• 23 marca 2015
  • komentarzy
  • 3401 osób przeczytało
  • to!

Przesłuchanie

Bogdan Rymanowski: Do Moskwy polecieliście we troje.
Małgorzata Wassermann: Razem ze mną była bratowa Daria Wassermann i Mateusz Bochacik. Z lotniska udaliśmy się prosto do Instytutu Medycyny Sądowej. Umieścili nas w auli na parterze z innymi rodzinami czekającymi na identyfikację. Panował bałagan. Brakowało ludzi. Po godzinie podeszli do nas pani psycholog z Polski, rosyjska tłumaczka i prokurator. Zabrali nas do pokoju na pierwszym piętrze.

Zaczęły się pytania.
Wcześniej do pokoju weszła atrakcyjna blondynka. Wyglądała na czterdzieści parę lat. Usiadła i się nie odzywała. Byłam przekonana, że jest psychologiem. Za stołem siedziało dwóch prokuratorów. Jeden z nich palił papierosa i puszczał mi dym prosto w twarz. Zapytał o cechy charakterystyczne ojca i rzeczy, które miał przy sobie. Byłam przerażona. W głowie miałam pustkę. Nie pamiętałam nawet koloru jego oczu. Pokazałam zdjęcie taty z komórki. Po resztę informacji musiałam zadzwonić do mamy.

W jakim była stanie?
Była cała roztrzęsiona. Starałam się ją uspokoić. Poprosiłam, by poszukała zdjęć i opisała znaki szczególne ojca, zwłaszcza blizny po operacjach. Nasza  przerywana płaczem rozmowa trwała może z pół godziny. Nie chciałam przeoczyć najmniejszego szczegółu. Kiedy zaczęłam to wszystko relacjonować prokuratorowi, nagle przestało go to interesować.

Kto identyfikował ciało?
Sama nie czułam się na siłach. Poprosiłam Darię i Mateusza. „W takim razie – mówi prokurator – protokół trzeba pisać od początku”. I podarł go na naszych oczach. Powiedział, że mają ciało pasujące do naszego opisu, więc Daria i Mateusz zeszli do prosektorium.
Wtedy podeszła do mnie blondynka. Świetnie mówiła po polsku, bez cienia akcentu. Byłam pewna, że jest Polką. Była miła i zaproponowała, że pomoże mi załatwić wszystkie formalności. Wyszłyśmy do drugiego budynku, gdzie przedstawiła mi kolejnego prokuratora. „To Sierioża, on tu jest najważniejszy”. I ten Sierioża odczytał mi pierwsze zdanie protokołu: „Oświadczam, że rozpoznałam ciało swojego ojca”. Zaprotestowałam. Powiedziałam, że zanim coś podpiszę, chciałabym porozmawiać z Darią i Mateuszem. Prokurator na to, że on zadzwoni. Nie zgodziłam się. Sama wykonałam telefon. Daria i Mateusz nie mieli wątpliwości. „Tak, to jest ojciec”.

Poczuła pani ulgę?
Ogromne napięcie i stres przemieniły się w jednej sekundzie w euforię. Jakbym dostała wymarzony prezent. „W porządku – powiedziałam – teraz mogę podpisać. Wszystko podpiszę, tylko mnie stąd wypuśćcie”.

Przesłuchanie trwało jednak dalej.
I nieprawdopodobnie się ciągnęło. Kiedy prokurator zapytał, ilu używam imion, odpowiedziałam, że jednego. Wyszłam na papierosa. Gdy wróciłam, okazało się, iż problemem jest, że w paszporcie są jednak dwa imiona. Zaproponowałam, żeby wpisać ogólną formułkę typu „z urzędu stwierdza się, że w dokumencie figuruje drugie imię”. „Nielzia” – usłyszałam. Protokół trzeba pisać od nowa. Byłam zmęczona i wyczerpana. Od katastrofy praktycznie nie zmrużyłam oka.

Mateusz Bochacik: Zeszliśmy na najniższy poziom budynku. W dwudziestometrowej sali ustawionych było sześć stołów, wszystkie przykryte białymi prześcieradłami. Spod jednego wystawała ręka, na drugim zobaczyłem jakby kopiec z ludzkich szczątków. W sali znajdowało się kilka osób w białych fartuchach. Ciało posła Wassermanna dostrzegłem zaraz po wejściu. Było przykryte do pasa. Miał spokojną twarz. Biła z niej godność. Włosy zasłaniały zmiażdżoną czaszkę. Jedna ręka była przyszyta do tułowia. Jakiś Rosjanin tłumaczył, że została odcięta przez pasy bezpieczeństwa. Obszedłem stół, by upewnić się, że to poseł Wassermann. Na brzuchu zobaczyłem bliznę po operacji, ale nie widziałem szwu sekcyjnego. Pokazano mi jeszcze fotografię nagiego ciała. Nie miałem wątpliwości. Poprosili, żeby podpisać protokół. Zrobiła to Daria Wassermann.

Inne rodziny też były poirytowane powolnością urzędników. Tak wygląda rosyjska biurokracja. Na początku też myślałam, że to zwykła nieporadność i urzędnicze procedury. Dalej było jednak gorzej. Pojawił się kłopot z długopisem. Jedną stronę protokołu podpisałam na niebiesko, drugą na czarno. „W porządku – mówię – złóżmy parafki i będzie po sprawie”. „Nielzia”. Procedura tego nie przewiduje. Piszemy więc od początku.

Mija kolejna godzina przesłuchania.
Zaczynają odczytywać pouczenia po rosyjsku i tłumaczą na polski. Słowo po słowie. Przerywam im. „Znam swoje prawa, jeśli w Rosji są inne, to mogę z nich zrezygnować”. Nie pomaga, czytają mi dalej. Przez cały czas wydzwania do mnie Daria. Prosi, bym już kończyła, bo jest późno, a rodziny chcą jechać do hotelu. Czekają tylko na mnie. Proszę, żeby mnie nie zostawiali. Za 10–15 minut powinno być po wszystkim. Prokurator proponuje, że osobiście odwiezie mnie do hotelu, ale ja odmawiam. Nie próbuję już ukrywać zdenerwowania. Blondynka chwyta mnie za rękę. „Małgorzata, ty z nim nie dyskutuj, to najważniejszy prokurator”. Wyciąga z torebki raphacholin. „O widzę, że ma pani nasze lekarstwo, jest pani Polką?” – pytam. „Nie, jestem Rosjanką”.
Po tych słowach jakbym ocknęła się z letargu. Zdałam sobie sprawę, że nie ma przy mnie nikogo z Polski. Pani psycholog i pracownik ambasady w Moskwie wyszli z pokoju.

Dlaczego panią przesłuchiwali, skoro było już dawno po identyfikacji?
Nie potrafiłam tego zrozumieć.
Padają kolejne pytania. „Kim jest Daria? Czy mieszka z ojcem? Czy pani również z nim mieszkała?” Nie mam pojęcia, co to ma wspólnego z identyfikacją. Staram się być grzeczna. Myślę sobie, że im szybciej odpowiem, tym prędzej wyjdę. Prokurator drąży: „Po co ojciec tu przyleciał?”. „Aby uczcić pamięć zamordowanych Polaków” – odpowiadam. „A z kim?” „Czy mam wymienić wszystkie dziewięćdziesiąt pięć nazwisk?” – podnoszę głos. 
Wychodzę na papierosa. Za mną Rosjanka. Obejmuje mnie ramieniem. „Małgorzata, ty się tak nie denerwuj. Dobrze rozumiem twój dramat. Mój ojciec był górnikiem i również zginął w strasznych okolicznościach. Kiedy był pod ziemią, doszło do wybuchu. Powinien być w domu, ale chciał zrobić koledze przysługę i wziął za niego szychtę”. Byłam autentycznie poruszona. To sytuacja jak z moim ojcem.

Czy w Moskwie komuś pani wspominała o tych rodzinnych sprawach?
Nikomu. Oni wiedzieli o nas bardzo dużo. Prokurator nie pytał, ile wnuczek miał ojciec, tylko jak miała na imię druga wnuczka. Były inne pytania: gdzie pracuję, czy to moja własna kancelaria, jaki jest do niej numer telefonu. Zorientowałam się, że coś jest nie tak. Rosjanka nie odstępowała mnie na krok. Bez przerwy o coś wypytywała. Druga z kobiet, tłumaczka, dawała do zrozumienia, że widzi całą grę, ale sugerowała, że lepiej się nie stawiać. Następne pytania były jeszcze bardziej idiotyczne: kiedy ojciec przekroczył granicę z Rosją, czy przyleciałam razem z nim.

Może to pomyłka w tłumaczeniu?
Tłumaczka cytowała precyzyjnie i wyraźnie. Nie wytrzymałam. Odmówiłam dalszego udziału w czynnościach.

Jak zareagowali?
Spokojnie. Powiedzieli, że mnie rozumieją i będą powoli kończyć. Mieli jeszcze tylko jedno pytanie: na ile nasza rodzina wycenia to, co się stało. Ledwo powstrzymałam się od wybuchu. Odpowiedziałam, że nie da się wycenić tej tragedii. Znowu zadzwoniła Daria. „Cały instytut skończył pracę. Rodziny się niecierpliwią, czekamy tylko na ciebie”. Prosiła, żebym zeszła na dół.
O tym, że jestem przesłuchiwana, wiedzieli i Ewa Kopacz, i Tomasz Arabski, i ksiądz Henryk Błaszczyk. Nikt się tym jednak nie zainteresował.

Był bałagan. Może myśleli, że pani wciąż uczestniczy w identyfikacji?
Wiedzieli, że dawno się skończyła. Bratowa mówiła o tym ministrowi Arabskiemu. Miałam świadomość, że jest bardzo późno, a ludzie nie spali od trzech nocy, ale teraz błagałam Darię, żeby na mnie poczekali.
Prokurator przyniósł worek z rzeczami ojca i wysypał je na stół. Mówił, że trzeba spisać protokół odbioru. Wyrwałam mu kartkę z rąk i zaczęłam pisać: „Ja, Małgorzata Wassermann, kwituję odbiór następujących rzeczy będących własnością ojca”. On na to, że tak być nie może. Protokół musi być zgodny z rosyjską procedurą. Zaczęłam mówić do niego na „ty”. „Chłopie, jak ty będziesz pisał w takim tempie, to będzie to trwało tydzień”. Tymczasem on, jak gdyby nigdy nic, zabrał się do rozbierania komórki ojca i spisywania jej numerów seryjnych. Zajął się też opisywaniem programu wizyty w Katyniu. „Jeśli chcecie, to weźcie sobie ten program, ale dłużej siedzieć tutaj nie będę!” – krzyknęłam zirytowana. Zszokowana tłumaczka złapała się za głowę, a blondynka zaczęła mnie strofować: „Małgorzata, ty nie wiesz z kim rozmawiasz”.

Co stało się z ubraniem ojca?
Prokurator chciał, żebym podpisała zgodę na jego spalenie. „Moment, ale taką decyzję musi podjąć moja mama” – zastrzegłam. Kiedy do niej zadzwoniłam, poprosiła, żeby przywieźć ubranie do domu. „Mamo – powiedziałam – zlituj się, przecież ja stąd dzisiaj nie wyjdę”. Po krótkiej rozmowie uległa: „Dobrze, dziecko, to zostaw im to wszystko”. Tłumaczka wzięła mnie na bok i poprosiła, bym podpisała zgodę. Miałam wrażenie, że wstyd jej za to, co mnie spotyka. Nie wiedziałam, co zrobić. Mam wziąć ze sobą śmierdzącą benzyną reklamówkę błota z postrzępionymi kawałkami spodni i marynarki? I co powiem mamie: „Spójrz, tyle po nim zostało?!” – myślałam. Nie byłam w stanie sobie tego wyobrazić. Podpisałam zgodę.

I w ten sposób doszło do zniszczenia dowodów.
Nie przyszło mi wtedy do głowy, że to coś więcej niż nieszczęśliwy wypadek. Zachowałam się jak córka. Powinnam była zareagować jak prawnik.

Wróćmy do przesłuchania.
Moja rosyjska „opiekunka” powiedziała, że powinnam oddać krew. „Nie ma mowy” – zaprotestowałam, choć wcześniej się na to zgodziłam. „Nie będzie krwi, nie będzie ojca! Nie dostaniesz aktu zgonu!” – zagroziła. Byłam w szoku, bo jej słowa zabrzmiały jak szantaż. Po chwili zreflektowała się: „Małgorzata, zrozum, takie mamy procedury. Proszę, nie utrudniaj nam pracy”. Nie było sensu dalej się sprzeciwiać.
Daria wciąż nie dawała mi spokoju. Nie miałam sumienia dłużej ich trzymać. „Okej – powiedziałam – jedźcie do hotelu, jakoś sobie poradzę”. Rosjanka zadeklarowała, że mnie odwiezie. Grzecznie odmówiłam i wysłałam SMS do pracownika ambasady. Do dziś mam w komórce jego odpowiedź: „Już jadę”.

Daria Wassermann: Po wyjściu z kostnicy zaprowadzili nas do auli na parterze. Małgosia miała tam czekać, ale nie było jej bardzo długo. Podeszliśmy do ministra Arabskiego i poskarżyliśmy się, że nie wiemy, co się z nią dzieje. Minister sprawiał wrażenie niezorientowanego. Ewa Kopacz zapytała nas, czy mamy jakieś rzeczy osobiste do trumny. Mieliśmy różaniec teścia oraz rzeczy od rodziny Aleksandra Szczygły. Powiedziała, że wprawdzie procedury tego zabraniają, ale ona dopilnuje, by znalazły się w trumnach. W hallu poczęstowała mnie papierosem. Narzekała, że Rosjanie nie chcą ubierać zwłok. Kiedy jest problem, to mówi im, że „tak chciał premier Putin”, i wtedy stają na baczność. Podziękowaliśmy jej za dobre przyjęcie i szybką identyfikację. „My tutaj sobie rozmawiamy – powiedziała – a byłoby dobrze, żebyście umieścili dla mnie w Internecie jakieś podziękowanie. Bo wrócimy do Polski i będą mieć do mnie o wszystko pretensje”. Byłam w szoku. Nie takich słów się spodziewałam.
* * *
Minister zdrowia Ewa Kopacz na posiedzeniu sejmu 19 stycznia 2011 roku: […] nad tymi zwłokami, ostatnią rzeczą, o której się myślało, to był PR i polityka. Jeśli dzisiaj ktokolwiek zarzuca urządzanie PR-u z powodu tej tragedii, jest po prostu szubrawcem i nie boję się tego słowa.

 Akt zgonu był już w pani rękach.
Trzymałam go jak skarb. 
Ruszyłyśmy do windy. Rosjanka znowu mnie objęła. „Małgorzata, złościsz się na mnie, a moja mama ma białaczkę i jest umierająca” – powiedziała. „Nie doceniasz tego, że jestem przy tobie. Jedyną nadzieją jest pewien znachor. Będziesz się śmiała, bo pewnie w to nie wierzysz, ale on ma nadprzyrodzone zdolności. Uzdrowił już wiele osób”. 
Po ludzku zrobiło mi się głupio. Powiedziałam, że broń Boże, wcale się nie śmieję, bo sama leczę się ziołami. I wtedy jej oczy jakby się zapaliły. „Małgorzata, proszę cię, zostań. Nie leć do Warszawy. My cię tutaj wyleczymy! Wszystko zorganizujemy i będziesz zdrowa”.

Wiedziała o pani dolegliwościach?
Nie wyglądało to na przypadek. Musiała wiedzieć. Leczyłam się od kilku lat.
Kiedy winda zjechała na dół, spróbowała jeszcze raz. „I jak? Zostajesz?” – zapytała. „Nie, dziękuję. Wracam do Polski. A pani gratuluję i jednocześnie współczuję”. Dałam jej do zrozumienia, że wszystkiego się domyślam. Odwróciłam się na pięcie i wyszłam z Instytutu.

Była prawie północ.
Pracownik ambasady, który czekał na parkingu, nie mógł uwierzyć, że mnie wypuścili. Powiedział, że rozmawiał przez telefon z Rosjanką. Jej zdaniem nie było szans, aby czynności z moim udziałem skończyli jeszcze tego wieczoru.

Kim ona mogła być?
Gdy wracaliśmy samolotem, rozmawiałam o tym z naszą panią psycholog. Wyrzuciłam z siebie cały żal, narzekając na brak profesjonalizmu Rosjan. Uśmiechnęła się i powiedziała: „W pani przesłuchaniu nie było nic nieprofesjonalnego ani przypadkowego”. Już w Instytucie zauważyła, że traktują nas niestandardowo, inaczej niż pozostałe rodziny. Samo pojawienie się przy nas tej kobiety wydało jej się dziwne.
Rosjanka nie była zwykłą tłumaczką. Mogła być funkcjonariuszką albo agentką rosyjskich służb. 

Ta historia o ojcu, matce i znachorze to mógł być przypadek.
Przypadków było za dużo.
Kiedy Daria i Mateusz zeszli do kostnicy, aby dokonać identyfikacji, pojawił się tam jakiś mężczyzna i na głos powiedział: „Ja chaciu doć Wasiermana” („Chcę córkę Wassermanna”).

Była pani córką ministra. Może Rosjanie przydzielili pani specjalną osobę do pomocy?
Na kilkadziesiąt rodzin tylko w moim przypadku przesłuchanie rozpoczęło się już po identyfikacji. I trwało jakieś 5–6 godzin. Przecież my nie polecieliśmy do Moskwy składać zeznań, tylko rozpoznać najbliższych. Rosjanie byli perfekcyjnie przygotowani. Dysponowali pełnym dossier naszej rodziny.

Po co mieliby nad panią pracować?
Nie sądzę, aby liczyli na to, że im coś tego dnia powiem. Raczej obserwowali pod kątem nawiązania późniejszego kontaktu. Może chcieli bliżej mnie poznać i sprawdzić, jak się zachowuję? Z pewnością mieli nadzieję, że nie zdążę na poranny samolot. Jej propozycja, bym została w Moskwie, wyglądała na rozpaczliwą. Gdybym wyraziła zgodę, dałoby im to szansę na przedłużenie wzajemnych relacji.

A jednak pani stamtąd wyszła.
Być może przestraszyli się mojej ostrej reakcji. Rosjanka była świadkiem, jak naskoczyłam na prokuratora. W pewnym momencie zaczęłam krzyczeć: „Chłopie, jeśli zaraz stąd nie wyjdę, zrobię taki dym, jakiego jeszcze nie widziałeś. Rozumiesz mnie, czy potrzebujesz tłumacza?”. On powtarzał tylko „da, da”. Dlatego udało mi się wyjść o północy.
I niech pani Kopacz i pan Arabski nie mówią, że coś w Moskwie dla mnie zrobili. Zostałam sama, zdana tylko na siebie, bez niczyjej pomocy. Niech nie opowiadają, że byli w szoku. A ja nie byłam?

 

zamach_front_7