źródło: Ocalały kościół i klasztor jezuitów w Hiroszimie.
  • 6 sierpnia 2015
  • komentarzy
  • 6105 osób przeczytało
  • to!

Ocaleni z zagłady – Hiroszima (6.08.1945)

Marta Wielek

Poranek był pogodny, rześki i ciepły. O szóstej rano jezuita ojciec Hubert Schiffer wstał, by przygotować się do porannej Mszy św. w kościele parafialnym w Hiroszimie. Mieszkańcy miasta od kilku dni z niepokojem spoglądali na niebo. Amerykańskie samoloty codziennie bombardowały okolice, ale samo miasto omijały. To nie wróżyło niczego dobrego. Aby oswoić swój strach, ludzie wymyślali różne scenariusze amerykańskiej napaści – jedne bardziej realne, inne zupełnie fantastyczne. Nikt jednak nie przypuszczał, że zagłada będzie totalna. A już na pewno, że zdarzy się coś tego ranka, 6 sierpnia 1945 roku. O siódmej rano, jak zwykle, ogłoszono alarm bombowy. Na niebie pojawiło się kilka samolotów, ale po kilku okrążeniach odleciały. Ludzie więc dalej przygotowywali się do rozpoczęcia kolejnego dnia pracy.

Ojciec Hubert odprawił Mszę św. Około godziny ósmej zaczął przygotowywać sobie śniadanie w swoim pokoju. Kwadrans później, gdy właśnie zanurzał łyżeczkę w połówce grejpfruta, zobaczył błysk światła, a kilka sekund później usłyszał huk. Pomyślał, że wybuchł jeden z tankowców w miejscowym porcie, gdzie japońskie łodzie podwodne uzupełniały paliwo. Chciał spojrzeć przez okno, ale w tym momencie porwał go potężny podmuch powietrza: „Niewidzialna siła uniosła mnie w górę, wstrząsała mną, rzucała, wirowała niczym liściem podczas jesiennej zawieruchy” – wspominał o. Schiffer. Gdy opadł na ziemię, okazało się, że jego ciało jest pocięte odłamkami szkła. Największe rany miał na szyi i za uchem. W tamtej chwili nie przypuszczał za pewne, że będzie mógł się nazwać „ocaleńcem”.

Tego dnia bowiem o godzinie 2:45 wystartował amerykański samolot „Enola Gay”, który miał na pokładzie ładunek o sympatycznej i niewinnej nazwie „Little Boy” (ang. „chłopczyk”) – bombę atomową. Samoloty, które o siódmej rano pojawiły się nad Hiroszimą, były tylko zwiadowcami, które przekazywały informacje o warunkach pogodowych. O 7:30, gdy o. Schaffer odprawiał Mszę, admirał William Sterling Parsons właśnie uzbrajał bombę. Zrzucono ją dokładnie o godzinie 8:15, celem był most Aioi. Wybuchła 43 sekundy później, 500 metrów nad dziedzińcem miejskiego szpitala. Był to błysk, który widział o. Hubert.

W kilka sekund później ognista fala o temperaturze 3000 stopni Celsjusza stopiła wszystko w promieniu 400 metrów. Rozchodziła się z prędkością 800 do 1500 km/h i zrównała z ziemią niemal wszystkie zabudowania w promieniu dwóch, trzech kilometrów. W promieniu jednego kilometra od miejsca eksplozji ciała ludzkie płonęły żywcem. Niemal w jednej chwili zginęło ok. 70 tys. mieszkańców Hiroszimy, a szacuje się, że około 250 tys. osób zmarło w ciągu pięciu następnych lat na skutek promieniowania.

Parafia jezuicka znajdowała się niespełna kilometr od miejsca eksplozji, od miejskiego szpitala, dzieliło ją osiem zabudowań. Gdy ojciec Hubert się ocknął, zobaczył, że w jednej chwili zniknęły wszystkie budynki w zasięgu wzroku. Tymczasem kolegium jezuickie pozostało prawie nienaruszone.  Przeżyli wszyscy jego mieszkańcy – ośmiu niemieckich jezuitów. Ocalał nawet przyległy do ich domu ogródek.

Według wszelkich naukowych badań wszyscy oni powinni zginąć. Jeden z ekspertów badających to zjawisko, powiedział: „W odległości jednego kilometra od wybuchu dominuje temperatura od 2500–3000 stopni Celsjusza, a fala ciepła uderza z prędkością dźwięku napierając z ciśnieniem większym niż 600 psi (1 psi to około 69 hektopaskali). Konstrukcje żelbetowe, jak i z cegły – z których zwykle zbudowane są centra handlowe – ulegają zniszczeniu w wyniku nacisku 3 psi. Takie ciśnienie powoduje uszkodzenie słuchu i wypadanie okien. Przy 10 psi uszkodzeniu ulegają płuca oraz serce. Z kolei ciśnienie rzędu 20 psi rozsadza kończyny. Głowa eksploduje przy ciśnieniu 40 psi i takiego naporu ciśnienia nikt nie jest w stanie przeżyć, gdyż czaszka zostaje zwyczajnie rozsadzona. Wszystkie bawełniane ubrania zapalają się w temperaturze około 200 stopni Celsjusza, a płuca wyparowują w ciągu minuty od wciągnięcia tak gorącego powietrza. W takich warunkach nie jest możliwe, aby ktokolwiek przeżył. Nikt nie powinien zostać przy życiu w odległości jednego kilometra”.

Na odległe o kilka kilometrów od Hiroszimy miasto Nagasaki, trzy dni później również zrzucono bombę atomową. Wcześniej jednak stało się schronieniem dla uciekinierów z Hiroszimy.

W Nagasaki znajdował się nowicjat jezuicki, a w nim mieszkał ojciec John Seimes, który brał udział w akcji ratunkowej dla współbraci z Hiroszimy. Opowiadał potem o tym, jak udało im się znaleźć poranionego ojca Schiffera i jego towarzyszy oraz jak przez kilka godzin transportowali rannych pośród zniszczeń i martwych ciał. Patrząc na ten obraz nie miał wątpliwości, że ocalenie braci z Hiroszimy było cudem. Potwierdzić to może relacja jednej z kobiet, która znajdowała się znacznie dalej od wybuchu niż jezuici: „Co było pierwsze: błysk czy huk wybuchu, który zdawał się rozdzierać mnie na kawałki? Nie pamiętam. Rzuciło mną o ziemię i natychmiast świat zaczął się walić wokół mnie, na mnie, na moją głowę. Przestałam cokolwiek widzieć. Zaczęłam dość mocno pocierać sobie nos serwetką, zawieszoną przy pasku. Nagle z przerażeniem spostrzegłam, że na serwetce pozostały kawałki skóry z mojej twarzy…. Ach! I skóra z moich rąk, i skóra z ramion również zaczęła odpadać”.

W takiej sytuacji rany ojca Schiffera i pozostałych jezuitów z Hiroszimy wydawały się jedynie niegroźnymi skaleczeniami. Nie dawano im jednak wielkich szans na przeżycie ze względu na promieniowanie, na jaki zostali narażeni. Ojciec Schiffer przeżył jednak następne 30 lat, był ponad 200 razy badany przez różnych lekarzy, którzy nie potrafili wyjaśnić jego ocalenia. Ojciec Hugo Makibi Enomiya-Lassalle, jezuita i mistrz zen, który w tym czasie również przebywał w klasztorze, zmarł 45 lat później, w 1990 r. On również nie zdradzał objawów choroby popromiennej.

Ojciec Schiffer z pełnym przekonaniem odpowiadał: „Ocaliła nas Matka Boża. Przeżyliśmy, bo W naszym domu zakonnym żyliśmy orędziem fatimskim i modliliśmy się na różańcu”. Pół roku wcześniej przybyło bowiem do Hiroszimy dwóch misjonarzy, którzy opowiedzieli o objawieniach Matki Bożej w Fatimie i przekazali Jej prośbę o nieustanną modlitwę różańcową. Miejscowi jezuici podjęli tę modlitwę, a także post w intencjach wskazanych przez Matkę Bożą. Byli przekonani, że Matka Boża ocaliła ich z zagłady, by stali się świadkami mocy modlitwy różańcowej.

 

Już wkrótce do nabycia nowa książka Marty Wielek o cudownych miejscach chrześcijaństwa.

 

Marta Wielek

redaktor miesięczników LIST i BIBLIA Krok po Kroku, autorka książek