• 31 marca 2015
  • komentarzy
  • 3840 osób przeczytało
  • to!

Zachęta do spowiedzi

ks. Grzegorz Strzelczyk

Jesteśmy zaczynem przebaczenia
Jestem księdzem już od kilkunastu lat. Przez ten czas zdarzyło mi się spowiadać wielu ludzi w różnych okolicznościach i warunkach, i nadal jest to jedno z najważniejszych dla mnie doświadczeń. Z dwóch powodów. Pierwszy, mniej ważny, jest natury psychologicznej: nigdzie bardziej niż siedząc w konfesjonale nie doświadczam tego, że ludzie mi ufają. Trzeba mieć znaczącą dozę zaufania, żeby przyjść do obcego człowieka – w moim przypadku łysego z brodą – i mówić mu o najbardziej intymnych rzeczach, jakie się przeżywa. Od pierwszej spowiedzi nie mogę się temu nadziwić i ciągle jest to dla mnie porażające doznanie.

Drugi powód wiąże się z tym, co Ojciec przez Syna w Duchu Świętym robi w sakramencie pojednania. Słuchanie spowiedzi raczej nie jest przyjemnym doświadczeniem, ale kiedy tak siedzę w konfesjonale, słucham, co ludzie nabroili w swoim życiu i rozgrzeszam ich, to za każdym razem bardzo mocno przeżywam cud miłosierdzia Bożego, który się wtedy dokonuje. To, że mogę być narzędziem Bożego zmiłowania, jest chyba jednym z  najbardziej rozdzierających doświadczeń, jakie przeżywam jako ksiądz. Nieraz siedzę w konfesjonale przez dwie godziny i więcej, jest duża kolejka, więc trzeba się spieszyć, wysłuchuję może i pięćdziesięciu penitentów, natężam uwagę, by się na każdym choć chwilę rzetelnie skupić i jeszcze słuchać, co Bóg podpowiada. Wychodzę z konfesjonału zmęczony, ale jak sobie wieczorem to wszystko uświadomię, to przychodzi mi tylko jedna myśl: „Panie Jezu, dzięki Ci, że mogłem być narzędziem Twego miłosierdzia”. Choćby dla tego jednego doświadczenia warto było przyjąć wezwanie do bycia księdzem.

Zamarznięte rury
Spowiedź nie jest przyjemna, a jednocześnie jest jednym z najważniejszych składników chrześcijańskiego doświadczenia. Nie jest podstawowym sakramentem przebaczenia, bo tym jest chrzest. Nam się to dzisiaj zaciera: większość z nas była chrzczona jako dzieci, a więc przed popełnieniem jakiegokolwiek grzechu. Pierwotnie jednak do chrztu przystępowali przeważnie ludzie dorośli, czyli tacy, którzy mieli na sumieniu mniejsze lub większe przewinienia. W sakramencie chrztu dostępowali odpuszczenia wszystkich grzechów. Chrzcielne zanurzenie w śmierci i Zmartwychwstaniu Chrystusa zmazuje wszystkie nasze winy, najlepiej byłoby więc po przyjęciu chrztu nie popełnić już żadnego grzechu ciężkiego. Takie sytuacje rzadko się jednak zdarzają. Dlatego potrzebna jest spowiedź.

Grzesząc, tracimy jeden ze skutków chrztu, jakim jest swobodny dostęp do Boga i jego działania względem nas. Człowieka po chrzcie można porównać do domu, do którego właśnie doprowadzono wodę. Płynie ona swobodnie rurami, dając życie mieszkańcom domu. Gdy spada temperatura, woda w rurach zaczyna przymarzać i do domu dociera słabszy strumień. Gdy woda całkiem zamarznie, z kranów nie leci już nic. To jest właśnie sytuacja grzechu ciężkiego. Chrzest tworzy między nami a Bogiem trwałe połączenie, którego nic nie może zerwać. Grzech sprawia jednak, że może się ono zablokować podobnie jak zamarznięta woda w rurach. Spowiedź służy temu, by je na nowo udrożnić, odmrozić. Czasem wymaga to sporego wysiłku, ale bez tego pozostaniemy odcięci od źródła życia. Nie dotrze do nas moc Boga i zostaniemy sam na sam z naszymi słabościami, pokusami, a Zły będzie miał do nas łatwiejszy dostęp ze swoim zwodzeniem.

Pamięć przebaczenia
To, jak przeżywamy spowiedź, zależy w  dużej mierze od tego, jakie mieliśmy w swoim życiu doświadczenia przebaczania. Nosimy w sobie pamięć tego, jak przebacza się w naszej rodzinie, jak my sami przebaczamy. Warto mieć świadomość, że te nasze doświadczenia mocno rzutują na przeżywanie spowiedzi i jeżeli nie były zbyt dobre, to możemy mieć problem z tym sakramentem. Ale i odwrotnie: dzięki spowiedzi możemy odbudować w sobie umiejętność przebaczania.

Dla wielu osób podstawową trudnością w spowiedzi jest to, że Boże przebaczenie jest darem. Poza żalem i postanowieniem poprawy, właściwie nic nie musimy robić, aby otrzymać Jego przebaczenie. Nawet zadośćuczynienie mamy wykonać już po jego otrzymaniu. To bywa trudne do zaakceptowania, bo wolelibyśmy sobie jakoś na nie zasłużyć – chyba lepiej byśmy się poczuli, gdybyśmy zdołali najpierw ponaprawiać swoje życie, a dopiero potem przyjść do Boga i prosić o wybaczenie. Nieraz zachowujemy się tak, jakbyśmy woleli sprawiedliwość od miłosierdzia. Sprawiedliwość da się wyliczyć, jest przewidywalna, natomiast miłosierdzie nas obnaża, ukazuje nas bezradnych, potrzebujących, a tego nie lubimy w sobie. To jedno z paskudniejszych ukąszeń pychy. Nie akceptujemy w sobie słabości, nie znosimy poczucia bezradności wobec zła w naszym życiu. Z tego powodu też często nie lubimy spowiedzi, bo ona się wiąże z tym, że musimy wziąć odpowiedzialność za zło, które wyrządziliśmy. Bez tego nie ma sensu prosić Boga o miłosierdzie. Opowiada o tym przypowieść o faryzeuszu i celniku. Faryzeusz przyszedł do świątyni, stanął blisko ołtarza i powiedział: „Panie Boże, dziękuję Ci, że nie jestem, jak inni ludzie, zdziercy, cudzołożnicy, oszuści albo jak ten celnik”. Celnik zaś stał z tyłu i nie śmiał oczu podnieść ku niebu, bił się w piersi i mówił: „Boże, miej miłosierdzie dla mnie grzesznika”. Jezus wyjaśniał swoim słuchaczom, że to celnik odszedł do domu usprawiedliwiony (por. Łk 18,9-14). Uznanie grzechu jest początkiem procesu pojednania.

Innym problemem w sakramencie pojednania jest to, że zdarza się nam szukać usprawiedliwień dla swojego postępowania. To miało miejsce już w raju przy pierwszym grzechu ludzi. Gdy Bóg szukał Adama i Ewy, oni najpierw się schowali, a potem, gdy padło pytanie: „Czy zjadłeś owoc z drzewa, z którego zakazałem ci jeść?”, mężczyzna odpowiedział: „Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi zjeść i zjadłem”. Ewa ma z kolei usprawiedliwienie w wężu: to on ją skusił i dlatego zjadła (por. Rdz 3,8-13). Niezdolność do przyjęcia odpowiedzialności za grzech jest jedną z najgorszych rzeczy, jaka może się zdarzyć wobec miłosierdzia Bożego. Bóg chce, żebyśmy stanęli w prawdzie nie po to, by nas oskarżyć albo się na nas zemścić. Jeżeli uda nam się powiedzieć: „Boże, miej litość nade mną grzesznikiem”, będzie to najlepszy punkt wyjścia do spowiedzi.

Rytm
Kiedy się spowiadać? Praktyka Kościoła wskazuje, że dobrze jest raz w miesiącu przystąpić do sakramentu pojednania i oczyścić się z grzechów. Istotne jest jednak, byśmy się spowiadali, ilekroć się nawracamy, czyli wtedy, gdy znajdziemy w sobie grzech. Kiedy widzę w sobie coś, co zaczyna mnie odrywać od Boga, kiedy widzę w sobie zło, które popełniłem, to jest właściwy moment, żeby się nawracać i z tym nawróceniem iść do spowiedzi. Dla jednego to będzie częściej, dla drugiego – rzadziej, trzeba znaleźć swój rytm – może to być ten okres miesiąca, ale może też być inna częstotliwość. Chodzi o to, żeby nie przesadzić w żadną ze stron. Nadmierna częstotliwość może skutkować skrupulanctwem. Zbyt rzadka spowiedź prowadzi zaś do osłabienia wrażliwości na zło.

Ważne jest zatem znalezienie właściwego rytmu przeglądu sumienia, który nazywamy zwykle „rachunkiem sumienia”. Słowo „rachunek” sprawia, że nieraz nasza uwaga koncentruje się na ilości grzechów weryfikowanych według jakiejś listy, ale chodzi przede wszystkim o to, by się przyjrzeć temu, jak żyjemy. Czy to, jak żyję, jest rzeczywiście po myśli Bożej? Jeżeli nie, to jest to dobry moment, żeby coś zmienić. Najpierw jednak trzeba pozwolić Bogu, by nam przebaczył. Z tego przebaczenia płynie siła do tego, żeby z grzechu powstać.

Ciągle te same grzechy
Nie zawsze udaje się to tak od razu, nieraz człowiek wpadnie w jakiś grzech, próbuje się z niego nawrócić, ale wpada w niego z powrotem. Czasami całkowite zerwanie z jakimś grzechem wymaga wielu tygodni starań, albo miesięcy, a nawet lat. W grę wchodzą bowiem nasze słabości, uwarunkowania psychiczne i  społeczne, zwyczajne ludzkie niedoskonałości, które utrudniają zerwanie z grzechem. Dopóki się jednak nie poddamy w dążeniu do nawrócenia, dopóty jest nadzieja. Najgorzej jest, gdy człowiek zrezygnuje: „Po co mam się spowiadać, skoro i tak ciągle popełniam te same grzechy?”. Istotą spowiedzi jest przebaczenie grzechów tu i teraz, a nie w zależności od tego, czy już rzeczywiście „nigdy więcej…”. Gdyby przebaczenie zależało od takiego warunku, mało kto odważyłby się iść do spowiedzi.

Wobec pytania „po co, jeśli…” warto sobie uzmysłowić rzecz następującą. W życiu codziennym też robimy rzeczy, które denerwują naszych bliskich. Małżonkowie po kilku latach doskonale wiedzą, jakie ich zachowania irytują męża czy żonę. I często też wiedzą, że może już w ogóle jakiegoś nawyku nie zmienią. Czy w takich sytuacjach, przy drobnych codziennych zranieniach, nie oczekujemy jednak, że winowajca uzna swój błąd i przeprosi, dając tym samym znać, że nie zrobił tego rozmyślnie, na złość? Podobnie jest ze spowiedzią – nie od razu zwalczymy wszystkie nasze grzechy, ale warto przyznać się za każdym razem do upadku i prosić o przebaczenie. Poza tym, zawsze wtedy otwieramy się na Boże działanie. Nie można zlekceważyć tej szansy, bo a nuż tym razem coś drgnie. To Zły chce, żebyśmy byli niecierpliwi wobec Bożego przebaczenia, wymagali zadziałania od razu. Klasyczne kuszenie brzmi: „Nie idź do spowiedzi, bo i tak się nic nie zmieni”. Tyle że właśnie jeśli nie pójdziemy po przebaczenie, jeśli przestaniemy walczyć, to rzeczywiście, na pewno nic się nie zmieni.

Kolejny problem, który pojawia się w praktyce spowiedzi, to postanowienie poprawy. Ono jest warunkiem rozgrzeszenia, jeżeli ktoś nie zamierza z grzechu wyjść, to kapłan nie może mu udzielić rozgrzeszenia. Jeżeli jednak ktoś przewiduje, że i tak pewnie ten grzech znowu popełni, to znaczy, że postanawia poprawę czy nie? Czy to wystarczy do przebaczenia, czy nie? Otóż ważne jest to, żebym w momencie gdy idę do spowiedzi, rzeczywiście, szczerze chciał się wyzwolić z tego grzechu.

To, co się potem zdarzy, i tak nie jest w moich rękach. Mogę odejść od konfesjonału i umrzeć. Nie panujemy nad przyszłością, w związku z tym nasze postanowienie poprawy jest raczej wyrazem naszego pragnienia i nadziei na to, że Bóg nam dopomoże w wychodzeniu z grzechu. Czekanie na to, aż całkowicie się poprawię i potem przyjdę do spowiedzi, jest – podobnie jak w modlitwie – jedną z  największych pułapek. Zdecydowanie lepiej jest przyjść do spowiedzi i przyjąć Boże przebaczenie, starać się, upaść raz jeszcze, przyjść znowu, upaść raz jeszcze, przyjść znowu, upaść raz jeszcze… A potem być może Duch na tyle nas podtrzyma, że wytrwamy.

Następna sprawa – zadośćuczynienie. W miarę możliwości należy naprawić zło, które się stało. Nie zawsze potrafimy jednak to osiągnąć – często z powodu natury grzechu, którego się dopuściliśmy. Na przykład pożądliwych myśli nie cofniemy. Czasami możemy zadośćuczynić tylko modlitwą, bo nie da się bezpośrednio naprawić zła, które się stało. Gdy jest to jednak możliwe, należy to uczynić. To może być najtrudniejsza część spowiedzi, bo nieraz wymaga zmierzenia się ze skutkami grzechu – na przykład stanięcia twarzą w twarz z sąsiadem, z którym ma się na pieńku, i poproszenia go o przebaczenie. Wtedy szczególnie warto zawierzyć mocy Ducha, który wspiera wolę wobec takich wyzwań.

Oddaj, coś winien!
Po spowiedzi rodzi się czasem jeszcze inny poważny problem. Gdy Bóg przebacza, to znaczy, że grzechy są odpuszczone, nie ma ich. Mamy jednak taką paskudną skłonność, żeby hodować pamięć o nich. Nieraz bardzo, bardzo długo. Ujawnia się w tym trudność z przyjęciem przebaczenia. Przypowieść Jezusa o bezlitosnym dłużniku bardzo pasuje do tej sytuacji. Pewien człowiek był winien swojemu panu olbrzymią sumę pieniędzy. Jezus mówił, że było to sto tysięcy talentów, a talent to było mniej więcej trzydzieści kilogramów złota. Niewyobrażalna suma. Dłużnik prosił swojego pana, żeby wydłużył mu okres spłat. Pan ulitował się nad nim i cały dług mu darował. Dłużnik wyszedł od swojego pana i spotkał kolegę, który był mu winien zapłatę za kilka dniówek – kwotę niewspółmierną do tej, która jemu została darowana. Złapał swojego kolegę i zaczął go dusić, domagając się zwrotu pożyczonej sumy. Głuchy na prośby o przedłużenie terminu spłaty, doprowadził do uwięzienia dłużnika. Świadkowie tej sceny donieśli panu o całym zajściu i ten wzburzony wtrącił do więzienia swego sługę, sprzedał go z całą jego rodziną. Zdarza nam się, że zamiast przyjąć przebaczenie od Boga i przekazać je dalej – sobie i innym ludziom – wychodzimy i zaczynamy dusić siebie lub innych: „Oddaj, coś winny!”. Bóg mi przebaczył, ale ja jestem „mądrzejszy” i sam sobie nie przebaczam. Podstawowe jednak wyzwanie, które wynika dla nas z sakramentu pojednania, to właśnie przekazywanie przebaczenia dalej, w tym także sobie. Jeżeli przeżywamy spowiedź jako moment uwalniającego nas miłosierdzia, to chodzi o to, żebyśmy potem z taką posługą szli w świat. Święty Paweł pisze o tym z naciskiem: „w Chrystusie Bóg jednał ze sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś zlecił posługę jednania” (2 Kor 5,19). Jesteśmy zaczynem przebaczenia w świecie – im pełniej i doskonalej przeżywamy spowiedź, tym głębiej będziemy przeżywać przebaczenie w swoim życiu i rozdawać je dookoła. A czy jest coś, czego świat bardziej potrzebuje niż pojednania?

Sporo fotografuję i  czasem przyglądam się ludziom odchodzącym od konfesjonałów po spowiedzi jak hipotetycznym modelom do portretu. Na wielu twarzach maluje się smutek i żałoba, a przecież właśnie doświadczyli jednego z potencjalnie najbardziej radosnych momentów chrześcijańskiego życia. Co ich tak zasmuca? Za każdym razem, gdy przychodzimy do konfesjonału, nawet jeśli po drugiej stronie siedzi niezbyt błyskotliwy ksiądz i to, co mówi, do nas nie trafia (zresztą, co można powiedzieć mądrego, znając człowieka od trzydziestu sekund?), Bóg czeka tam na nas ze swoim przebaczeniem. Z konfesjonału wychodzimy pojednani z Ojcem przez drogocenną krew Chrystusa, napełnieni Duchem Świętym. Święci. To chyba dostateczny powód do – nie tylko wewnętrznej – radości.

okladka_strzelczyk_500px_rgb (1)

ks. Grzegorz Strzelczyk

prezbiter Archidiecezji katowickiej, chrystolog, zajmuje się również historią teologii. W latach 2008-2012 prodziekan ds. nauki Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego. Sekretarz II Synodowi katowickiego Kościoła. Związany jest z Ruchem Światło-Życie. Autor książek i świetny fotograf. Prowadzi stronę www.strzelczyk.edu.pl. Jeden z założycieli Boskiej tv, prowadzi tam swojego Vloga