coraz większą huśtawkę nastrojów i że odbija się to na jej dzieciach i całej rodzinie. Rosła w niej coraz większa złość, ale – powiedziała mi potem – ukrywała ją jak mogła już od lat. Była coraz bardziej niespokojna i podenerwowana. Jej niepokój czaił się niczym leopard schowany za drzewem i gotowy do ataku.

Pewnego sobotniego poranka zadzwonił do mnie jej mąż. Nocą zawiózł Londę do szpitala. Miała napad paniki. Lekarze poinformowali go, że Londa ma załamanie nerwowe i musi zostać w szpitalu. Zrobiło mi się słabo. Moja przyjaciółka cierpiała, była zdezorientowana, pewnie wręcz przerażona. Przez pięć dni leżała w szpitalu, gdzie podawano jej środki uspokajające. Gdy wypisano ją ze szpitala, wróciła do domu i przez dwa następne lata korzystała z porad wspaniałego terapeuty.

Nigdy nie zapomnę rozmowy, którą miałyśmy kilka lat potem. Oczywiście bardzo chciałam wiedzieć, co się właściwie stało. Czy przytrafiło jej się coś złego, o czym nikt nie wiedział?

Co wywołało taki wybuch emocji, że doszło do załamania? Ale kiedy zadałam jej to pytanie, odpowiedziała cicho: – Nie jestem pewna.
Zdumiona tą odpowiedzią drążyłam temat. – No, ale co powiedzieli lekarze w szpitalu? Co mówi twój terapeuta?
– Mój pierwszy lekarz myślał, że to coś z przeszłości, że coś, co w sobie dusiłam, wywołało ten niepokój. Terapeuta natomiast podejrzewał, że nigdy nie nauczyłam się odpowiednio wyrażać pewnych emocji i że być może to przyczyniło się do mojego niepokoju. Ale myślę, że to wyszło tak jakoś naturalnie. Mój brat też na to cierpi i to całe swoje dorosłe życie. Nie umiem powiązać tego z żadnym konkretnym wydarzeniem. Ale to chyba także dlatego, że nie czuję takiej potrzeby. Najważniejsze, że już wiem, jak nad tym panować. Myślę, że znalazłam już na to dobry sposób. Moje zainteresowanie sięgnęło zenitu.
Co to za sposób?
– Odkryłam, że moje ciało i mój umysł pędzą jak szalone. Czasami czuję się dosłownie tak, jakbym miała w głowie silnik porsche. Myśli, pomysły, rzeczy, które warto by zrobić, zaczynają krążyć mi w głowie, a dotąd gdy tak się działo, realizowałam je. Gdy motor przyśpieszał, ja też. To mnie wykańczało fizycznie, bo robiłam dosłownie wszystko, ale – i to jest dość dziwne – naprawdę lubiłam tak postępować. Problem w tym, że ta metoda się po prostu nie sprawdzała. Nie nadążałam za własnymi pomysłami – ciągnęła. – Angażowałam się w zbyt wiele spraw, nie mogłam spać, a gdy tylko zaczynała się bezsenność, staczałam się już po równi pochyłej. Im byłam bardziej zmęczona, tym większą miałam gonitwę myśli. Wszystko wokół mnie pędziło jak szalone. Jadłam coraz chaotyczniej. Czułam, jak mój umysł już próbuje przerobić jakąś następną rzecz do załatwienia (a te nigdy się nie kończyły). Ale zaczęłam mówić sobie stop. Zamykałam się z dala od dzieci i Dana na dwadzieścia minut i nauczyłam się w tym czasie wyciszać. To wszystko zmieniło.

Tu kryła się odpowiedź. Samotność. Londa najpierw identyfikowała wewnętrzny problem, a potem natychmiast szukała samotności. To mnie oczywiście zaintrygowało.

– Wygląda to tak. Gdy tylko czuję niepokój i gonitwę myśli, dzieciom włączam telewizję, a sama chowam się do sypialni. Oddycham wolniej. Siedzę na krześle w sypialni i zamykam oczy. Mów, co chcesz, ale zaczynam się modlić. Koncentruję się na Bogu. Czasami odmawiam Ojcze nasz. Kiedy indziej proszę go o pomoc. Bywa, że po prostu wyrzucam z siebie wszystko, co mi przychodzi do głowy. Ale najlepsze jest to, że zawsze gdy wychodzę potem z pokoju, czuję się spokojniejsza.

Niby świetnie, pomyślałam sobie, ale co jeśli akurat jest w parku z dziećmi, w sklepie albo na kolacji ze znajomymi? Co robi wtedy?
– Zrozumiałam, że te chwile w samotności są dla mnie tak ważne, że jeśli nie ma innego wyjścia, zostawiam wózek pełen zakupów na środku sklepu i chowam się na dziesięć minut w samochodzie. Albo przepraszam przyjaciół i zamykam się na chwilę w łazience. Może to wygląda na czyste szaleństwo, ale działa.

Wiele z nas nie zmaga się z tak poważnymi napadami niepokoju jak Londa, ale to nie ma znaczenia. To, co pomogło mojej przyjaciółce w kontrolowaniu jej paniki, może pomóc każdej z nas matek z innymi problemami: frustracją, zmęczeniem psychicznym, podenerwowaniem. To właśnie jest najistotniejsze w samotności. Pomaga na najróżniejsze stresy. A wszystkim nam potrzeba w życiu odrobiny spokoju.

A samotność daje spokój. Spokój nie przychodzi, gdy się bez sensu nawija, głowi nad życiem czy czyta o spokoju. Spokój przychodzi przez bezruch. Nie czczy bezruch, ale aktywny bezruch. Prawdę powiedziawszy, nie spotkałam jeszcze matki, która odczułaby głęboki spokój bez przygotowania się na niego. Nikt mi jeszcze nie powiedział, że da się po prostu wyjść, znaleźć spokój i sobie go zagarnąć. Spokój jest ulotny i niesprecyzowany. Jak w przypadku naszych dusz – wiemy, że go mamy, a w każdym razie na pewno wiemy, kiedy go nie mamy. Lecz jest to niezwykle cenny towar i jest tak od wieków. Kluczem do niego jest otworzenie mu drzwi i znalezienie dla niego miejsca w swoim życiu.

Meg Meeker, 10 zwyczajów, szczęśliwych matek,Wydawnictwo M,  Kraków 2014

Meg Meeker