• 26 lutego 2018
  • komentarzy
  • 1254 osób przeczytało
  • to!

Szczęśliwe życie czas zacząć

W 2006 roku dwóch profesorów, Tal Ben-Shahar i Shawn Achor, zaproponowało nietypowy kurs, który nadal cieszy się wielką popularnością – uczestniczy w nim około 500 studentów w semestrze. Żaden inny kurs na Harvardzie nie przyciągał nigdy tak wielu słuchaczy. Profesor Achor przyznaje, że razem z Tal Ben-Shaharem byli tym faktem zaskoczeni. Nawet im się nie śniło, że tak wielu studentów będzie zainteresowanych kursem, którego tematem jest szczęście. A jednak.

„Nauka o szczęściu” – tak brzmi oficjalna nazwa kursu (w skrócie: Szczęście 101) – zgodnie z programem skupia się „na różnych aspektach spełnionego życia”. A wszystko to dzieje się na Harvardzie, uniwersytecie znanym z wysokich naukowych standardów i wielkich wymagań. Jak można było poważnie potraktować kurs na taki niepoważny temat?

O szczęściu na poważnie 
Niektórzy naukowcy w innych szacownych instytucjach na wieść, że Harvard proponuje kurs na temat szczęścia, unosili brwi ze zdziwienia. Co bardziej sceptyczni sądzili, że to jakiś żart. Gdy Tal Ben-Shahar był gościem programu Th e Daily Show with Jon Stewart, Stewart poprosił go, by wytłumaczył, jak to możliwe, aby tak czcigodna uczelnia proponowała kurs na taki „nienaukowy” temat. Ben-Shahar odpowiedział: „Przecież obecnie mamy już całą naukę zajmującą się szczęściem”.

To prawda. Słowo „nauka” zawarte jest zresztą w nazwie kursu. I chodzi tu o coś więcej niż semantyczny chwyt – liczba naukowych badań na temat szczęścia wzrosła ogromnie w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Do niedawna naukowcy badali przede wszystkim zgoła odmienne ludzkie doświadczenia: niepokoje, depresje, neurozy, obsesje, paranoje, urojenia. Dlaczego? Początków tego zainteresowania należy szukać sto lat wcześniej w pracy pewnego wiedeńskiego doktora.

Doktor Freud
Zygmunt Freud, ojciec psychoanalizy, nie był wesołkiem. Według niego ludzie to istoty z defektem, wymagające naprawy. Freud był wielkim pesymistą, jeśli chodzi o kondycję ludzką – twierdził, że kierują nami głębokie, ciemne żądze, nad którymi możemy panować jedynie w niewielkim stopniu.

B.F. Skinner i behawioryści, którzy szli śladami Freuda, mieli podobnie pesymistyczną wizję natury ludzkiej. Według nich człowiek działa na wzór mechanizmu, a może nawet robota; jest pasywną istotą bezlitośnie poddaną władzy bodźców, rządzi nim mechanizm nagrody i kary.

Jedne z najbardziej znanych eksperymentów psychologicznych dowodziły, że zwykli ludzie mogą stać się zimni i niewrażliwi na cierpienie, a nawet sadystyczni. Przez lata inwestowano w badania na temat konformizmu, neurozy czy depresji.

The Comprehensive Textbook of Psychiatry – biblia psychiatrii – zawiera 500 tysięcy wersów tekstu. Są tam tysiące linijek na temat lęku i depresji, setki o przerażeniu, wstydzie, winie, złości i strachu. I tylko… pięć o nadziei, jedna o radości, i ani jednej o współczuciu, kreatywności, przebaczeniu, śmiechu czy miłości. Sami rozumiecie: od samego początku, przez prawie 100 lat, nauki społeczne miały niewiele do powiedzenia na temat tego, co pozytywne. Jednak w 1998 roku stało się coś, co odmieniło ten wszechobecny trend.

Szczęśliwy dzień! 
Gdy Martin Seligman, psycholog z Uniwersytetu Pensylwanii, został wybrany na prezesa Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego największą liczbą głosów w historii tej organizacji, wystąpił z mocnym przemówieniem programowym do swoich kolegów po fachu. W ten spokojny październikowy wieczór w  Karolinie Północnej jego przesłanie wybrzmiało jasno: nie można skupiać się tylko na leczeniu chorób umysłowych – należy zająć się także promocją zdrowia psychicznego. Tego samego miesiąca w newsletterze Towarzystwa Seligman zamieścił tekst zatytułowany: „Budowanie siły człowieka – zapoznana misja psychologii”. Pisał: „Psychologia to nie tylko badanie słabości i poniesionych szkód, ale także zgłębianie siły i tego, co pozytywne. Terapia polega nie tylko na nastawieniu tego, co złamane – to także pielęgnowanie tego, co w nas najlepsze”. Seligman chciał zmiany, przełomu, a może i rewolucji w swojej dyscyplinie. Osiągnął ten cel.

Przemówienie Seligmana i podjęte po nim działania zapoczątkowały nowy ruch, który obecnie znany jest jako psychologia pozytywna. Dowodem na jej istnienie są pisma naukowe jej poświęcone, ogromne fundusze, niezliczone badania i setki kursów, jak ten na temat szczęścia na Harvardzie. Oczywiście nadal wielkie fundusze przeznaczane są na badanie zaburzeń, jednak nowa fala studiów rzuciła wiele światła na cnoty i przymioty charakteru, których pragnie większość ludzi. Upewnijmy się jednak, że wiemy, o czym mówimy, gdy wypowiadamy słowo szczęście.

Definiowanie szczęścia 
Poważne badania na temat szczęścia to oczywiście nie nowość. Już klasyczni myśliciele, tacy jak Sokrates, Platon czy Arystoteles, poświęcili mu wiele uwagi. Każdy język bez wyjątku, od czasów starożytnej greki, zawiera słowo oznaczające szczęście. Używamy tych samych słów, ale często mamy na myśli coś innego.

Do XVII wieku ludzie postrzegali szczęście jako ślepy traf lub wyraz boskiej przychylności. Angielskie słowo happiness pochodzi od hap, które oznacza traf. Szczęście nie było postrzegane jako coś, na co mamy duży wpływ. Było kwestią losu lub fortuny – przydarzało się człowiekowi, a on nie był w stanie nim zarządzać. W dzisiejszych czasach myślimy o szczęściu bardziej jako o zdolności, którą możemy rozwijać. Ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych stwierdzili nawet wyraźnie, że mamy prawo do szczęścia. Ten nowy sposób myślenia zaowocował wzniosłymi, humanitarnymi ideami, według których cierpienie jest z natury złe, a wszyscy ludzie powinni mieć szansę, żeby być szczęśliwi.

To nowe postrzeganie szczęścia niesie ze sobą także wyzwania. Jeśli bowiem ma się prawo do szczęścia, przestaje ono być czymś, co nabywa się na drodze rozwoju moralnego, czymś, co jest owocem dobrego życia. Pojawia się ryzyko, że będzie ono postrzegane jako coś „na zewnątrz” człowieka, coś, do czego nie tylko się dąży, ale coś, co można zdobyć i skonsumować.

Zanim zrobimy krok dalej w określaniu, czym jest szczęście, zatrzymajmy się na chwilę, aby odpowiedzieć na pytanie: Czym dla was jest szczęśliwe życie? Czy jest szczęśliwe? Pomyślcie o tym uważnie, ponieważ od waszej definicji szczęścia zależy każda istotna decyzja, jaką podejmujecie. Może brzmi to przesadnie, jednak wasze rozumienie szczęścia naprawdę kształtuje to, jak podchodzicie do życia. Jeśli na przykład sądzicie, że szczęście jest gdzieś poza wami, będziecie go tam szukali, będzie ono dla was nagrodą lub czymś, na co należy zasłużyć. Jeśli natomiast uważacie, że szczęście jest w was, wówczas staje się ono czymś na kształt kompasu, który pomaga wam lepiej żyć.

Powyższe dwie perspektywy nie są definicjami szczęścia. Są raczej narzędziami pomocnymi w jego odnajdywaniu. Zaproponujmy jednak prostą definicję. Gotowi?

Szczęście jest stanem emocjonalnym, w którym odczuwa się spełnienie, lekkość, zadowolenie, wesołość, pogodę ducha, pokój, satysfakcję, uniesienie, triumf, radość i/lub błogość.

Warto dostrzec, że szczęście według tej definicji nie jest czymś statycznym. Innymi słowy, nawet najszczęśliwsi ludzie – owe radosne 10 procent populacji – czują się czasami smutni. A nawet najsmutniejsi przeżywają niekiedy chwile radości. Jak wszystkie uczucia, szczęście przypływa i odpływa.

Mamy już prostą, jeśli nie potoczną, definicję szczęścia. Pójdźmy dalej. Szczęście – to, które niesie w sobie głęboką radość – jest czymś więcej niż tylko uczuciem. Aby dojść do sedna tego, czym jest szczęście, musimy nie tylko mówić o uczuciu, ale też o tym, skąd ono pochodzi. Dlaczego? Ponieważ to, w czym upatruje się źródło szczęścia, przesądza o tym, czy w ogóle się je odnajdzie.

Dwa źródła szczęścia 
Eleanor Roosevelt, poproszona o zdefiniowanie szczęścia, odpowiedziała: „Jest to poczucie, że było się uczciwym względem siebie i innych; poczucie, że w życiu prywatnym i w pracy dało się z siebie wszystko; szczęście to zdolność kochania innych ludzi”. Eleanor Roosevelt w oczywisty sposób postrzegała szczęście jako naszą wewnętrzną pracę.

Naukowcy nazywają to wewnętrznym szczęściem, ponieważ jest ono oparte na wartościach. Jest ono owocem osobistego rozwoju, zdrowych relacji, przyczyniania się do wspólnego dobra. Natomiast zewnętrzne szczęście jest uczuciem zależnym od nagród, pochwał, pieniędzy, statusu czy popularności.

William McDougal, psycholog społeczny z Harvardu, stwierdził, że ludzie mogą być szczęśliwi pomimo odczuwania bólu, a nieszczęśliwi pomimo odczuwanej przyjemności. Zatrzymajmy się na chwilę przy tych słowach. Możesz być szczęśliwy pomimo bólu tylko wtedy, jeśli twoje szczęście opiera się na wartościach, a nieszczęśliwy pomimo odczuwania przyjemności, gdy szczęście opierasz na uczuciach. Mówimy zatem o dwóch rodzajach szczęścia, które niosą ze sobą poczucie zadowolenia i spełnienia, ale różnią się trwałością.

Szczęście oparte na dobrym samopoczuciu jest chwilowym odczuciem przyjemności. Gdy wesoło żartujemy czy uprawiamy seks, doznajemy tego rodzaju szczęścia. Ale uwaga: z badań naukowych wiemy, że rządzi się ono znanym w ekonomii prawem malejących przychodów krańcowych. Poczucie tego typu szczęścia może z czasem słabnąć; rzadko kiedy trwa dłużej niż kilka godzin.

Szczęście oparte na wartościach polega na głębszym poczuciu, że nasze życie ma sens, a jego cel przekracza przyjemności. Jest źródłem duchowej satysfakcji. I jeszcze jedna dobra wiadomość: powyższe prawo ekonomiczne go nie dotyczy. Oznacza to, że nie ma granicy, która wyznaczałaby kres znaczeniu szczęścia w naszym życiu. Niektórzy nazywają ten rodzaj szczęścia błogością, ponieważ jest głębokie i trwałe. Niech tak będzie. Bez względu na nazwę ważne jest to, że jego fundamentem są wartości.

Szczęście oparte na wartościach może być udziałem każdego. Możesz go doświadczyć bez względu na to, czy jesteś bogaty, czy biedny, bystry czy upośledzony, wysportowany czy niezdarny, bez względu na to, czy jesteś powszechnie lubiany, czy nawiązywanie znajomości przychodzi ci z trudem. Bogaci ludzie niekoniecznie są szczęśliwi, biedni zaś nie zawsze są nieszczęśliwi. Wartości, znacznie bardziej niż przyjemność, są jak głęboka studnia szczęścia, z której każdy może zaczerpnąć. Wszyscy przecież mamy możliwość żyć w zgodzie z wartościami, które są nam bliskie.

Jak zwiększyć swoje szanse na… rozczarowanie 
Coraz częściej szczęście postrzegane jest jako doznawanie przyjemności, dobre samopoczucie, a nie bycie dobrym. W coraz mniejszym stopniu wiąże się je z dobrze przeżytym życiem, w coraz większym z doznawaniem przyjemnych wrażeń. To ślepa uliczka. Gdy szczęście oparte na dobrym samopoczuciu staje się ważniejsze od tego, którego źródłem są wartości, jesteśmy blisko hedonizmu. I narcyzmu. Dobre samopoczucie staje się celem samym w sobie. Za wszelką cenę unikamy wówczas dyscypliny i poświęcenia. Jesteśmy egoistyczni. Poszukiwanie szczęścia na zewnątrz oznacza pogoń za uznaniem, nabywanie rzeczy i dbałość o pozycję. Badania naukowe dowodzą, że osoby, które tak żyją, cechuje mniejsze zadowolenie i brak energii.

To znany paradoks hedonizmu: gdy człowiek dąży jedynie do przyjemności, czeka go frustracja. To miała na myśli Edith Wharton, gdy mówiła: „Gdybyśmy zaprzestali gonitwy za szczęściem, byłoby nam całkiem dobrze”. Podobnie Helen Keller, gdy stwierdzała: „To nie zaspokojenie potrzeb daje prawdziwe szczęście, ale wartościowy cel”.

Oczywiście jeśli zbyt radykalnie pójdziecie w drugą stronę, usiłując unikać szczęścia opartego na dobrym samopoczuciu, możecie skończyć jako stoicy lub purytanie, dla których liczy się tylko obowiązek. Oni tłumią przyjemność, by dowieść, że można bez niej żyć. Ale kto by tego chciał – szczególnie w małżeństwie? Tak czy owak, jeśli dopuszczacie tylko jeden rodzaj szczęścia – to, które opiera się na przyjemności, lub to, którego podstawą są wartości – szykujecie sobie rozczarowanie.

 

szuka_szczesliwego_zycia_3d_tlo