• 13 lutego 2019
  • komentarzy
  • 239 osób przeczytało
  • to!

Uczucia bramą dialogu

Każdy człowiek reaguje na różne wydarzenia, które przeżywa, w których uczestniczy, o których rozmawia, wspomina lub planuje, w sposób mniej lub bardziej emocjonalny. Uczucia są pierwszymi spontanicznymi, wewnętrznymi reakcjami na wydarzenia, sytuacje, w jakich się znajdujemy. Wyrażają stan psychiczny wobec aktualnych bodźców. Ten stan możemy określić jako przyjemny lub przykry. Dobra wiadomość, którą otrzymaliśmy przez telefon, wywołuje zadowolenie, radość, natomiast wiadomość o śmierci kogoś bliskiego – smutek, zanim jeszcze zapytamy, kiedy pogrzeb i w jaki sposób mamy pomóc w przygotowaniach do pogrzebu. Uczucia w chwili pojawienia się nie podlegają ocenie. Są niezależne od rozumu i woli. Ich intensywność zależy od naturalnej cechy osobowości, jaką jest emocjonalność. Uczucia, w chwili pojawienia się, nie są więc moralnie ani dobre, ani złe. Po prostu są. Ocenie podlega dopiero to, co z tymi uczuciami zrobimy: czy zachowania, postawy, decyzje podejmujemy wyłącznie na podstawie uczuć, czy też przy pomocy rozumu i woli. Tak więc uczucia można „mieć”, mogą się pojawić, ale możemy je żywić, karmić, podsycać i dopiero ta sytuacja podlega ocenie moralnej. Szczególnie dotyczy to uczuć przykrych. W Księdze Przysłów znajdziemy pojęcie „żywienia uczuć” odniesione do złości: Gdy człowiek żywi złość przeciw drugiemu, jakże u Pana szukać będzie uzdrowienia? (Prz 28,3). O nagannym podsycaniu w sobie niektórych uczuć i zgubnym tego wpływie na więź międzyludzką pisze św. Jakub: Jeżeli żywicie  w sercach waszych gorzką zazdrość i skłonność do kłótni, to nie przechwalajcie się inie sprzeciwiajcie się kłamstwem prawdzie (Jk 3,14). 

W literaturze odróżnia się często emocje od uczuć. Pierwszą spontaniczną reakcję na bodźce zewnętrzne nazywa się często emocją, a uczucia uważa się za świadomą interpretację emocji. Jednak z uwagi na trudną do rozróżnienia granicę używa się tych pojęć zamiennie. W niniejszej pracy przyjęto taką właśnie konwencję. Świadomy pewnego uproszczenia, nadaję silnym, gwałtownie pojawiającym się uczuciom nazwę emocji.

Nie nazywajmy uczuć dobrymi ani złymi, pozytywnymi ani negatywnymi, co pojawia się w różnych publikacjach, a nawet podręcznikach psychologii, ale po prostu przyjemnymi i przykrymi. Przeżywanie smutku z powodu zgubienia portfela nie można nazwać ani uczuciem złym, ani negatywnym; może bowiem zmobilizować mnie do większej ostrożności i uwagi w jego używaniu przy kasie. Uczucie sympatii czy zakochania nie jest uczuciem dobrym ani pozytywnym, gdy prowadzi do zdrady małżeńskiej, jest natomiast uczuciem przyjemnym… Uczucie lęku może stać się przeżyciem paraliżującym i wtedy może wywołać zachowania i postawy destrukcyjne. Może natomiast zmobilizować do działań uprzedzających negatywne skutki źródła lęku. Lęk o drugą osobę nie jest uczuciem negatywnym. Lęk sam w sobie nie jest więc moralnie ani dobry, ani zły, ani pozytywny, ani negatywny. Natomiast jest na pewno uczuciem przykrym. Podobnie z wszystkimi innymi uczuciami. 

Potwierdzenie słuszności takiej koncepcji odnajduję także w Liście św. Pawła do Koryntian. Znajdziemy tam opis sytuacji, kiedy to uczucia przykre doprowadziły do postaw moralnie słusznych. Smutek, jaki przeżywali Koryntianie, wywołał w nich, zdaniem św. Pawła, nienaganne postawy: A chociaż może zasmuciłem was moim listem, to nie żałuję tego; nawet zresztą, gdybym żałował, widząc, że ów list napełnił was na pewien czas smutkiem, to teraz raduję się – nie dlatego, żeście się zasmucili, ale żeście się zasmucili ku nawróceniu. Zasmuciliście się bowiem po Bożemu, tak iż nie ponieśliście przez nas żadnej szkody. Bo smutek, który jest z Boga, dokonuje nawrócenia ku zbawieniu, którego się potem nie żałuje, smutek zaś tego świata sprawia śmierć. To bowiem, że zasmuciliście się po Bożemu – jakąż wzbudziło w was gorliwość, obronę, oburzenie, bojaźń, tęsknotę, zapał i potrzebę wymierzenia kary. We wszystkim okazaliście się bez nagany (2 Kor 7,8-11).

Wspomniałem już, że na podstawie pojawiających się uczuć nie powinno się oceniać drugiego człowieka. W codziennych drobnych konfliktach często pojawiają się oceny: „ty zawsze”, „ty znowu”, „ty nigdy” powtarzane w różnych okolicznościach. Ty nigdy nie potrafisz ubrać się jak człowiek, ty zawsze się spóźniasz, ty znowu zapomniałeś przynieść mi książkę. Wyrażają one uczucia przykrości, zawodu, rozczarowania, niechęci, urażenia. Ale wyrażają mój stan wewnętrzny i zazwyczaj przenoszenie ich na partnera jest dla niego krzywdzące. Ubrał się tak, jak zdawało mu się, że będzie najlepiej, spóźnił się, bo w kwiaciarni była kolejka, zapomniał o książce, bo… nieważne. Poczuł się dotknięty, skrzywdzony, ale nie potrafił tego wypowiedzieć, tylko ocenił, że ona jest wredna i ciągle mu coś wypomina. Podzielenie się uczuciami byłoby znacznie bardziej twórcze. Skłoniłoby do podjęcia samemu kroków do zmiany czegoś w sobie. Bo przecież zależy mu na niej. Może łatwiej byłoby mu przeznaczyć więcej czasu na kolejkę, pamiętać o książce itd. Psycholodzy uważają, że umiejętność nazwania swoich uczuć, podzielenia się nimi oraz zdolność do przyjęcia i akceptacji także trudnych uczuć pojawiających się we współmałżonku jest podstawą umiejętności komunikacji przede wszystkim w małżeństwie, ale także między ludźmi wogóle18. Zgadzam się z takim postawieniem sprawy w odniesieniu do małżeństwa oraz innych osób bliskich sobie, z których obie strony poznały, przynajmniej w ogólnym zakresie, podstawy komunikacji interpersonalnej – którzy mają wolę porozumienia i próbują dzielić się uczuciami, przyjąć uczucia drugiej strony, starają się empatycznie słuchać i asertywnie mówić. W przeciwnym razie może dojść do odrzucenia tego rodzaju dzielenia się. Przestrzegam też przed próbą manipulacji tego rodzaju dzieleniem się do wygrania swoich interesów. Był czas, kiedy w naszym małżeństwie dzielenie się uczuciami miało charakter informacyjny inie przynosiło nic w zakresie poprawienia naszej komunikacji. Zdarzały się nawet stwierdzenia w rodzaju: to twoja sprawa, że tak to przeżywasz. Oznaczało to wzajemne odrzucenie siebie jako osób. Na szczęście może być inaczej. 

Kiedyś stałem w przedpokoju, a Irenka, wychodząc z pokoju, powiedziała: jestem wściekła, gdy mówisz do mnie w ten sposób. Dziś zupełnie nie pamiętam, o co chodziło i w jaki sposób mówiłem do Irenki, ale to, co powiedziała, zrobiło na mnie duże wrażenie. Spodziewałem się bowiem pingpongowego ataku, oceny, na którą odruchowo odpowiedziałbym w podobny sposób. Tymczasem usłyszałem podzielenie się uczuciem i jej opis siebie samej w tym wydarzeniu. To niesłychanie zmniejszyło we mnie napięcie.

Irenka jak gdyby wzięła na siebie ciężar owego wydarzenia. Nie przerzuciła go na mnie, że to znowu ja jestem taki czy inny iże ze mną w ogóle nie da się rozmawiać… Poczułem się nagle uwolniony od winy za powstałą sytuację, bo oczywiście uważałem, że mówię do niej w sposób normalny, adekwatny do sytuacji, jednym słowem, że jestem w porządku. Tego rodzaju reakcja Irenki uzmysłowiła mi, że naruszyłem jej autonomię, jej sposób przeżywania danej sytuacji i wywołałem wściekłość. Nie czułem się oczywiście odpowiedzialny za pojawienie się w Irence uczucia wściekłości, ale poczułem się odpowiedzialny za dalsze swoje zachowanie. Chodziło oto, bym tego uczucia wściekłości w Irence nie podtrzymywał dalszymi swoimi wywodami. Było to o wiele bardziej twórcze niż udowadnianie swoich racji. Nigdy bym ich nie udowodnił, co najwyżej skłonił Irenkę do poddania się. Oczywiście mogłem zareagować: „to twoja sprawa, że jesteś wściekła”. Byłby to jednak szczyt cynizmu. 

Chciałbym w tym miejscu bardzo wyraźnie podkreślić, że nie jesteśmy odpowiedzialni za pojawianie się uczuć w drugim człowieku, jeżeli nie czynimy tego świadomie, np. by wywołać w nim strach, zazdrość czy rozpacz. Jesteśmy jednak odpowiedzialni za podtrzymywanie w nim tych uczuć, widząc, że nasze postępowanie permanentnie wywołuje w nim tego rodzaju uczucia, przeradzające się w postawy utrwalające lęk, poczucie zagrożenia czy gniew. Tego rodzaju działanie byłoby przejawem manipulowania drugim człowiekiem.

Większość kryzysów w małżeństwie, i między ludźmi w ogóle, ma swoje źródło w niedojrzałości emocjonalnej.

 

Dojrzałość emocjonalna polega na umiejętności rozpoznania i nazwania swoich uczuć, niebudowania na nich postaw ani ocen, jak również na nieocenianiu drugiego człowieka na podstawie uczuć przez niego ujawnionych. Polega również na umiejętności podzielenia się swoimi uczuciami z najbliższym człowiekiem oraz zaakceptowaniu i przyjęciu nawet najtrudniejszych uczuć, którymi się podzielił. Pojawienie się uczuć przykrych nie musi oznaczać wygaśnięcia miłości, ale wręcz jej dojrzewanie. Rozpoznając uczucia, zbliżamy się do prawdy osobie.

W tradycji Spotkań Małżeńskich istnieje powiedzenie, że uczucia są przednią strażą poznania. Przypisujemy je Arystotelesowi, choć tak naprawdę nie odszukaliśmy źródła. Jest jednak w tym stwierdzeniu prawda, której nie da się pominąć. Każde nasze działanie, wypowiedzenie myśli, opinii poprzedzone jest pojawieniem się uczucia. Nie zdążę go jeszcze nazwać, a już pojawia się logika argumentów, ocena, opinia. Szczególnie zaś w sytuacjach konfliktowych, przy podejmowaniu trudnych decyzji, owocne jest przyjrzenie się swoim uczuciom, by rozpoznać, na ile one wpływają na moje zachowanie, decyzję, postawę. Uczucia pojawiają się zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet. Dość powszechnie płci pięknej przypisuje się większą emocjonalność, jednakże nie można tego zbytnio uogólniać. Czasem właśnie taka opinia utrudnia mężczyznom nazwanie swoich uczuć i dzielenie się nimi, co niejednokrotnie osłabia dialog w małżeństwie.

Uczucia nie są jakąś nadrzędną kategorią w przedstawianej drodze duchowości. Są „przednią strażą poznania”, ale podkreślamy wyraźnie, że na samych tylko uczuciach nie należy budować postaw ani ocen. Święty Tomasz aż 22 rozdziały Sumy teologicznej poświęcił uczuciom19. Wyróżnił cztery podstawowe grupy uczuć: radość, smutek, nadzieję i lęk. Jego zdaniem wszystkie inne – a wymienił ich w swoim dziele około czterdziestu – pochodzą od tych czterech. W Spotkaniach Małżeńskich opracowaliśmy listę zawierającą 125 nazw uczuć, by ułatwić uczestnikom rekolekcji nazywanie ich. Od czasu do czasu znajdujemy jeszcze jakieś określenie, którego na tej liście nie ma. Mówi to o bogactwie świata emocjonalnego. Oznacza dowartościowanie sfery emocjonalnej, ale jako natury, na której buduje łaska.

Ważne miejsce wżyciu duchowym przyznaje również uczuciom Katechizm Kościoła Katolickiego: Uczucia są naturalnymi składnikami psychiki ludzkiej, stanowią obszar przejściowy i zapewniają więź między życiem zmysłowym a życiem ducha. Nasz Pan wskazuje na serce człowieka jako na źródło, z którego wypływają uczucia (KKK 1764). Uczucia same w sobie nie są ani dobre, ani złe. Nabierają one wartości moralnej w takiej mierze, w jakiej faktycznie zależą od rozumu (KKK 1767). Katechizm powtarza więc to, co mówi psychologia. Uczucia są darem Bożym. Zostaliśmy z nimi stworzeni. Są nam dane i zadane.

Uczuć nie należy tłumić, szczególnie groźna jest tzw. represja uczuć, czyli spychanie uczuć do podświadomości i niedopuszczanie ich do ujawnienia się. Spotyka się czasem ludzi, którzy wypowiadają różne opinie, wygłaszają najrozmaitsze tezy i akcentują działania rozumne, pozbawione emocji, a są jednocześnie wewnętrznie spięci, skonfliktowani, często reagują agresywnie wobec otoczenia. Jest to rezultat między innymi nieradzenia sobie z własną sferą emocjonalną, uważaną za „niemęską”, gorszą itp. Niebezpieczna jest także negacja uczuć, czyli świadome lub podświadome zaprzeczanie ich przeżywania. Dzieje się tak przede wszystkim w sytuacjach lękowych. Uczucia warto nazwać i spokojnie się im przyjrzeć. Nazywać wprost i przyglądać się zaspokojonym lub niezaspokojonym potrzebom psychicznym, które leżą u źródeł tych uczuć. Uczucia nienazwane, zepchnięte do podświadomości, nadal wpływają na nasze postępowanie, wzmacniają postawy lękowe, agresywne. 

Pojęciem, którego dzisiaj używa się czasem na określenie porządkowania emocjonalności człowieka, jest uzdrowienie. Droga do uzdrowienia sfery emocjonalnej polega na poddawaniu ich łasce Bożej i korzystaniu z tej łaski do życia zgodnie z przykazaniem miłości Boga i bliźniego. Wątek uzdrowienia sfery emocjonalnej czytelnik zauważy w całej tej książce. Droga do uzdrowienia uczuć polega na nazwaniu ich, przyglądaniu się, jak działają, do czego prowadzą i jak je można kształtować, korzystając z łaski Bożej.

W przyglądaniu się uczuciom, zwłaszcza tym przykrym, chodzi oto, by nie zawładnęły one nami żywiołowo, abyśmy ich nie tłumili, nie spychali do podświadomości, ale abyśmy potrafili rozumem i wolą, przynajmniej w niewielkim stopniu, kształtować je w sobie inie budować na nich postaw, ocen ani tym bardziej osądów. Abyśmy mieli do nich dystans.

Próba kształtowania uczuć może spowodować przekroczenie egocentrycznej części sfery emocjonalnej i doprowadzić do miłości bezinteresownej (gr. agape, czyli łac. caritas)21. Jest to skoncentrowanie się na drugim człowieku wyłącznie dla jego dobra, uznanie dobra tego człowieka za wartość nadrzędną. Wymaga to ogromnej wrażliwości na osobę ludzką, na świat jej uczuć, wartości, duchowego bogactwa, ale także trudności, które przeżywa. Przynosi jednak ogromne owoce.

Zachęcamy małżonków, by próbowali dzielić się ze sobą także uczuciami przyjemnymi. Człowiek często wybucha gniewem, uzewnętrznia niezadowolenie, rozczarowanie, zawód, niechęć, zazdrość, ale jakże rzadko dzieli się wdzięcznością, radością. Jakże rzadko okazuje się serdeczność. Jakże rzadko jest się ze sobą, w tym osobowym znaczeniu. O ile częściej wymienia się informacje, wydaje polecenia, przyjmuje do wiadomości. Jakże rzadko okazuje się serdeczność w sposób niewerbalny, który jest równie ważny jak słowny: gestem, spojrzeniem, uśmiechem, przytuleniem, bogatym w treść milczeniem. To są drogi – jak mówimy – „odkurzania miłości”, która zagubiła się pod rutyną wzajemnych kontaktów, nadwerężonym zaufaniem.

 

Fragment książki: „Dialog jako droga duchowości”