• 4 lutego 2015
  • komentarzy
  • 3282 osób przeczytało
  • to!

Nowe Życie ojca Joachima

Agata Adaszyńska-Blacha

Wszyscy zgodnie podkreślają, że ojciec Joachim pozbawiony był talentów organizacyjnych. Sam zresztą był również tego zdania. Ojciec Jan Andrzej Kłoczowski śmieje się nawet, że kiedy wspólnota miała rekolekcje letnie (gdy nabrała rozpędu, organizowano trzy turnusy po sześćset osób każdy), to trzeba było ojca Joachima zaprowadzić na pociąg, żeby nie zgubił się po drodze. Dlatego odetchnął z ulgą, gdy cały ciężar organizacji rekolekcji wzięły na siebie osoby świeckie. On mógł skupić się na tym, co należało do jego obowiązków jako kapłana. Msze święte, homilie, spowiedź, kierownictwo duchowe, modlitwa – wymienia Jacek Ręka. – Czuliśmy się bezpiecznie, bo wiedzieliśmy że ksiądz uczestniczy we wszystkim i nawet jeśli ktoś nawali, to on to naprostuje. Tak jak dzieci w obecności swoich rodziców. Mogliśmy rozwinąć skrzydła, być spontaniczni, mówić z serca, bo wiedzieliśmy, że ojciec nad tym czuwa – wspomina. Urszula Grygier – żona pana Krzysztofa – dopowiada: ojciec był z nami w bliskiej relacji. On właściwie nie przewodził, ale towarzyszył. Brał na siebie wiele obowiązków, ale przede wszystkim bardzo chętnie przebywał w naszym gronie. Nieformalne podejście oraz swobodę w relacjach z młodymi ludźmi, które charakteryzowały ojca Joachima, dobrze obrazuje historia Krzysztofa Grygiera, który zaprosił go do akademika PWST. Zapytałem na krużgankach: „Może by ojciec przyszedł?” i się zgodził. Prowadził dla nas przez jakiś czas takie równoległe seminarium. Potem opowiadał, że myślał, że aktorzy tacy sztuczni, a to najnaturalniejsze osoby na świecie. Moje koleżanki szalały za nim. Szczególnie Lidka Bogaczówna, w dowodzie bodajże Popiel, obecnie aktorka Teatru Słowackiego. On Lidkę uwielbiał! Brylował na tych spotkaniach, był tam królem po prostu. Kilka osób się dołączyło, tylko że aktorzy studiujący są bardzo obciążeni i spośród nich wszystkich tylko ja się załapałem na wspólnotę Nowe Życie – opowiada, nie kryjąc rozbawienia.

Choć z perspektywy powierzonych mu obowiązków wydaje się to mniej istotne, atmosfera żywiołowej radości nieustannie towarzyszyła tym, którzy gromadzili się wokół Badeniego. Nie przypominam sobie ojca, który by nie był w dobrym nastroju i nie emanował radością. Pamiętam jego delikatny uśmiech – wspomina Bogdan Porembski, który dołączył do wspólnoty w 1983 roku. Ci, którzy ojca Joachima nie znali, nie wiedzieli na początku, jak zareagować na to, co mówił. Grygier wspomina jedną z historyjek. On na to mówił „poślizg narracyjny”. Opowiadał jakąś znaną mu historię. Pierwotnie prawdziwą, ale w trakcie opowieści urozmaicał ją o elementy fantastyczne, hiperbolizował. Paniusia jechała na swej parasolce, sterując rączką na śliskiej drodze. Opowiadał i czekał, kiedy słuchacz zorientuje się, że on sobie robi żarty. Ewa Niewalda pamięta, że układał dla nich wierszyki. Jeden z nich traktował o grubym panie z wąsami i jego żonie tak malutkiej, że siedząc, majtała nogami w powietrzu. Solecki przytacza następującą rymowankę, powtarzaną często przez ojca:

Złość mnie bierze i gniew
Spadają liście z drzew
Czemu one spadają
Jak i tak odrastają

Charakterystyczne było też to, w jaki sposób opowiadał dowcipy. Zawsze się pytał: „słyszeliście taki kawał” i widać było, że się w środku śmieje, ale na zewnątrz trzymał powagę – wspomina Niewalda i podaje przykład jednego z dowcipów ojca: Ksiądz na wsi odprawiał pewnego razu drogę krzyżową i nagle przychodzi gospodyni i mówi: „proszę księdza przyjechał ksiądz biskup na wizytację”, no to ksiądz przekazał prowadzenie nabożeństwa organiście i poszedł do księdza biskupa. Odbył z nim długą rozmowę, zjedli razem kolację, wraca, a organista mówi: „Stacja 124, Szymon Cyrenejczyk żeni się ze świętą Weroniką”. Wszyscy w śmiech. Z księży i z takiej ludowej pobożności podśmiewał się często. Niewalda opowiada także inną historyjkę ojca. W jednej wsi (powiedzmy, że to były Pardubice) coraz mniej ludzi chodziło do kościoła. Nudzili się, ziewali. W końcu przyjechał rekolekcjonista i powiedział, że zrobi tam porządek. Zgasił wszystkie światła, wziął taki gruby łańcuch, na jakim się krowy prowadza, wszedł z nim po schodach na kazalnicę i mówi: „Diabeł przyszedł na Pardubice” i to dopiero były rekolekcje. Zaraz wszyscy do kościoła wrócili. Opowiadał także często o jednym panu, który go uczył dykcji. Kazał sobie wyobrazić, że się stoi nad grobem swojej ukochanej i trzeba było powiedzieć: „Auurrellio!” Jak mówił swoim tubalnym głosem: „Auurrellio!”, wszyscy pękali ze śmiechu.

Krzysztof Grygier podkreśla, że ojciec Joachim najczęściej żartował sam z siebie. Raz nam opowiadał, jak w Poznaniu chodził z jedną dziewczyną z duszpasterstwa opiekować się terminalnie chorymi. Wtedy zreflektował się, że powiedział o sobie coś dobrego, czego konsekwentnie unikał. Zaczął snuć historię o tym, jak to wożąc chorego tak się rozpędzał na zakrętach, że szpitalne łóżko opierało się tylko na dwóch bocznych kółkach. Wariata z siebie zrobił, bo się zorientował, że się pochwalił. Podobnie konsekwentnie unikał tematu swojego udziału w drugiej wojnie światowej. Kiedy już udało się go namówić na podjęcie tego tematu, zaczynał żartować i kpić z samego siebie. Solecki opowiada jedną z takich historii: Ojciec Joachim mówi do nas tak: „Pamiętam, jak otrzymałem misję. Musiałem pojechać motocyklem z przyczepą na patrol. Jadę przez tą tundrę, roślinność karłowata, ale dosyć przyjemnie, słoneczko świeci, nagle przednie koło motocykla coś mi podbiło, o mało się nie przewróciłem. Postanowiłem sprawdzić, jaka była przyczyna tego zdarzenia. Zsiadam z motocykla, patrzę, bryła lodu w poprzek ścieżki. Błyszcząca, dokładnie obrobiona, wysokość dziesięć centymetrów, długości około piętnaście centymetrów, lśniąca. Rozciąga się w poprzek ścieżki. Ginie w zaroślach, pojawia się znowu. Patrzę w drugą stronę, to samo. Aż do horyzontu się rozciąga takim półkolem w jedną i drugą stronę. Zorientowałem się, że przekroczyłem krąg polarny”.

Agata Adaszyńska-Blacha, O. Joachim Badeni OP. Portret, Wydawnictwo M, Kraków 2015

Agata Adaszyńska-Blacha

Dziennikarz, filozof, żona i mama, animatorka w krakowskiej Wspólnocie Uwielbienia i Ewangelizacji "Janki"