• 21 lipca 2020
  • komentarzy
  • 46 osób przeczytało
  • to!

Modlitwa, której potrzebujemy

Czym tak naprawdę powinna być modlitwa? Zazwyczaj myśląc o modlitwie, przychodzą nam na myśl modlitwy, które znamy na pamięć- czy to wystarczy?

Modlitwa powinna być czasem, który spędzamy z Bogiem. Czasem, który „marnujemy” dla Boga, dokładnie tak samo, jak „marnuje się” czas dla kogoś, na kim nam zależy. Powinna być – choć brzmi to tak banalnie – spotkaniem z kimś bliskim, do kogo mówię, przed kim otwieram serce, kogo słucham, bo On otwiera przede mną serce, i z kim mogę milczeć, bo wystarcza nam, że jesteśmy razem.

 

Czy w ogóle można modlić się „źle” ?

Można i nie można. Można modlić się „do siebie”, jak pewien mnich ze starożytnego apoftegmatu, który po czterdziestu latach wybiegł ze swojej celi, trzaskając drzwiami, z okrzykiem: „Przez czterdzieści lat modliłem się sam do siebie!”. To znaczy: można pobożnie „wałkować” samego siebie – swoje doznania, doświadczenia, przemyślenia, emocje nurzając to wszystko w pobożnym sosie, ale nie dać nigdy Panu Bogu dojść do głosu. Można modlić się „wyczynowo”, to znaczy: traktować modlitwę, jako obowiązek, zadanie, „projekt”, który muszę jak najlepiej wykonać, żeby zdobyć odpowiednio wysokie noty u Pana Boga (a tak naprawdę, to u siebie samego). Można modlić się źle także w takim sensie, że modlę się, czyli proszę o złe rzeczy – złe obiektywnie (na przykład, żeby mojego złośliwego sąsiada trafił grom z jasnego nieba), albo o złe w znaczeniu: niewłaściwe (bo mnie się wydaje, że czegoś potrzebuję i to będzie dla mnie dobre, a w rzeczywistości jest inaczej). Ale… Nawet „zła” modlitwa jest lepsza od żadnej. Bo jeśli będę się modlił wiernie, to jest spora szansa, że Pan Bóg ze swoją łaską i światłem w końcu jakoś znajdzie do mnie drogę i przebije się przez te różne skorupy na moim sercu.

 

Do czego Bogu potrzebna jest nasza modlitwa, skoro zna nas lepiej niż my sami siebie?

Najprostsza (i nieco brutalna) odpowiedź brzmi: do niczego. W tym sensie, że nasza modlitwa Pana Boga nie „ubogaca” w żaden sposób, nie daje Mu czegokolwiek, czego by Mu brakowało. W tym sensie modlitwa potrzebna jest nam. Bo to jest nasz sposób „odżywiania się” łaską, czyli życiem Bożym. To łatwo zrozumieć na prostym przykładzie z życia. Wyobraźmy sobie kilkulatka i jego rodzica – mamę lub tatę, którzy próbują go nakarmić – dajmy na to – obiadem. A kilkulatek grymasi i nie chce jeść, bo akurat nie ma ochoty, bo coś mu nie smakuje, bo nie ma humoru. Komu ten obiad jest potrzebny? Rodzicowi, czy dziecku? Pewnie, że dziecku. Ale rodzicowi zależy, żeby dziecko zjadło, bo nie chce, żeby było głodne; bo chce, żeby się prawidłowo rozwijało; bo wie, jakie będą konsekwencje dla jego zdrowia, jeśli będzie niedożywione i tak dalej. Ten rodzic, to oczywiście Pan Bóg, pokarm to łaska, jedzenie obiadu to modlitwa, a grymaśny dzieciak, to my.

A co do tego, że: „Po co ja mam się modlić (czytaj: truć Panu Bogu głowę wymieniając moje potrzeby), skoro On i tak wie lepiej, co dla mnie dobre?”, to cóż… Może to jest moment, żeby odkryć, że w modlitwie tak samo ważne (a nawet ważniejsze!) jak „wylanie serca” przed Bogiem, czyli wypowiedzenie siebie – swoich spraw, doświadczeń, stanów, bólów, nadziei, pragnień – jest wsłuchanie się w to, co Bóg ma mi do powiedzenia. Wypowiedziałem siebie (może już nawet wiele razy) – dobrze. To teraz słucham, nasłuchuję, próbuję usłyszeć, co chce mi powiedzieć Pan. To znaczy: zobaczyć te moje sprawy tak, jak On je widzi. To może być bardzo zaskakująca perspektywa. I to jest etap, na którym często „odpadamy”. Bo albo nie za bardzo nam się podoba, to co zaczynamy słyszeć, albo w ogóle boimy się, że zaraz usłyszymy coś, czego usłyszeć nie chcemy, albo (i to może najczęściej się zdarza) nie słyszymy nic lub słyszymy coś, co w naszym odczuciu jest „od czapy” – nijak się ma do moich problemów, pytań, wątpliwości, próśb. W każdym z tych przypadków zaczyna się walka o moje zaufanie do Pana Boga: że On naprawdę mnie kocha i chce dla mnie dobra, nawet jeśli ono niekoniecznie jest takie, jakim ja je sobie wyobrażałem; że nawet jeśli ja nie słyszę, co On mówi i nie widzę Jego działania, to On „swoje robi” we mnie i w moim życiu – właśnie dzięki temu, że Mu daję na to zgodę i „czas” poprzez modlitwę; że być może Pan Bóg słusznie zdecydował, że są sprawy bardziej priorytetowe, niż te, które ja za takie uważam – i że to coś „od czapy”, co On mi mówi, pokazuje, czego dotyka, za jakiś czas okaże się „kluczem” do moich problemów i zdumiewająco trafną odpowiedzią na moje pytania.

 

Kościół kładzie duży nacisk na modlitwę wspólnotową, co ona nam tak naprawdę daje?

Najważniejsze, co daje nam wspólna modlitwa, to coś, co nazwałbym „zakorzenieniem”, „umocowaniem” w sercu Ewangelii, w głównym nurcie historii zbawienia. Bo zbawienie (a o nie nam przecież chodzi w wierze) i historia zbawienia, to nie jest suma indywidualnych historii relacji ludzkich indywiduów z Panem Bogiem, ale właśnie historia wspólnotowa, rodzinna wręcz. Bóg nikogo nie zbawia pojedynczo, ale zbawia nas we wspólnocie – w tej konkretnej wspólnocie ludzkiej, w której żyjemy i w wielkiej wspólnocie ludzkiej, jaką tworzą wszyscy ludzie wszystkich czasów. Bóg sam jest Wspólnotą Trzech Osób i nas stworzył i zaprasza do wspólnoty ze sobą jako wspólnotę, w której nikt  nie jest bezimienny, nikt nie rozpływa się w „masie”, ale jednocześnie też nikt nie jest „indywidualny” – w sensie „sam dla siebie”. To jest podstawowy i najważniejszy powód, dla którego modlitwa wspólna, wspólnotowa jest nam niezbędna. Taki wspólnotowy wymiar ma zresztą każda „oficjalna”, czyli liturgiczna modlitwa chrześcijan.

A oprócz tego, modlitwa wspólnotowa ma przynajmniej dwie istotne zalety. Po pierwsze: „niesie” nas, kiedy nie mamy siły czy ochoty się modlić. Ja dzisiaj nie potrafię się modlić, bo boli mnie głowa, bo mam „doła”, bo jestem rozproszony. Ale jestem we wspólnocie, która się modli. Choćby we wspólnocie ludzi zebranych na zwykłej parafialnej mszy, czy nabożeństwie. I ta ich modlitwa – moich braci i sióstr – jakoś mnie „otula”, „wciąga” i „niesie” ze sobą. A po drugie: modlitwa wspólnotowa – poddana zazwyczaj jakimś „rygorom” zwłaszcza co do treści i formy – „prostuje” mnie i moje prywatne dziwactwa. Jest dla mnie jakimś probierzem i miarą, „lustrem”, w którym mogę się przejrzeć i zobaczyć, czy w swojej prywatnej modlitwie nie „odleciałem” w jakąś niepokojącą stronę.

 

Nawet jeśli podejmujemy wyzwanie wytrwałej modlitwy, w pewnym momencie zawsze przychodzi kryzys, jak go przetrwać?

No właśnie po prostu przetrwać, czyli modlić się dalej. Wiernie, wytrwale, uczciwie. Tu duże znaczenie ma to, czy udało nam się już wyrobić pewną zdrową „rutynę” modlitwy. Choćby najprostszą – na przykład: zawsze modlę się pięć minut rano, po powrocie z pracy przez kwadrans czytam Słowo Boże, wieczorem znowu dziesięć minut, kładąc się do łóżka „dziesiątka” różańca, we wtorek zaglądam do kościoła na osiem minut adoracji, a w niedzielę idę na mszę. Jak już ktoś ma taką, czy inną wypracowaną „rutynę” to ma łatwiej. Wystarczy po prostu się jej trzymać. Zębów też nie myjesz tylko wtedy, kiedy ci się chce, ale po prostu myjesz, bo tak trzeba.

Gorzej mają w kryzysie ci, którzy przedtem modlili się, jak ich „naszło”. Bo oni nie mają teraz w kryzysie „poręczy”, której mogliby się złapać. Trzeba więc usiąść z kartką i ołówkiem w ręce i sobie taki „plan” (maksymalnie realistyczny i dostosowany do swoich możliwości czasowych) rozpisać, a potem się go po prostu trzymać, choćby te poranne pięć minut miało być nie wiadomo jaką udręką. Wierność jest podstawą. Możesz być przez te pięć minut całkowicie rozproszony, albo mieć dojmujące wrażenie, że to bez sensu. Nie szkodzi. Istotą modlitwy jest czas, który dajemy Bogu, żeby działał – duchowa przestrzeń, jaką stwarzamy w ten sposób Jego łasce. Jak mu dasz czas, to On naprawdę zrobi swoje, choćbyś tego nie czuł i nie widział. Tylko daj ten czas – tyle, ile rzeczywiście możesz.

 

Pytania „osobiste”

 

  1. Jakie trudności napotkał ksiądz podczas tworzenia swojej pierwszej książki?

 

Dwie lub trzy. Pierwsza – w pewnym sensie najpoważniejsza – to coś, co nazwałbym „onieśmieleniem”. Wynikało ono przede wszystkim z dość bolesnego uświadomienia sobie, że choć wiem, „jak powinno być”, to wcale nie zawsze sam tak robię. A za tym idą oczywiście zaraz myśli w rodzaju: „Kim ty jesteś, człowieczku śmieszny, żeby ludziom pisać o modlitwie, uczyć modlitwy, jak sam raz po raz zawalasz?”. Ale to była też dobra okazja do rachunku sumienia i „wzięcia się za siebie” po raz kolejny w życiu. To jest zresztą jedno z jednocześnie piękniejszych i trudniejszych (bo upokarzających w pewnym sensie) doświadczeń w życiu księdza, który naucza, spowiada, głosi: odkrycie (odkrywanie raz po raz), jak bardzo sam nie dorastam do tego, co głoszę. Ale to przecież nie staje się w ten sposób mniej prawdziwe. Prawda Boża nie traci na prawdziwości dlatego, że ja jestem biedak i nędzarz. Jak się stanie uczciwie wobec tego przykrego odkrycia, to tym samym na nowo odkrywa się, jak bardzo jest się ukochanym przez Pana Boga i jaką wielką dobrocią z jego strony jest to, że mnie zechciał powołać, wybrać i posłać, choć przecież wie o mnie wszystko.

Druga i trzecia trudność miały już charakter „techniczny”. Po pierwsze, chodziło o w miarę sensowne uporządkowanie „materiału”, żeby nadać całości jakiś sensowny układ. Bo ja mam okropną tendencję do dygresji i popadania w coś, co nasz wykładowca na polonistyce (którą przez chwilę studiowałem przed seminarium) nazywał, w odniesieniu do zmarłego niedawno Jerzego Pilcha, „frazą barokowo-deliryczną”. Po drugie, czas i osławiony „dedlajn”, czyli termin, na który wedle umowy zobowiązałem się dostarczyć gotowy tekst. Było tego czasu sporo, bo ponad pół roku. Ale moje bałaganiarstwo, no i zwykłe księżowsko-parafialne obowiązki sprawiły, że w pewnym momencie niebezpiecznie się skurczył.

 

  1. Mamy coraz mniej powołań, mniej księży. Wstąpienie w stan duchowny często kojarzy się z zerwaniem ze swoim dotychczasowym życiem. Jak to jest? (w kierunku przyjaźni, relacji międzyludzkich, swobody)

 

W pewnym sensie, to jest „zerwanie”, czy raczej „wyrwanie” z dotychczasowego życia przez sam fakt wstąpienia do seminarium, gdzie przez dobrych kilka lat przyszły ksiądz funkcjonuje w oderwaniu od „normalnego życia” – zmienia się jego rozkład dnia, zakres zajęć, siłą rzeczy przyjmuje na siebie pewne ograniczenia związane z kontaktami z ludźmi. Ale potem następuje „przywrócenie”, powrót do ludzi w nowej „roli”. Można by na to spojrzeć nawet trochę przez pryzmat teorii „rytuału przejścia” Victora Turnera. Tyle że to „wyrwanie” jest przecież czymś bardzo normalnym. Chłopak czy dziewczyna, którzy się zakochują, a potem tworzą związek, małżeństwo, także doświadczają w jakiś sposób takiego „wyrwania” ze swojego dotychczasowego środowiska i trybu życiu, a następnie „powrotu” w nowej roli. Ten sam człowiek, ale już nie taki sam, prawda?

Nie upatrywałbym jednak w tym „wyrwaniu” rozumianym jako rezygnacja z czegoś głównego powodu spadku liczby powołań kapłańskich. Tych przyczyn jest wiele i cały czas się im przyglądamy, analizujemy. Ta na pewno nie jest główną. Przecież młody człowiek (zwłaszcza młody mężczyzna) – mówiąc kolokwialnie – „lubi wyzwania”. Ofiara, jaką ponosimy nadaje w pewnym sensie smak temu, co wybieramy, zdobywamy. Poza tym te relacje, które są dla nas naprawdę ważne, zmieniają być może formę, ale wcale nie muszą się urwać, czy stracić na głębi. Większym problemem jest chyba już to, co papież Franciszek nazywa dość trafnie „kulturą tymczasowości” albo nawet „prowizorki”. Przeraża nas (nie tylko ewentualnych kandydatów do kapłaństwa) „uwiązanie się” na całe życie, nieodwołalność decyzji, które trzeba by podjąć.

No i jeszcze jedna, ale być może najważniejsza rzecz. Bo my możemy sobie robić statystyki, analizować przyczyny, dla których one nam wychodzą tak a nie inaczej, ale… Pytanie najważniejsze brzmi: Jak to wygląda z perspektywy Pana Boga? Co Pan Jezus na to? Czy Jego zdaniem księży jest w danym miejscu i czasie wystarczająco, czy za mało? I dalej: Na ile my jako wspólnota, jako Kościół jesteśmy przejęci Jego wezwaniem, by „prosić pana żniwa, aby wyprawił robotników na swoje żniwo”? A na ile w naszych środowiskach – nawet nie tylko parafialnych, typowo kościelnych – tworzymy atmosferę, w której konkretny człowiek będzie miał szansę usłyszeć skierowane do niego Boże wezwanie i je podjąć?

[Z jednej strony mamy teraz – nie bez własnej winy przecież – „nagonkę” na Kościół, na księży. Z drugiej wciąż jeszcze ma się niepokojąco dobrze odmieniany w ostatnim czasie przez wszystkie przypadki „klerykalizm”. To jest trochę taka sytuacja, w której mogłoby się wydawać, że nie do końca wiadomo, kim (czy: jaki) ksiądz ma być, jak funkcjonować. To jak taki młody (choć statystyki pokazują, że coraz starszy) człowiek ma się zdecydować na bycie księdzem, kiedy nie za bardzo wiadomo, co to właściwie będzie oznaczało. Bo zapał, gotowość i odwagę do ponoszenia różnego rodzaju ofiar to on w sobie ma na pewno. Ale czy znajdzie „cel”? Bo bez niego szybko z gorliwego i odważnego stanie się w najlepszym wypadku konformistą, a w najgorszym cynikiem. Ten „cel” oczywiście jest. Ukazuje go Ewangelia, żywy i żyjący Jezus. Ale czy my – księża i w ogóle wspólnota Kościoła – ukazujemy, objawiamy sobą żyjącego Jezusa i Jego Ewangelię?]

 

  1. Co ksiądz najbardziej lubi w swojej posłudze kapłańskiej?

 

Odpowiedź będzie raczej „sztampowa”, ale to w sumie chyba dobrze. Najbardziej lubię sprawować Eucharystię, głosić Słowo (nie tylko na kazaniach), chrzcić i spowiadać. Ostatecznie „po to” zostawałem księdzem. Jak miałbym zacząć tak bardziej „z wysokiego C”, to sięgnąłbym po obraz z Ewangelii o cudzie w Kanie Galilejskiej. A dokładnie po postacie w tym tekście marginalne, ale niesłychanie istotne, czyli sług, którzy na polecenie Jezusa napełnili stągwie wodą. Te stągwie, to były potężne naczynia – nawet po trzysta litrów każda. Napełnić je „aż po brzegi” wodą, to był kawał roboty. Kranu nie było. Musieli się dobrze nachodzić z tą wodą, nadźwigać, nie wiedząc nawet do końca po co to wszystko i co z tego będzie. Ale jak już stał się cud, to oni mieli chyba największą „radochę”, bo znali ten cud „od podszewki” i mieli pewnie taką zdrową ludzką satysfakcję, że to trochę ich „robota”; że było warto; że to, co się stało, to stało się absolutnie nie ich mocą, ale jednak przy ich współudziale. Tak sobie myślę, że im to wino – ponoć w ogóle dobre – musiało smakować szczególnie. I to jest to, co najbardziej lubię w swojej posłudze. To „latanie z wodą” – czasem w zmęczeniu, czasem nawet wśród wątpliwości, czy to w ogóle coś z tego ma szansę być – która potem (nie dzięki mnie przecież) nagle okazuje się winem. I to nie byle jakim. Boskim!

 

  1. Na niemal każdym zdjęciu jest ksiądz uśmiechnięty. Czy jest jakaś dewiza, którą kieruje się ksiądz w swoim życiu?

 

No to akurat nie jest trudne być uśmiechniętym na każdym zdjęciu. Wystarczy się uśmiechać jak robią zdjęcie, albo publikować tylko takie z uśmiechem. To nie znaczy przecież, że człowiek się zawsze śmieje, jest radosny, ma dobry humor i samopoczucie. Różnie bywa. Oj, bardzo różnie. Często sam sobie jest winny. A dewiza? Cóż, chyba wciąż ta z obrazka prymicyjnego, zaczerpnięta z początku trzynastego rozdziału Janowej Ewangelii, która mówi o tym, co Jezus ma w sercu i w głowie, kiedy bierze się za umywanie uczniom nóg: „wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce, oraz że od Boga wyszedł  do Boga idzie”. W tłumaczeniu na moje to jest tak: „Mam to, co mam teraz. A mnie z tym ma Bóg”. Czyli: Jest jak jest, ale nie ma co się rozczulać i myśleć, „co by było, gdyby…” (ani wstecz, ani wprzód). Ważne, żebym się trzymał Pana Boga (choćby to miało być trzymanie się jak w Mickiewiczowskiej balladzie, gdzie Almanzor „wiążąc swój zawój u nóg Hiszpana, ciągnął się za nim po ziemi”), bo a) Jemu przecież na mnie zależy, mimo wszystkich powodów jakie Mu dałem i daję, żeby Mu zależeć przestało b) On wie, co robi, choć niekoniecznie musi to być dla mnie dzisiaj zrozumiałe czy przyjemne.

 

 

Wywiad z ks. Michałem Lubowickim, autorem książki: „Modlitwa, której potrzebujemy