• 14 września 2016
  • komentarzy
  • 1046 osób przeczytało
  • to!

Kolejna iskra z Krakowa

To, co się stało w Krakowie podczas ŚDM, było spełnieniem pragnienia papieża Franciszka, aby Kościół wyszedł na ulice i robił raban. Place i ulice królewskiego miasta napełniły się młodymi katolikami, którzy śpiewali, tańczyli, bawili się, robili selfie, ale także modlili się w ciszy, słuchali katechez, spowiadali się, uczestniczyli we Mszy Świętej i gromadzili się wokół papieża jak zasłuchana ewangeliczna Maria. To nie był tylko raban na ulicach, ale także raban w sercu. Zobaczyliśmy piękno Kościoła. Poczuliśmy się jako Polacy – ufam – bardziej Kościołem powszechnym, Kościołem pełnym ewangelicznej radości i misyjnego zapału. „Felix saeculum Cracoviae”, czyli szczęśliwy wiek Krakowa. Tak mówiono o wieku XV, kiedy to w Krakowie żyło kilku świętych wyniesionych później na ołtarze, którzy znali się i przyjaźnili. ŚDM to był „szczęśliwy tydzień Krakowa”. I nie tylko Krakowa, ale też całej Polski. To był czas wielkiej łaski. Jak wyraził się Franciszek, „duchowe »dotlenienie«”. Cudowny prezent Boga na 1050. rocznicę chrztu Polski.

Emocje szybko opadną. Ale posiane ziarno wyda plon. Papież sam powiedział, że „Światowy Dzień Młodzieży rozpoczyna się dziś i trwać będzie jutro, w domu”. Owoce tych wielkich rekolekcji będzie weryfikowało życie. Ale ten potężny zastrzyk nadziei podany naszemu światu, w którym zdaje się triumfować zło, nie może pozostać bez echa.

Po tych dniach zostaną obrazy, utrwalone nie tylko przez tysiące zdjęć, ale wpisane w pamięć serca. Zostaną również papieskie słowa. Co do obrazów, było ich wiele. Krótko o kilku. Rynek krakowski widział już w swej historii dużo. Przetrwał sporo różnych najazdów, ale ten pokojowy najazd setek tysięcy rozradowanych „przyjaciół Boga” zamienił najpiękniejszy rynek Europy w przedsionek nieba. Powie ktoś, że to przesada. Ktokolwiek tam był i wszedł w ten kolorowy, rozśpiewany, rozradowany tłum, ten musiał poczuć, że to nie są ludzie zgromadzeni na koncercie czy meczu ulubionej drużyny, ale że są to ludzie, których zgromadził Duch Boży. Niezapomniany był widok 2 milionów na czuwaniu w Brzegach. Zwłaszcza w sobotni wieczór, gdy zapłonęły tysiące świec i wszyscy zastygli w modlitwie i skupieniu przed Najświętszym Sakramentem. Wciąż widzę te twarze młodych ludzi – rozjaśnione, pogodne, wolne od agresji, życzliwie uśmiechnięte lub skupione na modlitwie czy słuchaniu. Inny obraz – dla mnie bardzo „Franciszkowy” – to papież w tramwaju w drodze na Błonia, razem z grupą osób niepełnosprawnych. To jakby symbol postawy papieża, który chce być blisko zwykłych ludzi, chce im towarzyszyć w ich codzienności, w drodze do pracy, szkoły, domu czy na koncert. Papież chce, aby taki był także Kościół – bliski ludziom w ich zwyczajnym życiu.

Po tych wielkich dniach zostaną słowa papieża. Warto i trzeba do nich wracać. Mówił obrazowo, prosto. Do historii przejdą jego słowa z Brzegów o kanapie i butach. Duszpasterze, katecheci, wychowawcy będą z pewnością wracać do tej metafory. Kanapa jako symbol tandetnego szczęścia, pogoni za przyjemnością za cenę rezygnacji z większych życiowych celów i aspiracji. Mocne buty jako symbol człowieka, który wyrusza w drogę, aby brać się za bary z życiem, aby szukać, dążyć do Boga i pracować nad przemianą świata. Franciszek w jezuickim stylu odwoływał się do wolności, zachęcał do podejmowania decyzji. Kilka razy zatrzymywał się podczas swoich kazań i zwracał się wprost do młodych z pytaniami: „Co wybieracie, czy chcecie iść odważnie za Chrystusem, czy wybieracie drogę łatwizny? Czy wybieracie kanapę, czy mocne buty? Czy chcecie być przedwczesnymi emerytami, czy tymi, którzy zmieniają świat na lepsze?”. Pokazywał, że możliwe są dwie drogi, że zawsze jest wybór. Ale to droga, która wydaje się trudniejsza i wymagająca, jest właśnie drogą do szczęścia. Wiara nie jest przymusem, ale zaproszeniem, by pójść za Jezusem. Ta droga kończy się w niebie, o czym przypomniał młodym w pierwszej katechezie z parapetu okna na Franciszkańskiej 3. Papież zaskoczył wtedy wszystkich. Młodzież spodziewała się jakiegoś żartu, czegoś pogodnego, lekkiego, niezobowiązującego. A Franciszek mówił im o śmierci. Nie abstrakcyjnie, ale konkretnie. Przypomniał o śmierci, która niecały miesiąc wcześniej zabrała Maćka Cieślę, młodego grafika pracującego dla ŚDM. Papież miał odwagę ludziom, którzy właśnie zachłystują się życiem, przypomnieć o tym, że są śmiertelni. Życie przynosi nie tylko dobre wiadomości, ale i złe. Warto o tym pamiętać. To mocne słowo nauczyciela wiary do młodzieży ustawiło wysoko poprzeczkę. Tak, ŚDM to jest czas święta, czyli radości, ale to przede wszystkim czas słuchania Jezusa i wybierania Go jako przewodnika. A stawką jest nie tylko udane życie na tym świecie – chodzi o wieczność, o niebo.

W dniu rozpoczęcia ŚDM dżihadyści zamordowali we Francji ks. Jacques’a Hamela. Zrobili to w kościele podczas Mszy Świętej. To był kolejny już akt terroru w Europie. Franciszek mówił w samolocie lecącym do Krakowa, że na świecie trwa wojna. Czy to, co przeżyliśmy w Krakowie w ten lipcowy tydzień 2016 roku, jest odpowiedzią na tę wojnę, na chaos Europy, która wydaje się na krawędzi upadku? Papież po wizycie w Auschwitz wspomniał, że okrucieństwo się nie skończyło, ale trwa także dziś. Podczas czuwania w Brzegach padły słowa: „Nie chcemy pokonać nienawiści większą nienawiścią, przemocy większą przemocą, terroru większym terrorem. A nasza odpowiedź na ten świat w stanie wojny nazywa się przyjaźnią, nazywa się braterstwem, nazywa się komunią, nazywa się rodziną”. ŚDM pokazały świat wolny od przemocy. Pokazały, że możliwa jest jedność, radość, braterstwo  mimo różnic. Taki świat jest możliwy, ale tylko wtedy, gdy jest on budowany na Bogu. I to nie jakimkolwiek bogu, ale na tym Bogu, którego objawił Jezus Chrystus. Bogu pełnym miłosierdzia. To jest przesłanie, które popłynęło w świat z Krakowa. Kolejna już iskra. Św. Jan Paweł II i św. Faustyna, patrząc na Kraków w tych dniach, musieli być szczęśliwi.

 

ks. Tomasz Jaklewicz

 

m1432-m-album-19-sdm-blogoslawieni-milosierni-okladka-300_500