• 15 października 2015
  • komentarzy
  • 2163 osób przeczytało
  • to!

Do widzenia znaczy dzień dobry

Meg Meeker

Żadna matka nie może pozostawać w naprawdę bliskiej relacji ze swoim synem, dopóki go nie wypuści na wolność. Ból, jaki się z tym wiąże, jest unikatową cechą więzi między matką a synem. Ojcowie nie muszą wypuszczać synów na wolność, bo w sensie psychologicznym chłopcy nie mają potrzeby odseparowywania się od ojca. Ponieważ obaj są płci męskiej, chłopcy dorastając, budują z ojcem inny rodzaj więzi. Podobnie matki nie muszą oddzielać się od córek w taki sposób, jak oddzielają się od synów, i nasze córki nie mają potrzeby odrywania się od nas w takim samym stopniu co synowie. Jasne, że córki muszą odnaleźć własną tożsamość i osiągnąć niezależność. Jednak na przykład ich seksualność nie wymaga tego, by się całkowicie od nas odseparowywać. Natomiast syn, aby zrozumiał swoją męskość, posiadł właściwą mężczyźnie seksualność i tożsamość płciową, musi zdystansować się od swojej matki, ponieważ gdy w trakcie tego procesu pozostanie w zbyt bliskiej z nią relacji emocjonalnej, będzie to dla niego zbyt mylące i skomplikowane.

Podobnie mężczyzna, który ma się ożenić, musi przeciąć więź ze swoją matką, gdyż w innym wypadku jego małżeństwo nie będzie zdrowe. Córka może pozostawać w bliskiej emocjonalnie relacji ze swoją matką i cieszyć się silnym małżeństwem, ale dla syna to znacznie trudniejsze. Porozmawiaj tylko z kobietą, której mąż nie uwolnił się spod wpływu swojej matki. Dziewięć i pół na dziesięć razy będzie to nieszczęśliwa żona.

Dorastającego syna przeprowadzamy przez wiele faz oddzielania się od nas. Są to kolejne podejścia do ostatecznego pożegnania, które musi nastąpić, gdy syn jest młodym, ale w pełni dojrzałym mężczyzną. Może to być moment jego ślubu, przeprowadzka na drugi koniec kraju w związku z podjęciem pracy lub wstąpienie do armii. Okoliczności ostatecznego „do widzenia” w każdym wypadku są inne, ale matka wyczuwa, kiedy ten moment nadchodzi. Wtedy w pełni sobie uświadamiamy, że w naszym życiu dokonało się coś istotnego. Napociłyśmy się, namodliły, napłakały, nakłóciły i dały z siebie wszystko, żeby być możliwie najlepszą matką. Niektóre z nas dochodzą do tego punktu z ogromnymi wyrzutami sumienia, podobnie jak Aimee wobec swoich starszych dzieci. Jedno jest pewne: kiedy nadchodzi czas, żeby całkiem wypuścić syna, żadna z nas nie jest na to gotowa. Zawsze sprawia nam to ból.

Patrzysz, jak stoi przy ołtarzu, czekając na pojawienie się w drzwiach kościoła ubranej na biało miłości jego życia, albo patrzysz, jak w wojskowym mundurze wsiada do samolotu – ten widok zawsze wyciska matce łzy. Nasz mały chłopiec już nas nie potrzebuje. Ogarnia nas uczucie pustki. Tracimy oddech, coś dławi nas w gardle. Wszystkie pocałunki, jakimi go obsypywałyśmy, i wszystkie nasze krzyki, których być nie powinno, w tej chwili stają nam przed oczami. Słyszymy jego radosny dziecięcy śmiech i przypominamy sobie widok jego oczu pełnych łez. Uświadamiamy sobie, że dotychczasowe życie z synem, takie, jakie znałyśmy, należy do przeszłości. Czas naprawdę pozwolić mu odejść – do innej kobiety, do nowej pracy, do życia, które sobie wybrał. Musimy dać mu odejść, choćby nie wiadomo ile miało to nas kosztować, ponieważ zrozumiałyśmy, że od tej chwili on sam, Bóg lub coś innego ma pełną władzę nad jego życiem. Nie my.

Choć jest to dla nas tak bolesne, stanowi bardzo ważny rytuał przejścia. Całą sobą będziemy pragnęły trzymać się przeszłości, błagając los, by wróciło to, co wrócić nie może. Czas idzie do przodu, nie cofa się, i my musimy iść razem z nim. Nie możemy sobie pozwolić na przywiązanie do tego, co było, bo syn będzie przez to cierpiał. Zostawienie przeszłości za sobą boli nas, ale chcemy zatrzymać czas dla siebie, nie zaś dla syna, i o tym musimy zawsze pamiętać. Przypomnijmy sobie słowa księdza Johna Riccardo. Powiedział mi, że w momencie gdy matka oddała go Bogu, poczuł głęboką i cudowną przemianę ich wzajemnej relacji. Powiedział, że od tej chwili łączy ich nowy rodzaj bliskości, jakiej nie doznawali wcześniej. Wiedział, że nie doświadczaliby tej bliskości, gdyby jego matka nie powiedziała mu „do widzenia”.

Na tym polega wielka tajemnica jedynej w swoim rodzaju więzi matki z synem. Dając synowi odejść, w rzeczywistości go odzyskujemy. Syn powraca do nas jako mężczyzna wolny od naszych potrzeb i pełen wiary w siebie. Wychowałyśmy go i mu służyłyśmy, a po zakończeniu tego okresu otwiera się nowy rozdział życia. Teraz jest czas, by był mężczyzną, który chce cieszyć się, oprócz innych rzeczy, z towarzystwa kochanej matki. Teraz podejmuje się udzielenia nam pomocy, gdy jesteśmy w potrzebie, śledzenia naszego życia z odległości lub telefonowania do nas, żeby się zameldować i upewnić, że jesteśmy zdrowe i czujemy się kochane.

Obserwując własnego syna, jak się przeobrażał we wspaniałego mężczyznę, czułam delikatne przejście od bycia jego matką do bycia jego przyjacielem. Był typowym nastolatkiem. Jak większość chłopców w tym wieku wzbraniał się, bym w miejscu publicznym dotknęła go, i dystansował się ode mnie w sposób, który był dla mnie przykry – ale teraz, jako dorosły mężczyzna, pozwala mi się obejmować w każdych okolicznościach. Zawsze mnie to ekscytuje. Upływ czasu ma tę dobrą stronę, że zmieniają się nasi synowie i my same, choćbyśmy tego nie chciały. Oni mężnieją, a my słabniemy. Mężczyzna przed trzydziestką nie wstydzi się okazywania matce czułości, ponieważ jego optyka jest optyką człowieka dorosłego, nie dziecka, i jako dorosły widzi nas inaczej. Jesteśmy od niego mniejsze, drobniejsze. Przewyższa nas siłą fizyczną. Gdy to sobie uzmysłowi, widząc naszą kruchość, czasem staje się wobec nas opiekuńczy. Kiedy mój syn żartuje sobie z moich osłabionych rąk i nóg, to wiem, że zauważa moje starzenie się.

Mój syn w pełni sobie uświadomił istnienie starości, gdy ja i mąż opiekowaliśmy się moimi rodzicami w ostatnich paru latach ich życia. Mój ojciec miał poważną demencję. Przez pięć lat mieszkał w pobliżu nas, abyśmy mogli mu zapewnić opiekę. Syn często zostawał z dziadkiem, gdy ja zabierałam moją matkę na sprawunki. Kiedy mój ojciec umarł, syn miał dziewiętnaście lat i był w głębokiej żałobie. Kilka miesięcy później spadłam z pomostu i nabiłam się na metalowy pręt wystający z dna jeziora. Wydostałam się z wody i zemdlałam. W ciągu paru minut mój syn mnie ocucił i spakował rzeczy potrzebne do szpitala. Rekonwalescencja trwała długo. Przez kilka tygodni musiałam leżeć na plecach. Syn właśnie miał wakacje i zajął się mną. Kiedy musiałam się ruszyć, pomagał mi wstawać z kanapy. Gotował posiłki. Zrobił dla mnie „dzwonek”, wypełniwszy słoik kamykami i zabezpieczywszy metalową pokrywką. Miałam nim potrząsać w razie potrzeby (próbowałam nie wykorzystywać syna i nie dzwonić zbyt często!).

Pół roku później umarła moja matka. Syn był ponownie w żałobie. W kolejnych miesiącach zaczęłam zauważać u niego cechy do tej pory u niego niespotykane. Częściej dzwonił z uczelni, na której studiował. Dawniej telefonował tylko w konkretnej sprawie. Teraz, po śmierci moich rodziców, dzwonił, żeby sprawdzić, co u mnie słychać. „Jak się dziś czujesz, mama?” – pytał.

Najpierw zdawało mi się to dziwne, bo do tej pory to ja martwiłam się o niego. Czy bezpiecznie wrócił na kampus? Poznał kogoś fajnego? A tu nagle to on mnie pyta, czy wszystko u mnie dobrze. Wkrótce przyzwyczaiłam się do jego telefonów. Zaczęłam mu opowiadać, co faktycznie działo się u mnie w ciągu dnia. Przestałam się martwić o jego reakcję, bo wiedziałam, że nie obciążę go moim smutkiem, gdyż sobie poradzi. Kiedy był młodszy, oczywiście ukrywałam przed nim moje lęki i smutki, bo nie chciałam go martwić. Teraz to się zmieniło. Jest mężczyzną i to on inicjuje zmiany.

Kilka lat upłynęło od śmierci moich rodziców i mojego wypadku. Syn ma już dwadzieścia kilka lat. Wciąż do mnie dzwoni kontrolnie, przy okazji opowiada o tym, co się dzieje u niego. Pojechał na trzy miesiące na kurs do Argentyny i bardzo mi go brakowało, ale równocześnie byłam spokojna i dumna, że synowi życie się układa zgodnie z jego zamierzeniami. Szczerze mogę powiedzieć, że obecnie łączy nas więź bliższa niż kiedykolwiek.

Coś dziwnego dzieje się w momencie, gdy matka pozwala odejść swojemu małemu synkowi. Wraca do niej mężczyzna – nie jakiś tam mężczyzna, ale mężczyzna, który podziela jej wartości, zna jej niedociągnięcia, akceptuje jej słabości i dba o nią jak żaden inny. Jest jej synem, ona jego mamą.

I czegóż lepszego chcieć od życia?

 

matki_1_4_v3

Meg Meeker