• 17 kwietnia 2015
  • komentarzy
  • 1896 osób przeczytało
  • to!

Ks. Tischner we wspomnieniach cz.1

Szymon J. Wróbel

Szymon Wróbel: Jakie ma Pan wspomnienia związane z księdzem Tischnerem i Państwową Wyższą Szkołą Teatralną w Krakowie? Był Pan w niej profesorem, kiedy ksiądz tam pracował.

profesor Jacek Popiel: Moja znajomość z księdzem Tischnerem zaczęła się bynajmniej nie w PWST, bo jako student Uniwersytetu Jagiellońskiego miałem okazję z jednej strony słuchać wykładów księdza profesora w Collegium Witkowskiego, a z drugiej strony uczestniczyć w mszach w kościele Świętej Anny o godzinie 13.00. W chwili kiedy pojawiłem się jako pedagog w szkole teatralnej, ksiądz Tischner był już dla mnie osobą bardzo ważną; tym bardziej że w kolegiacie Świętej Anny udzielał mi ślubu, więc się pamiętaliśmy. Mówię „tym bardziej”, bo ksiądz profesor niechętnie udzielał ślubów krakowskim studentom czy absolwentom, mówiąc, że nie ma do tego dobrej ręki. W górach miał zobowiązania, nie mógł odmówić, a w Krakowie twierdził, że jego błogosławieństwo nie jest zbyt szczęśliwe. Kończąc ten wątek, dodam tylko, że całe następne lata, jak się znaliśmy, to zawsze zaczynał rozmowę od pytania: „Dalej z Magdą jesteś?”.

„i nawet gdy mąż mówi: »a pokłóciłem się z moją«, to ta »mojość« pozostaje. czasem miałem wręcz wrażenie, iż logika sakramentu, jego nierozerwalności, polega na tym, że to »mój«, »moja« jest nie do wymazania, że nawet gdy się ludzie rozchodzą, to w »mojości« tkwi jakaś siła, która nic nie może zniszczyć. zresztą może to nie tylko logika sakramentu, może to logika autentycznej miłości – że ona trwa wbrew wszystkiemu.

Józef Tischner, „Przekonać Pana Boga”

Znajomość w szkole teatralnej była powiązana z okresem pracy przy ulicy Warszawskiej 5, gdzie jest jedna z siedzib szkoły i gdzie ksiądz profesor miał wykłady dla większej grupy studentów. Odbywały się one w sali klasycznej i uczęszczali na nie nie tylko studenci reżyserii, ale również inni oraz pracownicy. To było coś niesamowitego, że w tej stosunkowo małej salce postać księdza profesora wywoływała takie emocje. Po tych niezwykłych wykładach zaczynały sie dyskusje, rozmowy, „odprowadzania” księdza profesora, które dawały szanse kontynuowania rozmów. Później, dokładnie tego nie pamiętam, bo była to decyzja władz zewnętrznych, ograniczono udział w tych wykładach tylko do studentów reżyserii. Podejrzewam, że chciano ograniczyć grono osób, które mogłyby być pod wpływem księdza Tischnera; proszę pamiętać, o jakich latach mówimy: 70., 80. poprzedniego wieku.

Drugim miejscem, w którym nasze kontakty z księdzem profesorem były już bliższe, była ulica Starowiślna (wówczas Bohaterów Stalingradu). Tam na jednym z pięter, gdzie mieściła się Akademia Muzyczna, prowadziliśmy z księdzem Tischnerem równocześnie zajęcia. Ksiądz zawsze przychodził wcześniej, ja również, i staliśmy czasami pół godziny, czasami dłużej, przy portierni, czekając na własnych studentów. Ja czekałem na tych z Wydziału Aktorskiego, z którymi prowadziłem historię dramatu, a ksiądz profesor na tych z Wydziału Reżyserii. Tamte rozmowy do dzisiejszego dnia pamiętam, bo punktem ich wyjścia zawsze była literatura. Nie rozmawialiśmy o sprawach religijnych czy osobistych, tylko o literaturze. Ksiądz profesor wypytywał, jakie teksty z literatury dramatycznej aktualnie analizuję ze studentami, wspominał, co on teraz przerabia ze swoimi, i tak wywiązywała się rozmowa. To była taka dyskusja, która dla mnie była bardzo pouczająca, bo pokazywała to, co potem już wszyscy wiedzieliśmy: jak fascynujące jest to Tischnerowskie rozszerzanie myślenia na tereny daleko wykraczające poza filozofię, poza teologię, wkraczające w problemy egzystencjalne, literaturoznawcze, niekiedy socjologiczne. Jeden fragment tekstu (Tischner wiele tekstów znał na pamięć) pozwalał prowadzić nawet kilkunastominutowe dyskusje, bo ksiądz rozwodził się nad poszczególnymi słowami, zdaniami. To był drugi teren, gdzie go spotykałem.

A trzeci, gdzie te spotkania odbywały się najczęściej, był przy ulicy Straszewskiego. Tam obecnie znajduje się siedziba Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Mówię „najczęściej”, bo pełniłem wtedy funkcję prorektora, a później już rektora PWST w Krakowie. Wtedy nasze kontakty, poza kolejną dyskusją przy okazji czekania na studentów, miały charakter bardziej instytucjonalny. Wiązało się to z koniecznością uwzględniania próśb księdza profesora, przedstawianych ze względu na wyjazdy zagraniczne, pobyty dłuższe i krótsze, jak również załatwiania pewnych spraw dotyczących rozliczania studentów z różnych zaległości. Ale to jest mniej istotne, najważniejsze jest to, że to właśnie na ulicy Straszewskiego zobaczyłem, jak związki księdza profesora ze studentami reżyserii są bliskie. Mało kto wie, że na jednym roku Wydziału Reżyserii jest garstka studentów, maksymalnie pięć osób. Więc proszę sobie wyobrazić, jaki to jest rodzaj zajęć! Wszyscy zazdrościli tym studentom, że mogą mieć taki bezpośredni kontakt z księdzem Tischnerem i prowadzić z nim twórczy dialog. A studenci filozofii Papieskiej Akademii Teologicznej zazdrościli im tego szczególnie, ponieważ wielokrotnie, gdy ksiądz profesor przychodził do nich po zajęciach na PWST, mówił, że tam pracowali nad takim a takim tekstem, a teraz… przechodzimy do ciężkiej pracy dydaktycznej. Wyznawał, że studenci PWST go inspirowali, pobudzali do pewnych przemyśleń, a w przypadku pozostałych uczelni, na których pracował, był to inny rodzaj relacji, który z perspektywy czasu trudno określić. Gdy czyta się wspomnienia księdza profesora, to zadziwia fakt, że za każdym razem podkreślał wartość zajęć w szkole teatralnej.

„Wydaje mi się, że przed wszelkim filozofowaniem, zwłaszcza u nas, trzeba dokonać istotnego wyboru: trzeba wybrać z tego, o czym można myśleć, to, o czym myśleć trzeba. ale to, o czym myśleć trzeba, nie przychodzi do nas z kart książki, lecz z twarzy zaniepokojonego swym losem człowieka.

Józef Tischner, „Myślenie według wartości”

Bardzo mocno tkwią też w mojej głowie wspomnienia kontaktów z ostatnich lat życia księdza profesora. Z Jerzym Stuhrem, który był poprzednio rektorem PWST, powróciliśmy do tradycji mszy z okazji inauguracji roku akademickiego. Te msze odbywały się zawsze w kościele Świętego Krzyża i prosiłem o ich odprawianie księdza profesora. Uważałem, że nie tylko jego ranga jest tutaj ważna, ale także fakt, że jest to nasz profesor. Te msze święte i kazania, jakie wygłaszał do nas, pracowników, do studentów, to było coś niezapomnianego. Próbowałem kiedyś odnaleźć w tekstach księdza Tischnera źródło jednej z wypowiedzi z tych kazań. Nie odnalazłem, być może gdzieś to się znajduje, ale ja nie umiem tego odszukać.

Jednego roku akademickiego w ramach tych mszy ksiądz wygłosił kazanie, w którym mówił o podobieństwie posłannictwa kapłana i artysty. O kapłanach i aktorach jako o pracownikach dnia świątecznego. Ten cały wywód odwoływał się do tego, co w sztuce teatru jest bardzo istotne. Wiemy, że w czasach antycznych czy epokach bliższych, jak Młoda Polska, traktowano teatr jako świątynię sztuki. Wygłoszone wówczas kazanie pokazywało, że w zależności od tego, w jakim miejscu znajduje się ksiądz profesor, do kogo mówi, potrafi dobierać takie przykłady, które byłyby z jednej strony dowartościowaniem środowiska, do którego mówi, ale z drugiej przykładem wyciągnięcia wniosków z tej profesji, jaką grupa reprezentowała. To było takie wyciąganie wniosków, żeby zaprosić środowisko do szerszej, pełniejszej, bogatszej, może nawet ogólnofilozoficznej perspektywy. Nie wiem, czy ktoś jeszcze posiada taki dar. Zastanawiałem się kiedyś i zapytałem księdza profesora (będąc pod wrażeniem jego kazań i wystąpień): „Czy ksiądz ma to przygotowane, czy jest to raczej efekt zrodzenia się jakiejś myśli przy konkretnej sytuacji?”. Odpowiedział mi: „Ja zawsze mam pewne punkty swojego wystąpienia, wykładu czy homilii opracowane, natomiast poddaję się emocji chwili, temu wszystkiemu, co się w danym momencie dzieje”. Wydaje mi się, że to kazanie o pracownikach dnia świątecznego, kapłanach i aktorach (którzy centrum zainteresowania swojej pracy mają właśnie w sobotę i niedzielę, bo to jest ten świat związany ze sztuką teatru) zrodziło mu się, kiedy rozpoczął mszę świętą i zobaczył tłum młodych ludzi, którzy szczelnie wypełnili kościół Świętego Krzyża.

Jakie były relacje księdza profesora z Uniwersytetem Jagiellońskim?

Te relacje były powiązane z instytutem, z którym jestem związany od samego początku, czyli z Instytutem Polonistyki. Była inicjatywa wykładów w obecnej „auli Tischnera”, a poprzednio w sali teatralnej Collegium Witkowskiego – i była to inicjatywa polonistyki, a nie filozofii. Chodziło o to, żeby w gronie profesorów, którzy wygłaszają wykłady fakultatywne, znalazł się także ksiądz Tischner. W tamtych czasach nie było to łatwe, ponieważ ksiądz znany był ze swojego ogromnego duszpasterskiego wpływu i popularności. Miał wtedy zostawiony całkowicie wybór tematów, na jakie chce te wykłady prowadzić. Zaproponował historię filozofii. Najważniejszą postacią, która pojawiała się w jego wykładach, był Hegel. Pamiętam widok sali amfiteatralnej wypełnionej od wejścia. Ludzie siedzieli na schodkach, w przejściach, które były zarezerwowane raczej na garderoby studentów. To było coś, czego w tamtych latach nie można było gdzie indziej zobaczyć. Jedynie wykłady profesora Jana Błońskiego cieszyły się podobnym zainteresowaniem.

Ksiądz Tischner był wykładowcą, ale wcześniej też studentem Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Tak, ale nigdy nie był jako profesor etatowo związany z Uniwersytetem Jagiellońskim. W przeciwieństwie do PWST, co jest fenomenem, bo uzyskać zgodę władz zwierzchnich, czyli ministerialnych, na zatrudnienie w tamtych latach na etacie księdza Tischnera w szkole państwowej, to nie było takie proste. Pamiętam, że to była zasługa rektora Jerzego Treli. To za jego czasów ten związek był etatowy. Ostatni etap, który ja pamiętam, jest powiązany bezpośrednio z chorobą. Nikt z nas, pracowników uczelni, nie wiedział o początkach tej choroby, natomiast czas poprzedzający pierwszą operację doskonale pamiętam.

Zadzwoniłem w  wakacje do księdza profesora, pytając, czy tradycyjnie może odprawić mszę na inaugurację roku akademickiego. Odpowiedział: „Oczywiście, to mój obowiązek, a zarazem nie wyobrażam sobie, żebym w tym dniu nie był z wami”. Wpisaliśmy wszystko do zaproszeń, które wysyła się dużo wcześniej, i w sobotni dzień poprzedzający tę mszę świętą otrzymałem telefon od księdza profesora, który przeprasza, ale nie sprawdził, że na złą godzinę mu lot zarezerwowano i do Polski przyleci dopiero w godzinach popołudniowych. Powiedział wtedy również, że załatwił z biskupem Kazimierzem Nyczem, że to on w jego imieniu tę mszę odprawi. Tak się stało, msza została odprawiona przez biskupa, a ja następnego dnia miałem telefon od księdza profesora, że idzie do szpitala. Nie wiedziałem, o co chodzi, spotkaliśmy się kilka dni po operacji. Pojechałem do niego do szpitala Żeromskiego; był już po zabiegu operacyjnym, ale w bardzo dobrej formie. Wydawało się, że wszystko idzie w dobrą stronę.

Następne nasze kontakty były już kontaktami listownymi. Ostatnie nasze spotkanie jest uwiecznione na zdjęciach. To był 16 marca 1999 roku, kiedy w szkole teatralnej odbywała się promocja książek filozoficznych księdza profesora wydanych przez Znak. Wiedzieliśmy, że jest nadzieja, że ksiądz Tischner się pojawi, ale tak naprawdę nie liczyliśmy na to. Tłum ludzi przyszedł na tę promocję. Już miało się rozpocząć spotkanie prowadzone przez Henryka Woźniakowskiego i chyba Jerzego Illga, ale ja z ówczesnym kanclerzem szkoły teatralnej, panem Gałuszką, czekałem do ostatniej chwili, wiedząc, że ktoś z ważnych gości ma się jeszcze pojawić. Wtedy nagle w drzwiach widzimy księdza profesora. Patrzymy z przerażeniem, bo to marzec, zimno, a on w swojej letniej kurteczce, niezważający na stan zdrowia. Przeprowadziliśmy go po stopniach przez tłum ludzi, który zajmował scenę Wyspiańskiego, do rzędu, który był zarezerwowany dla mnie i kilku osób. Ludzie praktycznie go nie rozpoznali, nie zorientowali się, że to jest ksiądz Tischner. Dopiero Woźniakowski powiedział: „Powitajmy księdza profesora Tischnera”. Ludzie zaczęli się rozglądać, szukać wzrokiem, gdzie on jest. Wstał. Wtedy doszło do sceny, która myślę, że bardzo go wzruszyła… kilkuminutowa owacja na stojąco.

To jest ostatnie wspomnienie, które mam i które zostało uwiecznione, kiedy ksiądz profesor ma świadomość, że jest wśród ludzi, których stosunek do niego jest o wiele dalej wykraczający poza to, co nazywa się podziwem. To było także coś w rodzaju hołdu złożonego człowiekowi, który formował całe pokolenia, ale i człowiekowi, który niestety wówczas już od nas odchodził, a my o tym wiedzieliśmy. Znajdował się wtedy w świecie cierpienia, które z pokorą znosił.

A jak to było z obecnością wątków góralskich w pracy księdza profesora na uczelniach?

Ksiądz Tischner dowcip miał wpisany w charakter, miał poczucie pewnej ironii. To odnosiło się szczególnie do niego samego. Jest to sztuką – odnosić się do samego siebie z humorem, niejednokrotnie puentować swoje wypowiedzi jakimś ironicznym oglądem rzeczywistości. Także w stosunku do studentów. Ale każdy z nich i z pracowników cenił humor i ironię księdza profesora, one bowiem świadczą o inteligencji. Oczywiście w nich zawsze był pokład góralszczyzny, ten świat, który z upodobaniem był przywoływany przy każdej możliwej okazji. Jeżeli jakiś problem byłby nie do rozwiązania, obojętnie, czy to na posiedzeniu rady wydziału, czy na jakimkolwiek innym posiedzeniu, to zawsze jakaś anegdota ze świata góralskiego była pretekstem, żeby rozładować emocje, albo problem ustawić w taki sposób, żeby wszyscy wiedzieli, jak należy dalej postępować.

 

Profesor Jacek Popiel, rektor Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie w latach 1996-2002

okl

 

Szymon J. Wróbel

Góral z Jeleśni, koło Żywca, lokalny patriota. Magister politologii i komunikacji społecznej, dziennikarz, m.in. wyreżyserował i zrealizował, niezależny pełnometrażowy dokument pt. "Jego oczami", rok później powstała książka pod tym samym tytułem, uzupełniona o podtytuł "Czyli to, co nie zostało dopowiedziane w najnowszym dokumencie o ks. Józefie Tischnerze"