• 3 listopada 2015
  • komentarzy
  • 3833 osób przeczytało
  • to!

Grom przybył z Nieba, czyli o cudzie i pewnym obrazie

Marta Wielek

Wojacy powoli zbierają się do wymarszu. W oddali czernieją szeregi uzbrojonych Tatarów gotowych do wymarszu. Na pierwszym planie kilku Kozaków ociąga się jeszcze z dołączeniem do oddziałów. Jeden częstuje winem kobietę, która i tak już nie może utrzymać się na nogach, inny leży u stóp grajka – jakby w ogóle niezainteresowany tym, co się wokół dzieje.

Tymczasem Bohdan Chmielnicki dosiadł już konia i zwrócił się w kierunku marszu. Tuhaj-bej tuż za nim, zawraca swego konia. W tle widać cel ich ataku – Lwów. Nad nimi pojawia się postać w bernardyńskim habicie na obłoku. Chmielnicki ręką wstrzymuje wojsko. Tuhaj-bej wpatruje się w niebo zdumiony.

Tak właśnie Jan Matejko odmalował wydarzenie, które miało miejsce w 1648 roku.

Matejko_Khmelnytsky_with_Tugay_Bey (1)

Uprowadzenie Heleny      
Bohdan Chmielnicki miał powód, by zwrócić się przeciwko polskiej szlachcie. Jeden z jej przedstawicieli – Daniel Czapliński – pozbawił go niemal wszystkiego, co było mu bliskie. W 1647 roku Chmielnicki zamieszkał z nowo poślubioną żoną Heleną w majątku w Subotowie. Czapliński chciał mu odebrać tę ziemię. Uwiódł więc żonę Chmielnickiego. Helena zamieszkała z Czaplińskim. Na drodze do upragnionego majątku stał polskiemu szlachcicowi jeszcze syn Chmielnickiego, próbował go więc zabić. Ostatecznie, wykorzystując różne fortele prawne, przejął posiadłość Kozaka. A na dodatek oskarżył go o zdradę.

Chmielnicki usiłował dojść swoich praw i oczyścić się z zarzutów. Bezskutecznie. Postanowił więc wykorzystać swoją wiedzę – był bowiem wtajemniczony w plany ataku króla Władysława IV na ziemie podległe Turcji – by zemścić się na Polakach. Sprzedał swoje informacje Turkom i przekonał kozaków z Zaporoża do wystąpienia przeciwko Rzeczpospolitej. Wiosną 1649 roku wybuchło powstanie wśród Kozaków. Na jego czele stanął Bohdan Chmielnicki, który sprzymierzył się Tatarami krymskimi pod wodzą Tuhaj-beja.

Gorące narady
W zwycięskim pochodzie Chmielnicki wraz Tuhaj-bejem we wrześniu 1648 roku zbliżali się do Lwowa. Nieco wcześniej, 23 września po Piławcami rozgromili wojska polskie. Trzy dni później nieliczni ocaleńcy z tej bitwy dotarli do Lwowa z tragicznymi wieściami. Trwały gorące narady wśród mieszczan – walczyć czy poddać miasto?

Wkrótce przybył książę Jeremi Wiśniowiecki – jedyny, który dotąd skutecznie stawiał opór wojskom tatarsko-kozackim. Mieszczanie ubłagali go, by pomógł im stawić czoła naporowi oddziałów Chmielnickiego. Podczas jednej z narad w lwowskim klasztorze bernardynów miała pojawić się szlachcianka Katarzyna Słoniowa i rzucić pod stopy Wiśniowieckiego srebra własne i pozyskane od sióstr karmelitanek. Również inni mieszkańcy miasta dołożyli się do składki na obronę. W krótkim czasie udało im się ponoć zebrać milion złotych w gotówce i 300 tysięcy w kosztownościach. To pozwoliło na najęcie setek dodatkowych żołnierzy/

O ile mieszkańcy wydali się być zdeterminowani, by bronić swego miasta, o tyle żołnierze nie specjalnie kwapili się do działań. Trzeba przyznać, że sytuacja nie była łatwa. Dawno nie remontowane mury nie mogły długo wytrzymać naporu wrogich wojsk. Górująca nad miastem twierdza, tak zwany Wysoki Zamek, była stara i dawno nie restaurowana. Nie mogła stanowić skutecznego punktu oporu.

Jakież było rozczarowanie lwowiaków, gdy 5 października w obliczu zbliżających się oddziałów kozacko-tatarskich, książę Jeremi Wiśniowiecki postanowił opuścić miasto wraz ze swymi żołnierzami! Poświęcili swoje oszczędności i dobra, by zorganizować obronę, a książę zabrał niemal całe wojsko, bo nie widział szans na zatrzymanie Chmielnickiego w tak słabo ufortyfikowanym mieście. Uznał, że skuteczniej stawi mu czoła w innym miejscu. Lwowiacy uznali to za ucieczkę.

Szturm
Gdy 6 października Chmielnicki z Tuhaj-bejem stanęli pod murami miasta, jego mieszkańcy zmuszeni byli samotnie stawić im czoła. Szturm zaczął się w środę 7 października. Wysoki Zamek padł bardzo szybko, mimo że jego obrońca walczył do ostatniego tchnienia. Obrońcy przedmieść chronili się w klasztorach karmelitów, bernardynów, dominikanów, a ruscy chłopi skryli się w cerkwi św. Jura. Tam jednak dopadli ich Kozacy i niemal wszystkich mężczyzn wymordowali a kobiety i dzieci oddali w niewolę Tatarom.

Przerażona ludność miasta modliła się w klasztorze o.o. Bernardynów, gdzie pochowany był Jan z Dukli, który za życia bronił miasta przed tatarskim oblężeniem. Wzywali jego wstawiennictwa i ochrony. I doczekali się interwencji z nieba.

Ocalenie
Według starych relacji, podczas przygotowań do kolejnego uderzenia na miasto, na wieczornym niebie Bohdan Chmielnicki i Tuhaj-bej zobaczyli unoszącego się nad klasztorem bernardynów mnicha z rękami uniesionymi do góry. Ten widok tak ich przeraził, że postanowili odstąpić od oblężenia. Rozpoczęli rokowania z mieszkańcami.

Chmielnicki zaprosił włodarzy do swego namiotu i uraczył gorzałką. Zażądał 200 tysięcy dukatów (1,2 miliona złotych) okupu, ale lwowiacy nie byli w stanie po raz drugi zgromadzić takiej sumy. Zbyt wiele kosztowało ich zgromadzenie zaciężnego wojska. O dziwo, Chmielnicki zadowolił się półmilionowym okupem, którym musiał się podzielić z Tuhaj-bejem. Zwinęli obóz i ruszyli na Zamość.

Bernardyni nie mieli wątpliwości, że cudownym orędownikiem był ich współbrat, pochowany przed niemal dwoma wiekami w ich klasztorze – Jan z Dukli. Żył w XV wieku. Był znanym kaznodzieją i spowiednikiem.

„Pogromca bisurmanów”
Urodził się w 1414 roku w Dukli. Najpierw chciał zdobyć wykształcenie, studiował więc w Krakowie i Lwowie. Po kilku latach zapragnął jednak życia pustelniczego. Przeżył w odosobnieniu trzy lata i wstąpił do zakonu franciszkanów. Szybko zdobył uznanie jako kaznodzieja, a wieści o jego misjonarskich sukcesach zataczały coraz szersze kręgi. On jednak ciągle szukał swojej drogi. Pod koniec życia wstąpił do bernardynów, którzy mieli surowszą regułę niż franciszkanie i zamieszkał we Lwowie.

Gdy w 1474 roku Tatarzy oblegali Lwów, Jan urządził uroczystą procesję wokół murów miasta. Dzięki jego postawie determinacji i zaufania Bogu, lwowiacy uwierzyli, że są w stanie ocalić swoje miasto. Odparli atak Tatarów mimo skromnych zasobów militarnych. Od tej pory nazywano go ponoć „gromem na bisurmanów”.

Nic dziwnego, że podczas naporu tatarsko-kozackiego w XVII wieku, to właśnie Jan z Dukli jawił się mieszkańcom Lwowa jako skuteczny obrońca, który będzie w niebie orędował za nimi. I nie zawiedli się.

 

Marta Wielek

redaktor miesięczników LIST i BIBLIA Krok po Kroku, autorka książek