• 24 kwietnia 2017
  • komentarzy
  • 1644 osób przeczytało
  • to!

O nazywaniu uczuć

Anita Górzan

Przed urodzeniem syna nie wertowałam poradników, nie szukałam informacji w internecie. Modliłam się, bym umiała być dobrą matką, bo sądziłam, że w połączeniu z moją intuicją to wystarczy, a nie wierzyłam w „wychowanie z książek”. Oczywiście już przy pierwszym dziecku pojawiły się problemy. Rozwiązywałam je tak, jak potrafiłam. Wiedziałam, że to, na czym bardzo mi zależy, to zbudowanie z dzieckiem więzi, prawdziwej i głębokiej relacji, która pozwoli mu kiedyś spokojnie odejść. Miałam bowiem świadomość, że syn nie jest „mój” i wcześniej czy później opuści dom.

Potem pojawiło się kolejne dziecko i następne. Sytuacja uległa skomplikowaniu.

Już nie byłam tylko „ja–on”, ale także „oni” między sobą. Zaczęły się kłótnie o zabawki, o pierwszeństwo w łazience, złość starszego o to, że brat coś zniszczył, płacz najmłodszego, który akurat TERAZ potrzebuje na ręce. Solowo albo chórem: „Mamo, pomóż…”, „Mamo, a on…”, „Mamo!!!”

Znacie to ?

Wtedy natrafiłam na zdanie, w tekście, którego już nie pamiętam, o tym, by nazywać uczucia dziecka, opisywać je i sytuację i w ten sposób rozładowywać konflikty. Pomyślałam, że spróbuję, bo wydawało się to dosyć proste, możliwe do zastosowania przy trójce dzieci i niewymagające jakichś nadzwyczajnych środków. Czułam się wprawdzie dosyć dziwnie, gdyż mówienie: „jesteś rozczarowany , bo nie ma już twoich ulubionych płatków” albo: „czujesz złość, bo chciałbyś mieć taki traktor, jak ten na wystawie”, wydawało mi się sztuczne. Do momentu, kiedy uświadomiłam sobie, że z nazywaniem uczuć jest tak samo jak z nauką innych rzeczy. Skoro pokazuję chłopcom, jak samodzielnie zawiązać buty, dlaczego nie pomóc im poruszać się wśród emocji?

I rzeczywiście. To, co mi wydawało się oczywiste, dla nich było odkrywaniem nowych możliwości. Krzyk, bójki, płacz zaczęły ustępować miejsca słowom. Nie, nie zawsze to wystarcza. Pomaga jednak dojść do sedna problemu albo po prostu się usłyszeć.

Czteroletni Uszatek przybiega do mnie wzburzony mówiąc: „A niech to! Jestem zły, bo An zniszczył moją rakietę.” Tupie nogą i… wraca do swojego pokoju, by dalej bawić się z braćmi. Nie musiałam nic robić, wystarczyło wysłuchać.

Czterolatek negocjuje z trzyletnim bratem. Emocjonalnie, ale jednak rozmawiają i po chwili chyba dochodzą do konsensusu, bo z pokoju słychać śmiech. Znów nie byłam potrzebna.

To działa – myślę. I daje nadzieję.

 

Tekst dzięki uprzejmości: http://bliskawiara.pl/

Anita Górzan

mama trzech chłopców