• 4 maja 2015
  • komentarzy
  • 1620 osób przeczytało
  • to!

Nie można tylko i wyłącznie brać

Krzysztof Ziemiec

Martynę Pawlak poznałem podczas spotkania z czytelnikami w bibliotece miejskiej w Ostrowie Wielkopolskim. Po części oficjalnej i autografach – na co zawsze czekają zgromadzeni – podeszła do mnie ze swoją mamą, prosząc o dedykację. Wtedy też powiedziała, że będzie miała teraz co czytać podczas długiej podróży na Wschód. Myślałem, że jedzie na wakacje do Indii, jak robi to spora część młodych ludzi. Jednak nie. Ona wybrała zupełnie inny cel. Opowiedziała mi o sobie i swoim innym od wielu jej rówieśników życiu, a także o wyborach, które musiała podjąć.

Jak to się zaczęło?
Z wolontariatem związała się w 2005 roku, kiedy po raz pierwszy wzięła udział w zbiórce pieniędzy jako wolontariuszka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Po tym miała krótki epizod z harcerstwem, zbiórki jedzenia dla najuboższych, wolontariaty na festiwalach kulturalnych i muzycznych. Zawsze czuła nieodpartą potrzebę pomocy drugiemu człowiekowi, jednak przez dwadzieścia dwa lata żyła, jak sama mówi, „w marazmie dnia codziennego”. Szkoła, liceum, dobre studia. Podporządkowywanie się rozumowi, nie uczuciom i wewnętrznemu głosowi, który dość cicho jeszcze wtedy podpowiadał: „Nie idź tą drogą!”.

Mimo wszystko presja społeczeństwa była silniejsza. Wybrała to, czego tak naprawdę w głębi duszy nie chciała. (Skąd ja to znam!) Poszła na studia ekonomiczne, choć jej marzeniem była psychologia, turystyka lub „inne mało ważne przedmioty”. Przez trzy lata namęczyła się ogromnie, każda sesja to była katorga (podobnie było ze mną, kiedy byłem jeszcze na politechnice). Oprócz tego ludzie wokół niej nastawieni byli przede wszystkim na zysk i zarabianie pieniędzy w korporacjach. Już wtedy czuła, że nie tędy droga. To wszystko zbyt znacząco odbiegało od jej przekonań. Po trzech latach ukończyła studia licencjackie i podjęła jedną z najważniejszych i właściwie pierwszych samodzielnych decyzji w życiu – wyjechała na trzy miesiące na Kretę. Pracowała tam jako kelnerka i barmanka. To wydarzenie wiele zmieniło w jej życiu. Dopiero tam po raz pierwszy zetknęła się z ludźmi, którzy opowiadali o swoich życiowych radościach i smutkach. Wreszcie też sama zaczęła się otwierać na ludzi, na to, że każdy ma prawo jasno wypowiadać swoje poglądy i nie bać się tego, że ktoś może mieć inne. Pracowała z ludźmi z różnych środowisk, z menedżerami hotelu, paniami na zmywakach, sprzątającymi, z kucharzami i kelnerkami. Okazywała wszystkim szacunek. Tym większy, im bardziej zauważała, że ludzie pracujący fizycznie są często traktowani z lekceważeniem, a nawet pogardą przez tych ustawionych wyżej w hierarchii. Zawsze ją to bolało!

Czy to był ten moment, w którym postanowiła poświęcić swój czas dla innych? Może nie myślała jeszcze wtedy tak konkretnie, ale na pewno starała się dla każdego znaleźć chwilkę, żeby porozmawiać, uśmiechnąć się, a oni ten uśmiech odwzajemniali. Stosowała tę samą metodę również wobec gości hotelowych. Zawsze chętnie z nią gawędzili.

Na Krecie poczuła, że właśnie o to wszystkim chodzi: żeby mieć z kim pobyć, porozmawiać, pośmiać się i popłakać. Że­ by być z drugim człowiekiem. Jak bardzo dziś wielu ludziom tego brakuje!

Jak wielu z nas jest zbyt zabieganych, aby zatrzymać się na moment, żeby znaleźć czas na wysłuchanie i wsłuchanie się w drugiego człowieka. Ten wyjazd bardzo dużo dla niej znaczył. Po nim zaczęła patrzeć inaczej na ludzi, z większym zrozumieniem i radością. Przypomnę tylko, że są to przemyślenia bardzo młodej jeszcze osoby!

A ponieważ zasmakowała w wielkim i nieznanym świecie, to później przyszedł czas na Londyn. Pracowała tam przez siedem miesięcy w kafeterii oraz jako niania. Kto choć raz był w tym mieście, wie, jaki to tygiel. Ona też, jako dziewczyna z niedużego miasta, nigdy wcześniej nie miała okazji do przebywania w towarzystwie osób z aż tak odmiennych kultur, religii i stron świata. Pracowała z mieszkańcami Nepalu, Hindusami, Tajką. Mieszanka, jak sama mówi, „czasami wybuchowa”, ale dla niej była niezwykłym odkryciem. Swoją drogą to kolejne jej przeżycie, które jest bliskie także i mnie. Pamiętam podobne olśnienie, jakiego doświadczyłem w tym mieście. Dla mnie, chłopaka urodzonego w innej, bo zupełnie szarej Polsce, Londyn w 1989 roku, kiedy pojechałem tam z kolegami „na saksy”, też wydawał się nieokiełznanym i jakże fascynującym miejscem. Chłonąłem tam wówczas wszystko! Tak jak ja kiedyś, tak też młodziutka Martyna teraz czuła się jak ryba w wodzie, zadawała dużo pytań, była ciekawa. Obserwowała. Nauczyła się wyrozumiałości, cierpliwości, a przede wszystkim szacunku do przekonań, wiary i życiowych wyborów innych ludzi.

Londyn to istna mekka pieniądza, można to dostrzec na każdym kroku: w rozmowach, na wystawach sklepowych, w pracy. Wiadomo, że w dobie kryzysu każdy mówi i myśli o pieniądzach, ale w pewnym momencie zaczęło ją to przytłaczać. I wtedy zdarzyło się coś, czego się najmniej spodziewała. Pewnego dnia zadzwonił telefon. Po drugiej stronie był ktoś z organizacji zajmującej się wysyłaniem wolontariuszy w świat w ramach programu European Voluntary Service. Miał konkretny cel – zaproponować jej wyjazd na dwa miesiące do Meksyku! Oczywiście bez wahania powiedziała „tak”.

Wraz z trójką innych wolontariuszy z Polski wyruszyli w 2012 roku, na dwa miesiące, do nieznanego świata i jak się okazało pięknego życia. Miastem, w którym mieściła się siedziba organizacji goszczącej „Viva Mexico”, była Morelia w stanie Michoacán, oddalona od Mexico City o około 300 kilometrów, cztery godziny jazdy autobusem. Jednak ich pierwszy projekt odbywał się w Motín del Oro, małej wiosce leżącej na brzegu Oceanu Spokojnego. Dotyczył on ochrony żółwi morskich. Musieli wykopywać złożone przez samicę jaja i umieszczać je w specjalnie wyznaczonym do tego celu miejscu na plaży. Chronili je w ten sposób przed drapieżnikami i kłusownikami, ponieważ żółwie jajka są w Meksyku bardzo drogie. Przede wszystkim zaś chodziło o ochronę tego szlachetnego gatunku przed wyginięciem. Pracę zaczynali po północy, a kończyli często nad ranem, ale na pewno satysfakcja płynąca z powierzonej im funkcji była większa niż zmęczenie. Razem z nimi pracowali wolontariusze z Korei Południowej, Kanady, Francji i Japonii. Wszystkim przyświecał jeden cel – ochrona środowiska naturalnego. Oprócz pracy mieli też czas na poznanie mieszkańców wioski i ich zwyczajów. Choć porozumiewali się z nimi łamanym hiszpańskim, zaskarbili sobie ich zaufanie. W ostatnim tygodniu nauczyli nawet meksykańskie dzieciaki tańczyć poloneza!

Potem była Morelia i kolejny projekt. W tamtejszym Instytucie Technologicznym prowadzili klub konwersacji. Martyna zwraca mi uwagę, i ma rację, że w szkołach kładzie się nacisk na gramatykę, a nie na mówienie, czyli na praktyczną stronę nauki języka. Ich praca polegała na tym, żeby zachęcić młodych ludzi do rozmawiania po angielsku, pomóc im przełamać barierę językową. Poruszali tematy związane z kulturą, historią lub kuchnią krajów europejskich. Sami też dowiedzieli się wiele na temat kultury meksykańskiej. Te dwa miesiące wzbogaciły wewnętrznie każdego z nich. „Meksyk to przede wszystkim ludzie, bo ludzie tworzą miejsca, a nie miejsca ludzi” – przyznaje.

Pojawił się problem. Wróciła do Polski z kolorowego Meksyku i zupełnie nie wiedziała co dalej. Znalazła pracę w dziale finansowym jednej z korporacji w stolicy. Osiem godzin przed Excelem, liczenie tabelek. I tak dzień po dniu. Bez kontaktu z otoczeniem. Po paru miesiącach stwierdziła definitywnie – „to nie mój świat!”.

Koledzy chcieli zarabiać i piąć się po szczeblach kariery, a ona – pomagać ludziom! Tkwienie w tej machinie, ta absurdalna pogoń za nie wiadomo czym były dla niej jak klatka. Dlatego złożyła papiery na kolejny wolontariat – tym razem do Federacji Rosyjskiej, gdzie w czerwcu 2013 roku zaczęła pracę z młodzieżą autystyczną. To znacznie większe wyzwanie niż wcześniejsze projekty. Ale jak sama mówi – znów jej marzenie się ziściło!

Zwykły dzień
Jej obowiązki, choć sama ich tak nie nazywa, zaczynają się o dziesiątej rano. Codziennie czeka na nią około dziesięciu podopiecznych, którym towarzyszy w zajęciach. Specjalnie wyszkoleni pedagodzy prowadzą różnego rodzaju aktywności, zaczynając od porannej rozgrzewki, poprzez zajęcia plastyczne takie jak: wycinanie, rysowanie, malowanie, lepienie figurek z gliny, wycinanie drzeworytów, filcowanie, wykonywanie biżuterii, a na zajęciach muzycznych kończąc. Nie mówiąc już o grach i zabawach czy też zwykłych pogawędkach.

Martyna próbuje pomagać, służyć radą i wspierać, jeżeli czegoś nie wiedzą lub się boją. Nie jest pedagogiem, ale to nie przeszkadza, by czasami zostać z młodzieżą i wymyślić coś kreatywnego. Śpiewają razem polskie piosenki, tańczą, uczą się naszego alfabetu. Każdy podopieczny ma inny rodzaj autyzmu. Niektóre osoby mają problemy z komunikacją, często wypowiadają tylko nieliczne słowa, wolą powtarzanie swoich ulubionych czynności, czyli bawienia się zabawkami, siedzenia na kanapie i kiwania się. Inni są bardziej towarzyscy, ciekawi świata, dużo mówią.

Misza
Martyna zaprzyjaźniła się z Miszą – siedemnastolatkiem, u którego stwierdzono autyzm i zaburzenia chodzenia. Chłopak ma zaleconą nieustanną opiekę, ponieważ ma duże problemy z poruszaniem się, bywa agresywny, niekiedy bije sam siebie pięściami w głowę. Aby go uspokoić, bierze go do kuchni. Kiedy wypiją herbatę i zjedzą ciasteczka, łagodnieje się i po tym rytuale można zaczynać indywidualne zajęcia. Najpierw rozgrzewka. Składa się ona z kilku punktów: skakania na specjalnej piłce do pilatesu, która ma odpowiednie wypustki, pomagające rozbudzić zmysł dotyku. Potem następuje zakładanie obciążników na nogi, żeby Misza mógł pompować stopami, rytmicznie je podnosząc i opuszczając. Na końcu przechodzi przez tak zwaną dróżkę, czyli maty zrobione z różnych materiałów, które również pobudzają zmysł dotyku. Misza stąpa po matach z poduszkami, które są wypełnione różnymi materiałami: a to maleńkimi drewnianymi klockami, gorczycą, a to pierzem lub orzechami włoskimi. Później wycieraczki z otworami albo sztuczna trawa. Wszystko to stymuluje układ nerwowy i pomaga rozwinąć zmysł dotyku. Na koniec Misza kładzie się na karimatach i turla specjalny wałek z wypustkami, a leżąc na plecach, próbuje to samo robić nogami. Często zabiera mu to więcej niż pół godziny. Ma problemy z mobilizacją, jednak z dnia na dzień robi postępy, a kiedy powtórzy daną czynność bądź zareaguje w oczekiwany sposób, Martyna czuje wielką satysfakcję i radość z wykonywanej pracy. O trzynastej jedzą obiad, do którego zasiadają wszyscy ze starszej grupy. Po posiłku każdy obowiązkowo sprząta po sobie ze stołu, a dyżurni zmywają naczynia. W organizacji duży nacisk kładzie się na samodzielność podopiecznych. Potem do godziny piętnastej dzieci mają czas dla siebie. Wtedy ona zostaje ze starszą grupą. Grają w piłkę, rysują, śpiewają, rozmawiają o sobie i rodzinach. Czasami nie jest to łatwe… Ale jeden uśmiech na twarzy sprawia, że ulatują wszystkie zmartwienia!

Jej podopieczni
W organizacji działają dwie grupy: dzieci od siedmiu do czternastu lat oraz młodzież w wieku od piętnastu do dwudziestu i więcej. Trafiają tam dzieciaki i młodzież ze stwierdzonym autyzmem, głównie dzięki rodzicom bądź swoim znajomym. Czasem ich pojawienie się w organizacji jest dziełem przypadku. Organizacja, z którą jest związana Martyna, prężnie działa i jest rozpoznawalna w Rosji dzięki wsparciu jednej ze słynnych modelek, której siostra jest autystykiem i sama uczęszcza tam na zajęcia.

Pytam, czy to rodzaj poświęcenia. Czy nie jest za ciężko? Mówi stanowczo, że uczestnictwa w wolontariacie nie traktuje jako poświęcenia. To raczej rodzaj próby odrodzenia wartości, spojrzenia na świat za pomocą serca i duszy, a nie tylko przez pryzmat pieniędzy. Wolontariat traktuje jako wyzwanie połączone z pomocą innym ludziom, z zyskaniem czegoś znacznie ważniejszego niż wszelkie dobra materialne. Szuka też samej siebie i swojego miejsca w świecie. I zauważa wielkie zmiany – stała się bardziej zaradna, empatyczna i tolerancyjna.

„Kiedy mijamy osoby żebrzące, leżące na ziemi, przechodzimy obok nich. Mijamy je z obrzydzeniem, odrazą. Jeśli ktoś jest brudny albo się spił, to niech teraz ma! Nie wiadomo jednak, czy ta osoba nie potrzebuje naszej pomocy; może zasłabła i trzeba zawieźć ją do szpitala, może ma padaczkę. Nie obchodzi nas los drugiego człowieka… Nie uśmiechamy się, nasze rozmowy są zdawkowe, nie dociekamy, nie pytamy” – przyznaje sama z goryczą. „Jeżeli chodzi o pracę na rzecz drugiego człowieka, to wydaje mi się, że dopiero w Rosji tak na dobrą sprawę zaczęłam naprawdę pomagać i dawać swoją energię tym, którzy jej potrzebują”.

Czym jest radość?
„Radość jest dla mnie pojęciem podobnym do szczęścia – nie da się jej jednoznacznie zdefiniować, ponieważ składa się na nią tyle różnych emocji i uczuć, że dla każdego to znaczy coś zupełnie innego. To możliwość realizacji swoich planów, wyznaczonych celów, możliwość ciągłego rozwoju, przy całkowitej swobodzie umysłu; to każda chwila spędzona z ludźmi, których kochamy, to zdobycie kolejnego szczytu w górach, to kolejny osiągnięty sukces zarówno swój, jak i najbliższych mi osób, to podróże i wiele, wiele innych spraw. Kiedy jestem szczęśliwa, mam ochotę podzielić się tym z każdym napotkanym człowiekiem na ulicy, uśmiecham się. Radość daje poczucie wolności, daje motywację do kolejnych działań i planów” – mówi.

A co jest najcięższe w takich sytuacjach? Przecież jej rówieśnicy zaznają w tym czasie uroków życia, a ona…? „Najgorsza jest – mówi bez zawahania – tęsknota za rodziną i znajomymi, czyli samotność. Mimo że rozmawiam z bliskimi przez telefon bądź na Skypie, piszemy do siebie maile i SMS­y, zawsze to nie to samo co kontakt na żywo. Jestem osobą, która potrzebuje kontaktu wzrokowego, bycia z drugim człowiekiem. Niestety przy takich dystansach trudno jest widzieć się z najbliższymi często. Samotność natomiast rodzi się, kiedy trzeba rozwiązać dany problem na bieżąco i nie można liczyć na wsparcie bliskich”.

Przyjeżdżając do Rosji na wolontariat, potrafiła z racji wieku – bo przecież obecnie już się nie uczy powszechnie w szkołach rosyjskiego – powiedzieć tylko kilka podstawowych słów, za to znała alfabet. Było ciężko porozumiewać się, a tym bardziej podejmować decyzje, rozmawiając o nich z poszczególnymi osobami. Stąd też poczucie samotności, bo nikt nie był w stanie jej doradzić, pomóc. Ale dziś wie, że do porozumienia wystarczą chęci i język ciała.

Momenty załamania
Bywają. Po dwóch tygodniach spędzonych w Rosji pojechała na obóz do miejscowości Kierżyniec w obwodzie nowogrodzkim. Był to obóz dla dzieci niepełnosprawnych oraz tych z biedniejszych rodzin. Wtedy nie potrafiła jeszcze płynnie mówić po rosyjsku, znała tylko podstawowe zwroty. Obóz był położony w lesie, miała oddzielny pokój, wszyscy mówili jedynie po rosyjsku, nie było żadnych innych wolontariuszy. Czuła się źle. Ale potem postanowiła skupić się na pracy z dziećmi. Zaprzyjaźniła się z Aloszą, chłopcem z zespołem Downa, i codziennie odprowadzała go na zajęcia hipoterapii. Pomagała również Adzie, mamie dwójki małych, niesfornych autystyków. Czasami czuła się jak Don Kichot, który walczy z wiatrakami, jednak wieczorem, gdy wspólnie z Adą siadały w kuchni, a chłopcy już smacznie spali, wystarczyło, że usłyszała od Ady magiczne słowo „spasiba”, a całe zmęczenie i załamanie mijało.

Oczywiście nie zawsze wszystko wychodzi. Każdy z nas jest tylko człowiekiem. Nawet zdrowemu często zdarza się dzień bez humoru. Ale to po jakimś czasie każdemu przechodzi.

Czy to powołanie?
Ona sama jest daleka od stwierdzeń tego typu. „Robię po prostu to, co chcę robić, co sprawia mi przyjemność, z czego czerpię satysfakcję. Do tego się nadaję, to mi wychodzi”. Wystarczy lubić ludzi i pracę z nimi, słuchać ich, a jeżeli proszą o radę, po prostu im pomóc. I jeszcze coś – Martyna dodaje: „Cieszę się ogromnie, że mogę pomagać osobom niepełnosprawnym, bo oni dają dużo więcej od siebie niż ktokolwiek inny”.

Co na to bliscy, czy byli zadowoleni? „Rodzice, gdy dowiedzieli się, że wyjeżdżam na wolontariat, byli w lekkim szoku. Szybko jednak oswoili się z tą myślą. Powodem było zaufanie, szacunek dla mojej decyzji”. Tym bardziej że chodziło o pomoc drugiemu człowiekowi. Dziś są z niej dumni. Jeżeli chodzi o znajomych czy dalszą rodzinę, zdania są podzielone. Jedni nie ukrywają zdziwienia, mówią, że powinna pomyśleć o poważniejszych rzeczach, jak stała praca i rodzina, ale są i tacy, którzy ją wspierają i cieszą się razem z nią.

Wychowanie
Wychowała się w normalnym, ciepłym domu. Najbliższa rodzina była czuła i dobra. Mieszkali w czwórkę – babcia, mama, tata i ona. To nieżyjąca już babcia nauczyła ją serdeczności w kontaktach z innymi ludźmi oraz tego, że pieniądze nie są tak ważne. Ważniejsze jest bycie uczciwym człowiekiem i życie w zgodzie z własnym sumieniem. Życie babci było bardzo trudne: musiała uciekać ze Lwowa podczas wojny, emigrowała za chlebem, bo często go brakowało. Jednak do końca życia potrafiła zachować pogodę ducha i uśmiech dla innych. Rodzice – jak sama mówi – normalni, „choć nie wiem, czy dziś to jeszcze norma? To prawi, życzliwi i dobrzy ludzie. Myślący raczej o innych niż o sobie. W domu powtarzano mi, że trzeba szanować drugiego człowieka bez względu na kolor skóry czy wyznanie, że prawda jest najważniejsza i że należy pomagać innym”. Rodzice nigdy nie nakłaniali jej do działań na rzecz innych. Wszystkiego chciała sama. Oni tylko pokazali, jak należy postępować.

Czy nie żal młodości?
„Absolutnie nie! Młodość właśnie polega na tym, żeby poszukiwać, rozwijać się, stawiać sobie pytania i szukać na nie odpowiedzi. To, że pomagam innym, absolutnie nie wyklucza tego, że spotykam się ze znajomymi, czytam książki, chodzę do kina, teatru czy na zajęcia sportowe. Jeżeli bardzo się chce, to na wszystko można znaleźć czas i wszystko pogodzić. Wierzę bardzo w to, że to, co człowiek daje drugiemu człowiekowi, po jakimś czasie wraca do niego w postaci dobra”.

Nagroda
„Postępuję w zgodzie z własnym sumieniem i moralnością, nie czekam na żadną nagrodę ani nie czuję się niedoceniona. Staram się skupiać na mojej pracy i podopiecznych, a nie myśleć, że to, iż pracuję w organizacji z niepełnosprawnymi osobami, przyniesie mi jakieś profity. W życiu nie można tylko i wyłącznie brać – trzeba również bezinteresownie dawać. A największa nagroda, jaka mnie spotkała w Rosji, pojawiła się wtedy, gdy dziewiętnastoletnia Tanja, jedna z moich podopiecznych, dała mi prezent na moje urodziny w postaci ramki na zdjęcia i powiedziała: «Ty jesteś moją najlepszą przyjaciółką, kocham cię. Chciałabym, żebyś, będąc już w Polsce, popatrzyła czasami na tę ramkę z moim zdjęciem i o mnie pomyślała. Życzę ci wszystkiego, co najlepsze!»”. Chyba warto żyć dla takich momentów! Abstrahując od faktu, że były to pewnie najszczersze i najprawdziwsze życzenia urodzinowe, jakie kiedykolwiek dostała, czy nie jest to też kwintesencja naszej egzystencji?! We wszystkich nas tkwi dobro, ale za często o tym zapominamy… Martyna sama przyznaje, że chce bardzo, aby więcej młodych ludzi nie myślało tylko o sobie, a zaczęło zauważać drugiego człowieka, jego potrzeby. Dobrym sprawdzianem jest właśnie wyjazd z kraju. Znalezienie się z dala od środowiska, w którym się wychowaliśmy, znajomych, przyjaciół. Jak i podjęcie wolontariatu, tym bardziej że ta forma działalności jest dziś bardzo doceniana przez pracodawców! Mówi o nas więcej, niż myślimy. Ale nie to jest najważniejsze. Dzięki takim przeżyciom poznała sens życia. To dużo więcej. To pozwoliło jej otworzyć szerzej oczy na wiele spraw, a przy okazji zrozumieć samą siebie. Po powrocie wszystko widzi się z innej perspektywy, być może nawet próbuje się coś zmienić w swoim otoczeniu. Czasami trzeba tak niewiele: wystarczy tylko porozmawiać, uśmiechnąć się, powiedzieć życzliwe słowo – tylko tyle, a może zdziałać cuda, zmienić życie człowieka, jego sposób postrzegania świata. Dzięki jednemu spotkaniu, jednej osobie, świat może wywrócić się do góry nogami. Niektórzy boją się, mówią, że takie jednorazowe spotkania nic nie wnoszą w ich życie – nic bardziej mylnego! „Nie bójmy się otwierać przed drugim człowiekiem, a wtedy zobaczymy, że spotkają nas rzeczy niezwykłe – mówi z przekonaniem Martyna i dodaje: – Nie bójmy się inności, osób niepełnosprawnych, zamkniętych w sobie, małomównych, bo w każdej z nich tkwi dobro, które możliwe że odkryjemy, jeśli tylko będziemy tego bardzo chcieli. Może zawstydzimy sami siebie, że tak mylnie kogoś ocenialiśmy. Szukajmy piękna i dobra, a nie doszukujmy się w ludziach zła”. Podczas pracy z dziećmi autystycznymi nauczyła się, że należy starać się każdego dnia, podobnie jak one, wykonywać zadania jak tylko można najlepiej. Osiemnastoletni Kola jest tego doskonałym przykładem – stwierdzony autyzm, brak koordynacji ruchowej, problemy z chodzeniem i przykurcz ramion. Mimo to stara się z całych sił, żeby jak najdokładniej wykonać każde powierzone mu zadanie, jest bardzo samodzielny i zaradny. On, człowiek z ograniczonymi możliwościami! A my? Czy nie jest tak, że nie chce się nam nic zmieniać, mimo iż mamy tak niesamowity wachlarz możliwości? Dla Koli najmniejsze życiowe zadania, jak ubranie się czy zmywanie, są trudnościami, on jednak dzielnie stawia rzeczywistości czoło i chce się rozwijać.

Martyna zauważa też, że nie potrafimy przebaczać i mówić „przepraszam”. Ona również taka była, ale zmieniła się, ucząc się tego od dzieci niepełnosprawnych. Kiedyś po małej kłótni między podopiecznymi wszyscy zaczęli się przepraszać. Wręcz błagać o wybaczenie! Była to dla niej niesamowita lekcja życia.

Jej przyszłość
Kiedy przygotowywałem książkę, Martyna była jeszcze w Rosji, ale już miała konkretne plany. W przyszłości chciałaby podjąć współpracę z takimi organizacjami, jak Polski Czerwony Krzyż, Polska Akcja Humanitarna czy Amnesty International, które walczą o prawa człowieka. Chciałaby, żeby coś, co nazywa zjawiskiem „znieczulicy społecznej”, zmniejszało się z każdym rokiem. By co dnia coraz więcej ludzi zadawało sobie pytania, po co jestem, po co żyję. I szukało na nie odpowiedzi. Wtedy życie nabiera sensu, a droga może i jest trudna, lecz przestaje być nudna. Niestety po powrocie do kraju okazało się, że nie jest to takie łatwe. Że albo jest paradoksalnie zbyt wielu chętnych, albo akurat nikogo nie potrzebują. Mam nadzieję, że kiedy książka ta trafi w ręce Czytelników, Martyna będzie gdzieś daleko stąd. A może nie – może niech będzie całkiem blisko, ale życzę jej, by niezależnie od miejsca wciąż z pasją oddawała siebie innym. Potrzebujących jest przecież tak wielu.

 

warto_500

Krzysztof Ziemiec