• 8 kwietnia 2015
  • komentarzy
  • 1698 osób przeczytało
  • to!

10 kwietnia…

Imieniny ojca wypadały w tym roku akurat w Wielką Sobotę, dlatego urządziliśmy przyjęcie tydzień wcześniej. Odwiedził nas senator Cichoń z małżonką; prosili ojca, by pomógł im dostać się na samolot do Katynia. Tata obiecał, że zapyta o wolne miejsca. Szanse były nikłe, ponieważ na liście rezerwowej było kilkaset osób.

Sam o podróży do Rosji nie myślał?
Nie. Z powodu pracy w komisji hazardowej nie zdążyłby tam dojechać pociągiem, a o samolocie nawet nie marzył. Ostatni raz widzieliście się w święta. W lany poniedziałek po południu. Zbierałam się już do swojego mieszkania; akurat wychodziłam z domowej siłowni, gdy ojciec przyszedł poćwiczyć.

O czym rozmawialiście?
Wymieniliśmy parę zdań o wyjeździe do ośrodka w Lucieniu, gdzie planowaliśmy spędzić majowy weekend. Bardzo lubiliśmy to miejsce. Mama, tata, siostra, siostrzenica i ja. W tym gronie czuliśmy się najlepiej. Z boku mogło to wyglądać na jakąś patologię – w końcu dorosłe dzieci spędzały każdą wolną chwilę z rodzicami. Tata pytał żartem, czy kiedyś będą mogli z mamą pojechać gdzieś bez nas, żeby zaznać odrobiny spokoju. To była wyjątkowa Wielkanoc, bo zniknęły wszystkie moje lęki.

Ojciec wyjechał do Warszawy zaraz po świętach. We wtorek rano. Był bardzo smutny. Mama mówi, że wyglądał, jakby jechał na ścięcie. Sądziła, że to z powodu komisji śledczej i warunków pracy, jakie stwarzał przewodniczący Sekuła.

Kiedy dowiedzieliście się, że leci do Rosji?
W środę. Tata zadzwonił do kancelarii. Odebrał Mateusz Bochacik, dyrektor biura ojca i mój ówczesny aplikant. Ojciec mówił, że jest mu pilnie potrzebny paszport dyplomatyczny, który zostawił w domu. Musieliśmy go wysłać kurierem. Trzy razy dzwonił i pytał, czy nie zapomnieliśmy. Nigdy wcześniej tak się nie zachowywał. Każdą jego prośbę spełniałam na czas. Ojciec powiedział mamie, że to Jarosław Kaczyński oddał mu swoje miejsce w samolocie. Musiał się zaopiekować chorą matką, która przebywała w szpitalu.

Ucieszył się, że będzie w Katyniu?
Bardzo. W czasie przerwy w obradach komisji podszedł do niego asystent Krzysztof Łapiński i przekazał paszport. Powiedział, że dobrze, iż leci „tutką”, a nie jakiem, bo to bezpieczniejszy samolot. Ojciec odpowiedział: „Panie Krzysztofie, jak samolot ma spaść, to i tak spadnie, nawet jeśli jest najnowocześniejszy”.

Czegoś się obawiał?
Latał samolotami na trasie Kraków–Warszawa dwa razy w tygodniu. Przez ostatnie dziesięć lat podróżował nimi równie często jak ja samochodem. I nagle mówi: „jak ma spaść to spadnie”? Nie jest to do końca normalne. Ale Krzysztof nie wyczuł w głosie ojca niepokoju.

Mama często z nim rozmawiała?
Dzwonili do siebie codziennie. Dwa dni przed katastrofą dał jej do zrozumienia, że wyjazd do Smoleńska nie będzie zwykłą podróżą. „Wiesz, Halina, to może być bardzo niebezpieczny lot” – powiedział. Kiedy zapytała: „Ale o co chodzi?”, swoim zwyczajem zmienił temat: „A ugotowałaś dzisiaj coś dobrego?”.

Ani słowa więcej?
To była krótka rozmowa. Nigdy nas nie straszył. Nie ujawniał żadnych tajnych informacji. W świetle tego, że zajmował się służbami, to zdanie nabiera innego sensu. Może wiedział coś o grożącym im niebezpieczeństwie? Nie wiem. Wiele razy powtarzałyśmy mu z mamą, że boimy się o niego i powinien na siebie bardziej uważać.

Jak reagował?
Mówił, że histeryzujemy. Powtarzał, że jeśli ktoś się boi, to powinien otworzyć sklep i sprzedawać warzywa. A prawdopodobieństwo, że coś mu się stanie, jest równie nikłe jak to, że spadnie mu cegła na głowę. To był czas, gdy zajmował się rozpracowywaniem tak zwanej mafii krakowskiej. Kiedy zaczął publicznie o niej mówić, wyśmiewano go, że Polska to nie Włochy i mafii nie ma. Potem okazało się, że miał rację.

Ostatni raz rodzice rozmawiali w piątek 9 kwietnia.
Mama odniosła wrażenie, że ojciec jest przygnębiony. „Zbysiu, czuję, że jesteś strasznie smutny” – powiedziała. Tata zaprzeczył. Powiedział, że jest tylko zmęczony. Siostra widziała go tego dnia w telewizji, podczas transmisji obrad komisji hazardowej. Ojciec przesłuchiwał Marka Przybyłowicza, byłego prezesa spółki Służewiec – Tory Wyścigów Konnych w Warszawie. Agata była zaniepokojona, bo bardzo źle wyglądał. Mówiła, że był taki czarno­biały.

Dziesiąty kwietnia…
… Boże, chciałabym o tym dniu zapomnieć. Obudziłam się wcześnie, bo w soboty miałam lekcję niemieckiego. Włączyłam RMF. Gdy przerwali program, wpadłam w histerię. Zadzwoniłam do znajomego dziennikarza. Powiedział, że wie niewiele więcej. „Ale w tym samolocie był mój ojciec!” – wykrzyczałam. „O k…!” – usłyszałam w odpowiedzi. Pomyślałam, że musi być bardzo źle.

Nie zadzwoniła pani do ojca?
Nie. Pierwsza myśl była taka, że trwa akcja ratownicza, więc nie mogę im przeszkadzać. Zadzwoniłam do kolegi, który miał znajomych w Warszawie. Powiedział, że sytuacja jest bardzo ciężka, ale nie powinnam się martwić, bo do katastrofy doszło przy lądowaniu. Na pewno nie wszyscy zginęli.

Chodziłam od ściany do ściany, papieros za papierosem i telefony. Mnóstwo telefonów. Pocieszałam się, że jest sobota. Mama i siostra jeszcze śpią, więc zadzwonię później i powiem, że był wypadek, ale tata przeżył. Jednak to Agata zadzwoniła pierwsza. Płakała. Nie była w stanie nic powiedzieć. Kiedy pojechałam, żeby zabrać ją do domu rodziców na Bielanach, pogubiłam się na drodze, którą przemierzałam setki razy.

Mama czekała z wnuczkami, Asią i Mają. Była strasznie blada. Widać było, że powstrzymuje się od płaczu, by nie przestraszyć dziewczynek. „Nic już nie ma sensu. Nie mówcie nic. To już nie ma znaczenia” – powiedziała na powitanie. Jakby chciała dać nam do zrozumienia, że „skoro Zbysia nie ma, to nie ma już nic”.

Nie było wiadomo, czy wszyscy zginęli. Długo żyliście nadzieją?
Niecałe dwie 2 godziny. Ktoś z rodziny śledził informacje w Internecie. Około jedenastej przeczytał, że ojciec jest na liście ofiar. Oficjalnych wiadomości nadal nie było. Nie odchodziliśmy od telewizora. Gdy na pasku pojawił się numer infolinii, zadzwoniłam.

Mieliście pewność, że ojciec wsiadł do samolotu?
Potwierdzenie dostaliśmy około trzynastej. Na infolinii zapytałam o wyjazd do Rosji. Powiedziano mi, że nie ma takiej potrzeby. Jednak w mediach usłyszeliśmy, że w Warszawie gromadzą się rodziny. Zadzwoniłam jeszcze raz. Otrzymałam tę samą informację co poprzednio. Wieczorem poszliśmy na Wawel. Na mszy świętej w intencji ofiar były tłumy.

Niedziela wyglądała podobnie?
Telefony. Dziesiątki telefonów od znajomych. Pocieszanie. Wyrazy otuchy. I odrętwiająca całe ciało rozpacz.

Kiedy w poniedziałek rano jechałam do kancelarii, usłyszałam w radiu, jak minister Kopacz odczytuje listę zidentyfikowanych pasażerów.

Ojca na niej nie było.
A przecież powiedzieli, że nie musimy nigdzie lecieć. To był już trzeci dzień po katastrofie, a my wciąż nie mieliśmy pojęcia, co z tatą.

Od soboty cały czas na nogach. Nie jedliśmy, nie piliśmy, nie spaliśmy. Czekaliśmy. Nie wiedzieliśmy, co robić. Lecieć czy nie lecieć do Moskwy? Na infolinii powiedziano nam, że udało się rozpoznać ciało Zbigniewa Wassermanna. Dwie godziny później usłyszałam, że to jednak nieprawda. Przekonywano mnie, że nikt nie mógł mi podać takiej informacji. A przecież zanotowałam nazwisko i numer telefonu tej osoby. Pani, która dwukrotnie mówiła co innego, przyznała w końcu, że lot do Moskwy się odbędzie. „Dobrze, ale proszę powiedzieć, co mamy zrobić, żeby się tam dostać?” – pytałam. Wciąż nic nie wiedzieliśmy. Byłam załamana. Poprosiliśmy o interwencję posłów z PiS.

I wtedy zadzwonił marszałek Bronisław Komorowski.
Przełączyłam komórkę na tryb głośnomówiący, by wszyscy słyszeli. „Czy jest jakiś problem?” – chciał wiedzieć. „Tak, jestem kolejny dzień wprowadzana w błąd przez urzędników” – poinformowałam go. Kiedy zapytał, jak może pomóc, poprosiłam o załatwienie biletów do Rosji. Obiecał, że to zrobi. „Coś jeszcze?” – spytał. Powiedziałam, że to wszystko. Rozmowa trwała może 3 minuty.

Dostaliśmy już precyzyjne informacje. Mamy jechać do Warszawy, gdzie w hotelu czekają rodziny. Wojewoda małopolski podstawił nam samochód. Na miejscu byliśmy o pierwszej w nocy. Rano o szóstej trzeba było pojechać do MSW, by wyrobić paszport i wizę. Do Moskwy odlecieliśmy samolotem rejsowym o jedenastej.

Miała pani pretensje do władz za ten chaos?
Absolutnie nie. Myślałam, że to nie ma znaczenia. Przecież nasze władze mają na głowie ważniejsze sprawy. Zajmują się teraz naszymi bliskimi i naszym samolotem. Cała reszta to są rzeczy drugorzędne. Okazało się, że było inaczej.

 

fragment książki Małgorzaty Wassermann i Bogdana Rymanowskiego, „Zamach na prawdę”

zamach_front_7