• 16 września 2015
  • komentarzy
  • 1982 osób przeczytało
  • to!

Eskapada na Gepardzicy

Pewnego razu dziewczynka o imieniu September poczuła się naprawdę zmęczona domem swoich rodziców. Codziennie zmywała tam te same różowo-żółte filiżanki i pasujące do nich kompotierki, spała na tej samej wyszywanej poduszce i bawiła się z tym samym małym, przyjacielskim pieskiem. Ponieważ urodziła się w maju i ponieważ miała znamię na lewym policzku, i ponieważ miała bardzo duże i niezgrabne stopy, zlitował się nad nią Zielony Wiatr. Pewnego wieczora, zaraz po dwunastych urodzinach September, przyfrunął pod jej okno, ubrany w zielony frak, zieloną pelerynę, zielone bryczesy i zielone śniegowce. W końcu ponad chmurami, w dzielnicy biedy, którą zamieszkuje Sześć Wiatrów, jest bardzo zimno.
– Wydajesz się wystarczająco marudna i z charakterkiem – rzekł zielony. – A gdybym tak cię zabrał na gepardzicy Bryzie nad potężne morze graniczące z Krainą Czarów? Niestety ja sam nie mam do niej prawa wstępu, który Skrajnym zjawiskom Pogodowym jest wzbroniony, lecz z przyjemnością powierzę cię opiece zdradliwego i Groźnego Morza.
– Och, tak! – szepnęła September, której bardzo się nie podobały różowo-żółte filiżanki i małe, przyjazne pieski.
– No cóż, chodź zatem i usiądź przy mnie. Tylko nie pociągnij za sierść gepardzicy, bo gryzie!
September wspięła się na kuchenny parapet, zostawiając za sobą zlew pełen piany i różowo-żółtych filiżanek, w których wciąż wiły się złowieszczo herbaciane fusy. W jednej ułożyły się w kształt ciut podobny do taty September, ubranego w długi brązowy szynel, jaki miał na sobie w chwili wyjazdu gdzieś za morze, z karabinem i czymś błyszczącym na czapce. W innej przypominały nieco sylwetkę mamy w roboczym kombinezonie – widać było jej napięte mięśnie, gdy nachylała się nad opornym silnikiem samolotu w fabryce, w której pracowała. Jeszcze inne wyglądały jak rozgnieciona kapusta.

Chapter1 kopia

Zielony Wiatr wyciągał do dziewczynki rękę otuloną zieloną rękawicą. September chwyciła ją i wzięła bardzo głęboki oddech. Kiedy przechylała się nad parapetem, jeden but zsunął jej się ze stopy (co później okaże się faktem nie bez znaczenia). Poświęćmy chwilę, by pożegnać mały półbucik z mosiężną klamerką, gdy akurat ze stukotem upada na parkiet. Żegnaj, bucie! September wkrótce za tobą zatęskni.
– Słuchaj więc – zaczął zielony Wiatr, gdy dziewczynka usadowiła się w  wysokim szmaragdowym siodle, wczepiając palce w nakrapiane futro gepardzicy. – W Krainie Czarów obowiązuje wiele praw i zasad. Wprawdzie pewnego dnia przestaną mnie one dotyczyć, gdy mój wniosek zostanie w końcu rozpatrzony i otrzymam złoty pierścień zapewniający mi immunitet, obawiam się jednak, że jeśli złamiesz jakiś przepis, nie będę mógł ci pomóc. Możesz dostać mandat albo stracić głowę, w zależności od nastroju Markizy.
– Jest aż tak straszna?
Zielony Wiatr skrzywił się, jeżąc swoją rozczochraną brodę.
– Wszystkie małe dziewczynki są straszne – przyznał w końcu – ale Markiza ma za to naprawdę wytworny kapelusz.
– Opowiedz mi o  tych prawach – poprosiła z  powagą w głosie September. Mama nauczyła ją grać w szachy, kiedy była jeszcze mała. Uznała zatem, że skoro zdołała zapamiętać, w jaki sposób przemieszczają się na szachownicy skoczki, to z pewnością uda jej się opanować także prawa Krainy Czarów.
– Po pierwsze, obowiązuje absolutny zakaz posiadania przedmiotów żelaznych. Jeśli o to chodzi, celnicy są nieprzebłagani. Wszelka amunicja, noże, maczugi czy gazrurki, które masz przy sobie, zostaną skonfiskowane i przetopione. Po drugie, zabronione jest praktykowanie alchemii, dotyczy to wszystkich oprócz młodych dam urodzonych we wtorek…
– Ja urodziłam się we wtorek!
– Niewykluczone, że o tym wiedziałem. – Zielony Wiatr mrugnął do niej okiem. – Po trzecie, transport powietrzny dopuszcza się jedynie za pomocą gepardów lub licencjonowanych łodyg ziela starca. Jeśli nie posiadasz któregoś z tych środków transportu, bądź uprzejma poruszać się drogą lądową. Po czwarte, wszelki ruch odbywa się w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara. Po piąte, śmieci wynoszone są w co drugi piątek. Po szóste, Odmieńcy zobowiązani są do noszenia oznakowanego obuwia. Po siódme i najważniejsze, pod żadnym pozorem nie wolno ci przekraczać granic Lasu Kamgarn. Grozi to najstraszliwszą śmiercią albo niezmiernie uciążliwą wizytą na herbatce u kilku hamadriad, starych panien. Te zasady są nienaruszalne, nie odnoszą się jedynie do odwiedzających Krainę dygnitarzy oraz skrzatów. Zrozumiałaś?
Daję słowo, że September naprawdę starała się słuchać z uwagą, lecz huczący wicher wciąż zawiewał jej czuprynę na twarz.
– Chyba… chyba tak… – wymamrotała, odgarniając z buzi ciemne loki.
– Oczywiście spożywanie czarodziejskich potraw i napojów pociąga za sobą obowiązek prawny powracania w to miejsce, przynajmniej raz do roku, stosownie do przemian cyklu mitologicznego.
September drgnęła.
– Co? Co to znaczy?
Zielony Wiatr pogładził się po szpiczastej bródce.
– Oznacza to: jedz, co chcesz, niewinne dziecię! – zaśmiał się jak to wiatr gwiżdżący w gałązkach. – I wisienki, i jagódki, i miesiąca blask calutki!
Gepardzica Bryza ziewnęła i  pognała ponad dachami Omaha w stanie Nebraska, któremu to miastu September nawet nie zdążyła pomachać na pożegnanie. Nikt nie powinien jej za to osądzać: wszystkie dzieci są bez serca. Nie urosło im jeszcze, dlatego mogą wspinać się na wysokie drzewa, mówić szokujące rzeczy i skakać tak wysoko, że dorosłym serca zamierają ze strachu. Serce sporo waży. To właśnie dlatego tak długo rośnie. Ale tak samo jak nauka czytania, matematyki czy rysunku, u różnych dzieci proces ten przebiega w różnym tempie (wiadomo, że nic tak nie przyspiesza rozwoju serca jak czytanie). Niektóre dzieci są straszne i dziwne, zupełnie bez serca. Niektóre zaś są kochane i słodkie, prawie z sercem. September, kiedy zabrał ją zielony Wiatr, była gdzieś pośrodku, w połowie drogi pomiędzy byciem bez serca a byciem już trochę dorosłą.
Tak czy siak, September nie zdążyła pomachać na pożegnanie ani w stronę domu, ani w stronę fabryki, w której pracowała mama, sapiącej białym dymem daleko w dole. Nie zdołała także pomachać tacie, kiedy lecieli nad Europą. Dla mnie czy dla Was to może być oburzające, ale September przeczytała bardzo wiele książek i wiedziała, że rodzice złoszczą się jedynie, dopóki nie odkryją, że ich mały awanturnik wybrał się do Krainy Czarów, a nie na przykład do pubu za rogiem, a potem już wszystko jest w porządku. Patrzyła zatem prosto w chmury, a oczy łzawiły jej od wiatru. Pochylona nad grzbietem gepardzicy Bryzy, której futro było szorstkie i kolorowe, słuchała łomotu jej ogromnego serca.
– Jeśli mogę pana spytać, Panie Wietrze… – odezwała się po odpowiednio długiej chwili – w jaki sposób można dostać się do Krainy Czarów? Zaraz miniemy Indie i Japonię, a potem Kalifornię i w końcu wrócimy po prostu do mojego domu.
Zielony Wiatr zachichotał.
– Tak by się stało, jak mniemam, gdyby ziemia była okrągła.
– Jestem przekonana, że tak właśnie jest… – Będziesz musiała porzucić takie przestarzałe, staroświeckie poglądy. Tam, gdzie się udajemy, konserwatyzm nie jest zaletą. Kraina Czarów to bardzo uczone miejsce. Prenumerujemy wszystkie czasopisma naukowe.
Gepardzica Bryza wydała z siebie krótki ryk i natychmiast stado małych chmurek pokornie ustąpiło jej z drogi.
– Ziemia, moja droga, z grubsza rzecz ujmując, jest trapezoidalna, nieco romboidalna, nieco hipersześcienna, a poza tym marudna, jeśli źle się ją pogłaszcze. Jednym słowem, jest zagadką, moja wrześniowa zdobyczy, niczym srebrny pierścień łamigłówka, który twoja ciocia Margaret przywiozła z Turcji, kiedy miałaś dziewięć lat.
– Skąd znasz moją ciocię Margaret?! – wykrzyknęła September, przytrzymując ręką włosy.
– Tak się składa, że wykonywałem rutynowe prace porządkowe akurat w to popołudnie. Miała na sobie czarną spódnicę, a ty żółtą sukienkę w małpki. My, Skrajne zjawiska Pogodowe, mamy doskonałą pamięć, jeśli chodzi o przedmioty, które szarpiemy i zwijamy.
September wygładziła zmiętą już teraz i pozwijaną żółto-pomarańczową sukienkę. Lubiła wszystko, co żółto-pomarańczowe: liście, niektóre wschody księżyca, kaczeńce, chryzantemy, ser, dynie (zarówno w cieście, jak i bez niczego), sok pomarańczowy, marmoladę. To jasny i zdecydowany kolor. Nie można ignorować czegoś, co jest jasnopomarańczowe. Kiedyś zobaczyła pomarańczową papugę w sklepie zoologicznym i tak bardzo zapragnęła ją mieć, jak jeszcze nigdy niczego nie pragnęła. Nazwałaby ją Halloween i dawała jej do jedzenia toffi, ale mama powiedziała, że ptak zatrułby się toffi, a poza tym na pewno zjadłby go pies. Dlatego September przestała odzywać się do psa.
– Zagadka ta przypomina turecką układankę – kontynuował zielony Wiatr, zerkając znad zielonych okularów. – Rozłączymy pierścienie i złączymy je z powrotem, a potem znajdziemy się w kolejnym pierścieniu, to znaczy w Krainie Czarów. Już niedługo.
I rzeczywiście spomiędzy zimnobłękitnych chmur wiszących nad ziemią zaczęły wyłaniać się szczyty dachów. Budynki były bardzo wysokie i… rozchwiane. Wieże katedr były wykonane z pozbijanych gwoździami desek, a wieńczyły je zardzewiałe blaszane wieżyczki, do tego obeliski zbite praktycznie z samych suchych liści. Ogromnym kopułom, podobnym do tych, które September widziała w albumie o Włoszech, brakowało wielu cegieł, inne zaś były poobijane lub zupełnie pokruszone. Takich budynków można się było spodziewać w krainie, gdzie wiatry wyją najgłośniej, gwiżdżą najprzeraźliwiej i zawodzą najprzeciąglej na świecie. Wszystko było z wierzchu pokryte lodem, nawet osoby przebiegające ulicami, opatulone tak jak zielony Wiatr po sam nos, w kurtkach i bryczesach w kolorze czarnym, różowym lub żółtym, z  policzkami wydętymi jak u dmuchających wiatrem cherubinów przedstawianych w rogach starych map.
– Witaj, September, w mym rodzinnym mieście Westerly, tu mieszka Sześć Wiatrów, w wielkiej przyjaźni i niezgodzie.
– To… to fajnie. I zimno. I chyba zgubiłam but.
Zielony Wiatr spojrzał na palce stopy September, które zaczynały przybierać lekko siną barwę. Ponieważ był w pewnym stopniu dżentelmenem, zdjął kurtkę i pomógł założyć ją dziewczynce. Rękawy były zbyt długie, ale kurtka nabyła nieco taktu, podróżując po świecie, i dostosowała się do drobnego ciała September, rozdymając się, i zbiegając kilkukrotnie, aż zaczęła wyglądać niczym uszyta na miarę.
– Wyglądam trochę jak dynia – szepnęła September, kryjąc rozradowanie. – Jestem pomarańczowo-zielona! Spojrzała w dół. Na szerokiej, szmaragdowej aksamitnej klapie kurtka utworzyła dla niej małą pomarańczową broszkę – kluczyk z kryształkami. Błyszczała, jakby była zrobiona z samego słońca. Kurtka lekko rozgrzała się z onieśmielenia, mając nadzieję, że September będzie zadowolona.
– But to bardzo wielka strata, bez wątpienia – cmoknął zielony Wiatr. – Ale jeśli wchodzi się do Krainy Czarów, potrzeba poświęceń. – Zniżył głos i dodał poufnym tonem: – Westerly jest miastem granicznym, a  Czerwony Wiatr jest strasznie chciwy. W każdym razie but prawdopodobnie i tak zostałby skradziony.
Zielony Wiatr i September dzięki staraniom gepardzicy Bryzy bezpiecznie wylądowali w Westerly. Ruszyli wzdłuż alei Salisz, gdzie Błękitne i złote Wiatry, niosąc naręcza kolczastego zielska na zdrową, wietrzną sałatkę, kręciły się, załatwiając swoje sprawunki. Chmury śmigały tam i sam po ulicy jak papierki unoszone wiatrem w znanych nam miastach. Kierowały się ku dwóm wrzecionowatym filarom na końcu arterii, tak ogromnym, że September nie od razu dostrzegła, że w rzeczywistości były to osoby, tylko bardzo wysokie i chude, z ogromnymi, długimi twarzami. Nie umiała powiedzieć, czy byli to mężczyźni, czy kobiety, natomiast od razu mogła stwierdzić, że byli niewiele grubsi niż ołówek i wyżsi niż którakolwiek z dzwonnic i wysokich platform w Westerly. Ich stopy tonęły w chmurach w dole, znikając w kłębach cumulusów. Obie postaci miały na nosach okrągłe, ciemne okulary w cienkich oprawkach, chroniące ich oczy przed jasnym słońcem Westerly.
– Kto to? – szepnęła September.
– Tamten z żółtym pasem i z krawatką w perski wzór to Szerokość, a drugi to Długość. Bez ich pomocy daleko nie dolecimy, bądź więc grzeczna.
– Myślałam, że szerokość i długość geograficzna to takie kreski na mapach.
– Nie lubią pozować do zdjęć. Wiesz, jak to jest ze sławnymi ludźmi. Wszyscy, gdy tylko cię widzą, robią pstryk, pstryk, pstryk. To irytuje. Umówili się kilkaset lat temu z Gildią Kartografów, że będzie wolno publikować jedynie ich symboliczne przedstawienia, sama rozumiesz.
Stojąc przed Długością i Szerokością, September czuła się dziwnie przytłoczona. Jako dziecko była przyzwyczajona do tego, że większość ludzi jest od niej wyższa. Ale to była zupełnie inna skala. Poza tym nie jadła nic od śniadania, a podróżowanie na gepardzie jest bardzo męczące. Nie chciała przed nimi dygać, bo uznała to za zbyt staroświeckie, więc ukłoniła się w pas. zielony Wiatr wydawał się tym nieco rozbawiony, lecz także się ukłonił.
Szerokość ziewnął. Wnętrze jego ust było jaskrawoniebieskie, jak ocean na szkolnych mapach. Długość westchnął, jakby znudzony.
– Nie spodziewałaś się chyba, że będą coś mówić, co? – Zielony Wiatr wyglądał na nieco zakłopotanego. – To są sławy! A one strzegą swojej prywatności.
– Myślałam, że będzie jakaś zagadka czy układanka – odrzekła September, podczas gdy Szerokość ziewał. Zielony Wiatr skubał rękaw swego kubraka, jakby urażony, że September nie była pod większym wrażeniem.
– A jak się postępuje z układankami, moja droga?
September zaszurała zmarzniętą stopą o gładką, niebieską płytę Placu Dokładnego.
– No cóż… zaczyna się od rogów, a potem wypełnia krawędzie, żeby powstała ramka, a  potem wypełnia się ją kawałkami.
– Dobrze, a w historycznym ujęciu, ile mamy wiatrów?
September pomyślała o swojej książce o mitologii, która miała jasnopomarańczową okładkę i dlatego była to jedna z jej ulubionych lektur.
– Chyba cztery.
Zielony Wiatr uśmiechnął się szeroko, wywijając swoje zielone usta pod zielonym wąsem.
– Właśnie: Zielony, Czerwony, Czarny i złoty. Oczywiście mamy też przydomki rodzinne, jak Smith czy Nowak. I właściwie są jeszcze Srebrny i Niebieski, ale narozrabiali trochę na wybrzeżu Tunezji i musieli iść spać bez kolacji. Tym samym to właśnie my wyznaczamy rogi, a oni – tu wskazał na milczących Szerokość i Długość – stanowią krawędzie. Natomiast ty, September – ciągnął, delikatnie wyswobadzając pasmo jej włosów, które zaplątało się w broszkę – stanowisz jeden z elementów ze środka, tych, które mają dziwny kształt i są takie uparte.
– Nie rozumiem, proszę pana.
– No cóż, chodzi o podtekst. Jeden z elementów to Dziewczynka podskakująca na jednej nodze dziewięć rewolucji. Inna to Ubieraj się w szalone kolory. A jeszcze inna to Klepnij się nad okiem. A jeszcze inna Zrezygnuj z czegoś. Następna to Niech kot ci towarzyszy.
– Ale przecież to oczywiste! – W większości wypadków. Ale Kraina Czarów to stary kraj, a to, co stare, miewa dziwne zachcianki. Jeden z ostatnich elementów układanki to Poleje się krew. A kolejny to Skłam.
September przygryzła wargę. Nie przepadała za układankami, choć jej babcia je uwielbiała i nawet przykleiła jedną, składającą się z  tysiąca kawałków, na ścianie niczym tapetę.
Powoli, starając się przypomnieć sobie wszystko, September pacnęła się ręką w czoło. Następnie uniosła stopę i podskakując na jednej nodze, okrążyła gepardzicę Bryzę. Jej pomarańczowa sukienka unosiła się przy tym pod zieloną kurtką, błyszczącą w słońcu. Kiedy się zatrzymała, wypięła z klapy kurtki swoją broszkę, pomarańczowy kluczyk, a  następnie ukłuła się nią w palec. Kropla krwi upadła na niebieską kamienną płytę placu. Położyła kluczyk u stóp Długości i Szerokości i wzięła głęboki oddech.
– Chcę do domu – skłamała cicho.
Długość i Szerokość obrócili się powoli twarzami do siebie niczym statuy na piedestałach. Zaczęli się zginać i skręcać jak schodki, wyciągając do siebie ręce i zaczepiając stopami o kolana. Poruszali się w mechaniczny sposób, a ich stawy wyginały się jak u lalek w tym dziwacznym, cyrkowym tańcu. Ulice miasta zadrżały, a potem nastąpiła cisza. Na mgnienie oka Długość i Szerokość pocałowali się, a kiedy ich usta się rozłączyły, odległość między ich twarzami pozwoliła akurat gepardzicy, niosącej na swoim grzbiecie Skrajne zjawisko Pogodowe oraz dziewczynkę, przelecieć między nimi. Po drugiej stronie September widziała tylko chmury.
Zielony Wiatr z powagą wyciągnął okrytą rękawicą rękę do dziewczynki w pomarańczowej sukience.
– Dobra robota, September – powiedział i uniósł ją, sadzając w szmaragdowym siodle gepardzicy. – Nigdy nie wiadomo, co się zdarzy w wyniku eskapady na gepardzie. Nie dzieje się to w zgodzie z zasadami sztuki. Oszustwa zawsze było domeną fejów*, a ponieważ wkrótce wkroczymy do ich krainy, powinniśmy szanować panujące tam zwyczaje.
Gdy September i zielony Wiatr na ogromnym kocie przeszli przez układankę świata, wysadzany kamieniami kluczyk podniósł się z ziemi i poleciał w ślad za nimi, cichutko jak mysz.

 

Girl Who Circumnavigated cmyk cover_PL_RGB (1)

 

*Fejowie, czyli fayes lub najczęściej fairies, to ogólne określenie wszystkich baśniowych istot, takich jak elfy, gnomy, skrzaty czy strzygi, najczęściej jakże błędnie tłumaczone na język polski jako „wróżki” (przyp. tłum.)

 

granice_logo_nowe     qlturka_znak_podpis_RGB  charytatywni logo