• 10 kwietnia 2015
  • komentarzy
  • 2218 osób przeczytało
  • to!

O zakochaniu i decyzji na małżeństwo

Grzegorz Iniewicz

Na jakiej zasadzie ludzie łączą się w pary? 
W psychologii wyróżnia się dwie strategie, których używamy w zależności od tego, czy chcemy wejść w krótkotrwały, czy długotrwały związek. Kiedy myślimy o krótszym związku, u potencjalnego partnera fascynuje nas pewna jego inność czy wręcz egzotyczność. Kiedy zaczynamy myśleć o związku na dłużej, szukamy raczej podobieństw.

W pierwszym wypadku atrakcyjne będą osoby z innych kultur albo po prostu jakoś znacząco różniące się od nas. Dodatkowo czasami mogą być dla nas tym bardziej atrakcyjne, im bardziej nie podobają się rodzicom – jeśli dzięki tym relacjom chcemy się trochę od rodziców odseparować. W przypadku tworzenia trwałych związków za te różnice musimy jednak zapłacić pewną cenę. Będzie nią wysiłek włożony we wzajemne przystosowanie się do siebie, w uwspólnianie rodzinnych tradycji czy ustalanie spójnych zasad wychowania dzieci.

Podział ten jest oczywiście dość umowny, zwłaszcza teraz, gdy coraz więcej związków łączy ludzi z różnych krajów i kontynentów. Tak więc „egzotyczni” dla siebie partnerzy zaczynają tworzyć rodziny i nie można prorokować, że im się nie uda. A może wręcz przeciwnie? A może dzięki tej różnorodności nie będzie im nudno? Nie wpadną w rutynę? Czasami grozi to parom, które dobrze i długo się znają. To może być pułapka tzw. licealnych par, które spotykają się już w szkole średniej, a potem biorą ślub. Okazuje się, że między nimi jest tyle podobieństw i że znają się już tak dobrze, a w dodatku mają wspólne grono znajomych, że trudno im siebie zaskoczyć.

Ponadto, jak się okazuje, dla satysfakcjonującego życia seksualnego potrzebna jest pewna różnorodność, a nawet pewien dystans. Osoby, które są „papużkami nierozłączkami” mogą po prostu nie być dla siebie atrakcyjne, właśnie dlatego, że są emocjonalnie za blisko i że są zbyt podobne do siebie. Czyli pewna różnorodność, podobnie jak pewien dystans prowokujący tajemniczość drugiej osoby, sprzyja satysfakcjonującemu życiu seksualnemu.

Czy można wskazać jakiś moment w życiu albo w relacji z kimś, który jest najbardziej odpowiedni do pomyślenia poważnie o małżeństwie?
Zanim się wejdzie w relację z kimś, trzeba poznać siebie i uporządkować swoje życie. Chodzi mi o to, że jeśli wchodzę w związek z nierozwiązanymi swoimi własnymi poważnymi problemami, istnieje ryzyko, że te problemy negatywnie zaczną wpływać na nową relację. Zwłaszcza istotne będą nierozwiązane problemy z wcześniejszych relacji.

Trzymając się tematu relacji rodzinnych – kobieta, która miała obojętnego ojca, który nie zajmował się rodziną, może postrzegać swojego męża również jako niezaangażowanego w sprawy rodzinne, nawet jeśli ten będzie zaangażowany. Będzie nieświadomie wyłapywała z jego zachowania takie sytuacje, które będą potwierdzały obraz ojca, jaki ona w sobie nosi. W psychologii mówimy, że projektuje na swojego męża obraz ojca, co uniemożliwia jej zobaczenie, jak sytuacja wygląda naprawdę. Podobnie mąż, który miał np. bardzo wścibską matkę, może spostrzegać swoją żonę również jako właśnie taką, zwłaszcza jak zacznie się ona dopytywać przykładowo o to, co robił w pracy.

W obydwóch sytuacjach żona i mąż zareagują silnymi negatywnymi emocjami, jednak będą one związane przede wszystkim z ich wcześniejszymi relacjami, a nie z bieżącą sytuacją, która stanie się tylko pretekstem do pojawienia się tych emocji. Trudność takiej sytuacji polega na tym, że osoby te mają kontakt raczej ze swoimi fantazjami niż z prawdziwym obrazem swojego męża czy żony. Z tego powodu tak istotne jest poznanie własnych wzorców, dzięki czemu możemy uchronić się przed ich niekontrolowanym i zniekształcającym wpływem na postrzeganie drugiej osoby.

Zawsze tak jest?
Nie, nie musi tak być. Jeśli mam świadomość tego, co się działo w moich wcześniejszych relacjach, zmniejszam prawdopodobieństwo, że w kolejne wniosę problemy z tamtych. Pomocny jest też czas. Opisywany tu przeze mnie mechanizm działa zwłaszcza na początku nowych relacji. Jeśli kogoś niedawno poznałem i mówię, że już wiem, jaka ta osoba jest, to mówię właściwie o swoich fantazjach czy wrażeniach na jej temat – tylko tyle. Dzięki temu zresztą się zakochujemy. W tym stanie idealizujemy, czyli albo widzimy tylko część tej drugiej osoby, tę pozytywną część oczywiście, albo w ogóle mamy w głowie tylko fantazję na jej temat. Potem zaczynamy widzieć całość i może pojawić się rozczarowanie. A z nim pretensje. Właściwie to my samych siebie trochę oszukujemy, zwracając uwagę u drugiej osoby tylko na jej pozytywne zachowania. Nie jest zatem prawdziwe powiedzenie „widziały gały, co brały”, bo one właśnie nie widziały albo nie chciały zobaczyć!

Powstaje kwestia, na ile szybko się wycofamy z własnych wyobrażeń i zobaczymy realność drugiej osoby. Jeśli ludzie spotykają się raz na jakiś czas, np. tylko w weekendy, to będzie to trudne. Taki model związku mają zwłaszcza osoby pracujące w różnych korporacjach i firmach: „Tydzień jest dla firmy, a weekendy są dla nas”. Widzą się tylko w sobotę i niedzielę, a to jest zupełnie inny czas niż codzienność, kiedy trzeba rano wstać, kiedy ona nie jest umalowana, a i on może też nie najlepiej wygląda przed poranną kawą.

Nasze fantazje i wyobrażenia podsycane są też przez np. filmy, zwłaszcza te romantyczne. Tam kobieta zawsze budzi się umalowana, ze zrobioną fryzurą, stół na śniadanie jest suto zastawiony, pościel wyprasowana. W naszej kulturze żyjemy wciąż marzeniami o romantycznej miłości. A jeszcze niedawno, ze dwa, trzy pokolenia temu, normą było, że to rodzice decydowali, kto z kim ma się związać. Wiele małżeństw było aranżowanych, uzgadnianych między rodzicami. A miłość często przychodziła później.

Może tak było łatwiej?
Rodzice aranżowali małżeństwo, nie trzeba było szukać współmałżonka, decydować, czy to ten, czy nie… To jest bardziej skomplikowane. Zmienia się wzór rodziny, model życia. To prawda, dawniej szybciej zakładano rodziny, ale można zapytać, z jakich powodów. Kiedyś dwudziestoparoletnią, niezamężną dziewczynę nazywano starą panną, więc ona dla świętego spokoju brała ślub, bo nie wyobrażała sobie innego życia. Jeżeli kobieta nie miała możliwości samodzielnego życia, małżeństwo było jedyną drogą do względnego uniezależnienia się. Teraz kobiety same mogą być bardziej niezależne.

Podróżowałem kiedyś po Egipcie i w jednej z oaz spotkałem młodego, niespełna trzydziestoletniego mężczyznę, miejscowego nauczyciela. Zaprosił mnie do swojego domu na kolację. Był bardzo smutny, a jego smutek wynikał z tego, że jego ojciec nie zgodził się na ślub z kobietą, z którą spotykał się od pewnego czasu. Zaczęliśmy rozmawiać na ten temat, gdy on nagle zapytał, jak to jest u nas.

Odpowiedziałem, że raczej sami sobie wybieramy współmałżonka. A on zadał mi wtedy pytanie: „Powiedz, co jest lepsze, tak jak u nas czy tak jak u was?”, odpowiedziałem, że nie wiem, że nie znajduję na to pytanie jasnej odpowiedzi. Bo takiej uniwersalnej chyba nie ma. To zależy od pewnych kontekstów życia – kulturowego, religijnego, od zwyczajów czy tradycji. Przecież ci rodzice, mając swoje doświadczenie, mogą je wykorzystać z korzyścią dla swojego dziecka.

Czy były przeprowadzane jakieś naukowe badania porównujące pary, które mieszkały i nie mieszkały razem przed ślubem?
Kiedyś czytałem o takich badaniach, ale nie jestem pewien ich rzetelności. W każdym razie wynikało z nich, że pary mieszkające razem przed ślubem były mniej trwałe. Ale to były też inne czasy i mniejsze przyzwolenie na nieformalne związki. Teraz, kiedy takie zachowanie jest standardem, bardzo trudno jest zrobić takie badania, bo na wyniki wpływałoby wiele czynników.

Czy w małżeństwie bliskość emocjonalna z rodzicami może być czymś dobrym?
Oczywiście, że może. Musi jednak dokonać się pewne jej przeformułowanie. To znaczy rodzice nie mogą tu już być na pierwszym miejscu. Taka bliskość z rodzicami bywa też w pewnych sytuacjach niezwykle istotna, i to zarówno z własnymi rodzicami, jak też z rodzicami męża czy żony. Ta druga sytuacja opisywana jest jako zespół pragnienia adopcji. Występuje on u osób, które od własnej rodziny nie doświadczyły potrzebnej im bliskości. Wtedy przy wyborze partnera ważnym elementem jest też to, jacy są rodzice tej drugiej osoby. Ważna staje się nie tylko więź z mężem czy żoną, ale też z jego/jej rodzicami. Jeżeli to tylko nie zdominuje relacji małżeńskiej i teściowie mają gotowość na taką „czasową adopcję”, może to być pomocne. Problem pojawia się wtedy, gdy ten deficyt bliskości jest zbyt duży i ani współmałżonek, ani jego rodzice nie są w stanie go wypełnić. Taka sytuacja może szybko zacząć budzić frustrację. Trzeba pamiętać, że nie można być rodzicem ani terapeutą dla swojego męża czy żony. Możemy się wspierać, ale w sposób, który w naszej relacji jest możliwy.

Kiedy młodsza kobieta wiąże się ze starszym mężczyzną, często mówi się, że pewnie brakowało jej ojca i raczej taki związek nikogo nie dziwi. Pytania prowokuje sytuacja odwrotna.
Wydaje mi się, że i to się zmienia. Niedawno miałem pacjentkę z dość nietypową sytuacją rodzinną. Otóż drugi mąż jej babci był starszy o rok od jej matki. Dzisiaj spokojnie można sobie wyobrazić taki związek, ale trzydzieści lat temu, kiedy ta babcia po raz drugi wychodziła za mąż, nie było to takie oczywiste. Kiedyś był inny kontekst i dość ściśle określone normy postępowania – mężczyzna mógł być starszy kilka lat, ale nie za dużo. Wszyscy jesteśmy zanurzeni w pewnych kulturowych wzorcach, ale odpowiedzmy sobie szczerze, czy rzeczywiście kobiety i mężczyźni ponad sto lat temu zachowywali się zupełnie inaczej od współczesnych? W czasach wiktoriańskich panowały ścisłe zasady, wszystko było bardzo dokładnie określone, ale podwójne życie niosło ze sobą przykre konsekwencje. Bo skąd się brały choroby weneryczne wśród mężczyzn, tych cnotliwych mieszczan? Czy przenosiły się przez kichnięcie? Wtedy były więc ścisłe normy i podwójne życie, teraz mamy większą swobodę wyboru.

Ile ludzi, tyle sytuacji…
Tak, nie powinniśmy zapominać, że historia każdego człowieka jest w pewnym sensie niepowtarzalna. Rozmawiamy tu o różnych kwestiach, jednak tak naprawdę możemy mówić jedynie o pewnych tendencjach. Nie możemy niczego zakładać z całą pewnością. Znam osoby pochodzące z tzw. trudnych rodzin, które podjęły ogromny wysiłek i teraz bardzo dobrze funkcjonują w swoich rodzinach. Znam też osoby, które wyszły z rodzin, gdzie było wsparcie, ciepłe uczucia i wszystko, co potrzebne, ale w dorosłości mają trudności z budowaniem relacji.

Od lat bada się w psychologii problematykę więzi. Zwłaszcza to, w jaki sposób relacje z ważnymi osobami w dzieciństwie wpływają na nasze dalsze życie. Na podstawie tych badań można wysunąć wniosek, że w około siedemdziesięciu pięciu procentach powtarzamy wyniesione z domu wzorce. Pozostaje te dwadzieścia pięć, które kształtują inne doświadczenia życiowe czy w końcu my sami. Jednak przecież w tych siedemdziesięciu pięciu procentach jest wiele pożytecznych wzorców. Tak więc nasze życie kształtuje wiele czynników, w tym również my sami.

Zdarza się, że człowiek dobrze sobie radzi w życiu, ale przychodzi trudne doświadczenie – utrata pracy, załamanie emocjonalne, stres, utrata kogoś lub czegoś ważnego. I wtedy uruchamia się jakiś patologiczny wzorzec, np. radzenie sobie, oczywiście pozorne, z trudnościami przez alkohol. Ktoś zachowuje się tak, jak to zaobserwował w swojej rodzinie. Tak więc pewne wzorce mogą się nam uruchomić w wyjątkowych okolicznościach. Nie możemy wszystkiego przewidzieć, jednak im bardziej będę świadom siebie samego i tego, co wyniosłem z domu, tym lepiej będę mógł przewidywać swoje reakcje.

Na czym w czasach rodzin wielopokoleniowych polegało wchodzenie w dorosłość?
Dzisiaj można powiedzieć, że jednym z przełomowych momentów jest wyprowadzenie się od rodziców, a wtedy? Po wszystkich rytuałach związanych z zaręczynami i ślubem – co miało duże znaczenie – zamieszkiwało się razem i od tej pory dzieliło się sypialnię, łoże, stół, szafę. To był ważny moment, mimo że się mieszkało z rodzicami, często dziadkami, to jednak on i ona stawali się odrębną rodziną.

Obecnie również uczestniczymy w pewnych rytuałach, tylko one się zmieniają. Dawniej były zaręczyny, obrączka, ślub, ceremonia, potem wspólne zamieszkanie. Teraz inne rzeczy świadczą o tym, że ktoś jest z kimś w bliskiej relacji. Po pierwsze informuje się o tym na Facebooku. Śmiejemy się z tego, ale miałem w terapii parę, w której wybuchł konflikt o to, że jedno na Facebooku miało ciągle zaznaczone, że jest wolne, mimo że druga strona zaznaczyła, że jest zajęta. W innej parze on nie chciał za bardzo informować wszystkich o swoim związku i zaznaczył na profilu jako status związku opcję „to skomplikowane”. To było przyczynkiem strasznej awantury, bo ona zrozumiała, że on nie wie, czy chce być z nią albo że ma kogoś innego. Nie takie to więc proste.

Drugim ważnym momentem jest wspólne zamieszkanie. Obecnie rzeczywiście jest to pewien rytuał poświadczający, że ludzie po prostu są razem, aczkolwiek są pewne wyjątki. W pewnych kręgach modnym wzorem relacji – o czym już wspominałem – są tzw. związki weekendowe. Ludzie, którzy zatrudnieni są w korporacjach, całymi dniami pracują do późna, mają swoje mieszkania, bo ich na to stać, są niezależni, ale weekendy spędzają razem. Wtedy mają czas dla siebie, razem gdzieś wyjeżdżają – do jednego albo drugiego, a potem od poniedziałku do piątku znowu tylko praca.

W ostatnich latach pojawiła się bardzo duża różnorodność związków: związki weekendowe, otwarte, jednopłciowe czy poliamoryczne. I tu się rodzi pewne niebezpieczeństwo, mianowicie takie, że my do tych nowych związków będziemy podchodzili stereotypowo, jak do tradycyjnej rodziny nuklearnej. A tu tymczasem wiele aspektów ich funkcjonowania wymaga przeformułowania. Takie pojęcia jak miłość czy wierność mogą być różnie definiowane. Ludzie inaczej mogą definiować swoje role w związku. Sam czasami, prowadząc terapię par, musiałem uważać na własne definiowanie chociażby wspomnianej wierności. Punktem wyjścia zawsze musi być to, jak para ją definiuje. Każdy ma swoją definicję, ale na ile są one wspólne? Czy np. jeśli żonaty mężczyzna wysyła swojej koleżance zdjęcie w samych slipkach, to już jest zdrada czy jeszcze nie?

Zdrada – dla niej, dla niego pewnie nie.
No właśnie, a co jeśli jego żona zrobiłaby to samo? Dzisiaj wiadomości można wysyłać przez SMS-y, e-maile, nie jest to takie trudne. Dawniej trzeba było napisać list, pójść na pocztę, wysłać go; w tej chwili to jest moment: siadam, wysyłam i za chwilę zdjęcie jest u kogoś na ekranie. W dodatku internet wniósł do relacji ogromną skrótowość – wysyłamy emotikony, smutne bądź uśmiechnięte buźki, ale to nie sprzyja rozwijaniu znajomości. Wszystko jest skrótowe, relacje szybko się tworzą, ale też nie pogłębiają się z czasem.

Myślę, że trudno jest mówić w tej chwili na temat rodziny, bo często myślimy, że rodzina to dwie osoby po ślubie z dziećmi. Bądźmy szczerzy, coraz mniej jest takich modelowych związków. Jeszcze bardziej sytuację komplikują rodziny patchworkowe – schodzą się ludzie, którzy mają dzieci z poprzednich związków. Poza tym mamy rodziny zastępcze, adopcyjne…

W tej chwili praca z rodzinami wymaga dużej elastyczności i otwartości. Jako terapeuta nie mogę nikomu narzucać własnych schematów myślenia, muszę zapytać, co dla nich jest ważne, w jakich oni są relacjach i jakie stawiają sobie granice.

 

jak_przezyc_z_tesciami_70mn_cmyk

Grzegorz Iniewicz

dr psychologi, psychoterapeuta, prowadzi terapię indywidualną i par