• 30 czerwca 2015
  • komentarzy
  • 3391 osób przeczytało
  • to!

Jak się kłócić?

Grzegorz Iniewicz

Czy w związku warto walczyć o wszystko, czy czasem lepiej machnąć ręką dla świętego spokoju?
Zawsze warto zadać pytanie, czy akurat o tę konkretną kwestię warto się kłócić i czy o nią tutaj rzeczywiście chodzi. Zdarza się, że inicjujemy awanturę, żeby coś odreagować. Bo np. szef nas w pracy wkurzył, mieliśmy ciężki dzień i to wszystko przynosimy do domu. To po pierwsze. A po drugie często kłócimy się o drobiazgi, np. niewyniesione śmieci czy bałagan na stole. Jednak zazwyczaj prawdziwe powody są gdzieś głębiej ukryte. Żona może zrobić awanturę mężowi o to, jak się ubrał, gdy mają iść w odwiedziny do jej rodziców. I kłótnia jest niby o ten strój, ale faktycznie o to, co jej rodzice pomyślą sobie o niej, że może nie dba o swojego męża. 
Pamiętam pewną parę, młode małżeństwo na dorobku. Ona do pracy potrzebowała dobrego komputera, jej mąż po cichu odkładał pieniądze, żeby jej taki kupić. To miał być prezent. Ale w międzyczasie jej ojciec zafundował córce bardzo dobrze wyposażony i bardzo drogi komputer i wtedy zaczęły się konflikty. Kiedy ona prosiła męża, żeby coś jej zainstalował, on się odcinał: „Zrób sobie sama albo poproś tatusia”. Dla tego mężczyzny komputer nabrał wyjątkowego znaczenia. Jak się okazało, ten gest teścia odczytał jako informację, że on nie jest wystarczająco dobry w swojej pracy, bo nie może takiego kupić żonie. 
Kłótnie często wybuchają wokół błahych spraw: kto ma umyć naczynia, wyjąć pranie – rekordziści z mojego gabinetu miesiąc trzymali wyprane rzeczy w pralce. W trakcie terapii okazało się, że to była bardzo skomplikowana sprawa, ponieważ kobieta włączała pralkę zawsze wtedy, kiedy reszta domowników miała iść spać, a mieszkanie mieli małe i tę pralkę było wszędzie słychać. Następnego dnia wkurzony mąż odmawiał wieszania tego prania.

Czy zawsze w zwykłej kłótni jest jakieś drugie dno?
Nie, czasami pokłócimy się faktycznie o tę konkretną rzecz. Częściej jednak okazuje się, że problem jest zupełnie gdzie indziej. W przypadku tej pralki tak właśnie było. Kiedy przestaliśmy już rozmawiać o praniu, okazało się, że w tej rodzinie są bardzo poważne konflikty. Przede wszystkim o to, kto i jak ma podejmować decyzje, wokół kogo jest organizowane życie rodzinne: czy wokół tej kobiety, czy mężczyzny. Pralka była tylko symbolem ich sytuacji, pretekstem do kolejnej awantury.
Kiedy analizujemy nasze kłótnie, warto się przyjrzeć, czy jest w nich jakiś powtarzający się motyw. Jeśli tak, to znaczy, że pewne kwestie nie są rozwiązywane i trzeba je przegadać.
Jeśli przed każdym weekendem kłócimy się o to, czy mamy jechać na basen, czy leżeć przed telewizorem, czy jechać na wczasy i gdzie, czy zostać w domu i opalać się na balkonie, warto usiąść i porozmawiać o swoich oczekiwaniach. Można posłuchać kogoś z zewnątrz, bo czasami łatwiej jest przyjąć niezależną opinię, nawet jeśli druga strona mówiła coś sto razy.
Kłótnie można więc pogrupować. Z jednej strony mamy głupstwa, na które warto machnąć ręką, pod warunkiem że nie przechodzą w drugą kategorię – ukryte problemy. W końcu trzeci rodzaj kłótni – te, w których pojawia się ciągle ten sam motyw. 

Kiedy sytuacja jest na tyle poważna, że warto iść do specjalisty, podjąć terapię czy mediację?
Ludzie w bardzo różnych momentach decydują się na terapię, często żałuję, że tak późno przychodzą. Wielu dopiero wtedy, kiedy pojawiają się poważne problemy psychosomatyczne u nich czy ich dzieci. Bardzo często zdarza się, że terapia pary jest poprzedzona terapią rodzinną.
Bywa też tak, że rodzice idą z dzieckiem do specjalisty i są bardzo zdziwieni, kiedy ten po kilku spotkaniach mówi: „To ja dziecku dziękuję i proszę, żebyście teraz państwo przychodzili”. W naszym żargonie mówi się, że to dzieci przyprowadzają swoich rodziców na terapię.
Do gabinetu psychologa ludzi sprowadza bezradność, duże napięcia, dezorganizacja życia, czasami pada słowo „rozwód” – chodzi mi o stwierdzenia typu: „Bo się z tobą rozwiodę”. Zazwyczaj te słowa są tylko grą, straszeniem albo poinformowaniem o pewnej gotowości, rzadko oznaczają ostatecznie podjętą decyzję.
Bywają bardzo skomplikowane sytuacje, kiedy np. dochodzi do zdrady, romansu, relacji poza parą, kiedy pojawia się trzecia osoba. Ludzie przychodzą i nie bardzo wiedzą, czy chcą jeszcze być razem. Terapeucie nie wolno podjąć decyzji za nich, nie wolno sugerować. Jedyne, co mogę, to omówić sytuację, ale każda para sama musi podjąć decyzję: czy chcemy ratować związek, czy się rozejść, ale tak, by to jak najmniej raniło nas i dzieci.

Kiedy jedno kłóci się z teściami, drugie jest między młotem a kowadłem.
Podczas takich konfliktów ta bierna osoba w związku jest w bardzo trudnej sytuacji: z jednej strony mąż czy żona, z drugiej – rodzice. Myślę, że jeżeli ktoś pokłóci się ze swoją teściową czy z teściem, to przede wszystkim powinien załatwić to z osobą bezpośrednio zaangażowaną, a nie zwoływać rodzinne konsylium i wszystkich włączać w swoje problemy. 
Jeśli między dwiema osobami jest napięcie, powinny o tym porozmawiać – pójść na spacer, do kawiarni – dogadać się ze sobą. Osoby z zewnątrz, czasem nieświadomie, przy takich okazjach mogą chcieć załatwić jakieś swoje interesy, ugrać coś dla siebie.

Na kursie przedmałżeńskim przekonuje się często, że jeśli zdarzy się kłótnia między żoną i jej teściową, mąż powinien stanąć po stronie żony, nawet jeśli nie do końca się z nią zgadza… Zapewne chodzi o to, żeby zacieśniać węzeł małżeński? Moim zdaniem jednak to nie jest najlepszy sposób, może się bowiem okazać, że jedyne, co nas będzie łączyć, to „wspólny wróg”. 

To takie bardzo polskie.
Tak. Profesor Jadwiga Staniszkis w jednym z wywiadów stwierdziła kiedyś, że na Zachodzie ludzie tworzą wspólnoty po to, żeby coś razem zrobić, w Polsce ludzi jednoczy wspólny wróg. A jak wroga aktualnie nie ma, to bez problemu zaraz go znajdziemy.
Czy mąż ma stawać po stronie żony? Moim zdaniem powinien się przede wszystkim nie wtrącać. Jeżeli żona kłóci się z teściową, to kim w tym konflikcie ma być mąż? Sędzią, rozjemcą, adwokatem, prokuratorem, terapeutą? Cała sztuka uczestniczenia w takich sporach polega na tym, żeby dawać wsparcie, a nie gotowe rozwiązania. Mąż może spokojnie powiedzieć żonie, że może teściowa ma trochę racji albo że być może nie warto się spierać. Bezkrytyczne stawanie po czyjejś stronie jest, moim zdaniem, mało sensowne.
Nawet jeśli małe dziecko kłóci się z kimś w piaskownicy, muszę rozeznać całą sytuację, a nie działać schematycznie. Niedobrze jest cały czas tłumaczyć inne dzieci – a to, że są młodsze, a to, że nie mają takich zabawek – ani cały czas bezkrytycznie bronić swojego dziecka.
Wracając do konfliktów rodzinnych – bliska osoba też powinna mieć możliwość powiedzieć coś wprost: słuchaj, tutaj trochę przesadziłaś/przesadziłeś.

rozmawiała Beata Legutko

jak_przezyc_z_tesciami_70mn_cmyk

Grzegorz Iniewicz

dr psychologi, psychoterapeuta, prowadzi terapię indywidualną i par