• 4 grudnia 2017
  • komentarzy
  • 56 osób przeczytało
  • to!

Czy uczucia są dobre lub złe?

Popularnie się mówi o uczuciach dobrych i złych. To jednak ogromne nieporozumienie.

Każdy człowiek reaguje na różne wydarzenia, które przeżywa, w których uczestniczy, o których rozmawia, wspomina lub planuje, w sposób mniej lub bardziej emocjonalny. Uczucia są pierwszymi spontanicznymi, wewnętrznymi reakcjami na wydarzenia, sytuacje, w jakich się znajdujemy. Wyrażają stan psychiczny wobec aktualnych bodźców. Ten stan możemy określić jako przyjemny lub przykry. Dobra wiadomość, którą otrzymaliśmy przez telefon, wywołuje zadowolenie, radość, natomiast wiadomość o śmierci kogoś bliskiego – smutek, zanim jeszcze zapytamy, kiedy pogrzeb i w jaki sposób mamy pomóc w przygotowaniach do pogrzebu. Uczucia w chwili pojawienia się nie podlegają ocenie. Są niezależne od rozumu i woli. Ich intensywność zależy od pierwotnej cechy osobowości, jaką jest emocjonalność. Uczucia, w chwili pojawienia się, nie są więc moralnie ani dobre, ani złe. Po prostu są. Ocenie podlega dopiero to, co z tymi uczuciami zrobimy: czy zachowania, postawy, decyzje podejmujemy wyłącznie na podstawie uczuć, czy też przy pomocy rozumu i woli. Tak więc uczucia można „mieć”, mogą się pojawić, ale możemy je żywić, karmić, podsycać i dopiero ta sytuacja podlega ocenie moralnej. Szczególnie dotyczy to uczuć przykrych. W Księdze Przysłów znajdziemy pojęcie „żywienia uczuć” odniesione do złości: Gdy człowiek żywi złość przeciw drugiemu, jakże u Pana szukać będzie uzdrowienia? (Prz 28,3). O nagannym podsycaniu w sobie niektórych uczuć i zgubnym tego wpływie na więź międzyludzką pisze św. Jakub: Jeżeli żywicie w sercach waszych gorzką zazdrość i skłonność do kłótni, to nie przechwalajcie się i nie sprzeciwiajcie się kłamstwem prawdzie (Jk 3,14).

W literaturze odróżnia się często emocje od uczuć. Pierwszą spontaniczną reakcję na bodźce zewnętrzne nazywa się często emocją, a uczucia uważa się za świadomą interpretację emocji. Ta sama emocja – rozumiana jako niezależny od woli proces psychiczny, będący reakcją organizmu na bodźce – może zostać zinterpretowana jako różne uczucia w zależności od sytuacji. Często jednak, z uwagi na trudną do rozróżnienia granicę, używa się tych pojęć zamiennie.

Nie nazywajmy uczuć dobrymi ani złymi, pozytywnymi czy negatywnymi, co pojawia się w różnych publikacjach, a nawet podręcznikach psychologii, ale po prostu przyjemnymi i przykrymi. Przeżywanie smutku z powodu zgubienia portfela nie można nazwać ani uczuciem złym, ani negatywnym; może bowiem zmobilizować mnie do większej ostrożności i uwagi w jego używaniu przy kasie. Uczucie sympatii czy zakochania nie jest uczuciem dobrym ani pozytywnym, gdy prowadzi do zdrady małżeńskiej, jest natomiast uczuciem przyjemnym… Uczucie lęku może stać się przeżyciem paraliżującym i wtedy może wywołać zachowania i postawy destrukcyjne. Może natomiast zmobilizować do działań uprzedzających negatywne skutki źródła lęku. Lęk o drugą osobę nie jest uczuciem negatywnym. Lęk sam w sobie nie jest więc moralnie ani dobry, ani zły, ani pozytywny, ani negatywny. Natomiast jest na pewno uczuciem przykrym. Podobnie z wszystkimi innymi uczuciami.

Potwierdzenie słuszności takiej koncepcji odnajduję także w Liście św. Pawła do Koryntian. Znajdziemy tam opis sytuacji, kiedy to uczucia przykre doprowadziły do postaw moralnie słusznych. Smutek, jaki przeżywali Koryntianie, wywołał w nich, zdaniem św. Pawła, nienaganne postawy: A chociaż może zasmuciłem was moim listem, to nie żałuję tego; nawet zresztą, gdybym żałował, widząc, że ów list napełnił was na pewien czas smutkiem, to teraz raduję się – nie dlatego, żeście się zasmucili, ale żeście się zasmucili ku nawróceniu. Zasmuciliście się bowiem po Bożemu, tak iż nie ponieśliście przez nas żadnej szkody. Bo smutek, który jest z Boga, dokonuje nawrócenia ku zbawieniu, którego się potem nie żałuje, smutek zaś tego świata sprawia śmierć. To bowiem, że zasmuciliście się po Bożemu – jakąż wzbudziło w was gorliwość, obronę, oburzenie, bojaźń, tęsknotę, zapał i potrzebę wymierzenia kary. We wszystkim okazaliście się bez nagany (2 Kor 7, 8-11). 

Wspomniałem już, że na podstawie pojawiających się uczuć nie powinno się oceniać drugiego człowieka. W codziennych drobnych konfl iktach często pojawiają się oceny: „ty zawsze”, „ty znowu”, „ty nigdy” powtarzane w różnych okolicznościach. Ty nigdy nie potrafi sz ubrać się jak człowiek, ty zawsze się spóźniasz, ty znowu zapomniałeś przynieść mi książkę. Wyrażają one uczucia przykrości, zawodu, rozczarowania, niechęci, urażenia. Ale wyrażają mój stan wewnętrzny i zazwyczaj przenoszenie ich na partnera jest dla niego krzywdzące.

Był czas, kiedy w naszym małżeństwie dzielenie się uczuciami miało charakter informacyjny i nie przynosiło nic w zakresie poprawienia naszej komunikacji. Zdarzały się nawet stwierdzenia w rodzaju: to twoja sprawa, że tak to przeżywasz. Oznaczało to wzajemne odrzucenie siebie jako osób. Na szczęście może być inaczej.

Kiedyś stałem w przedpokoju, a Irenka, wychodząc z pokoju, powiedziała: jestem wściekła, gdy mówisz do mnie w ten sposób. Dziś zupełnie nie pamiętam, o co chodziło, nie pamiętam, w jaki sposób mówiłem do Irenki, ale to, co powiedziała, zrobiło na mnie duże wrażenie. Spodziewałem się bowiem pingpongowego ataku, oceny, na którą odruchowo odpowiedziałbym w podobny sposób. Tymczasem usłyszałem podzielenie się uczuciem i jej opis siebie samej w tym wydarzeniu. To niesłychanie zmniejszyło we mnie napięcie.

Irenka jak gdyby wzięła na siebie ciężar owego wydarzenia. Nie przerzuciła go na mnie, że to znowu ja jestem taki czy inny i że ze mną w ogóle nie da się rozmawiać… Poczułem się nagle uwolniony od winy za powstałą sytuację, bo oczywiście uważałem, że mówię do niej w sposób normalny, adekwatny do sytuacji, jednym słowem, że jestem w porządku. Tego rodzaju reakcja Irenki uzmysłowiła mi, że naruszyłem jej autonomię, jej sposób przeżywania danej sytuacji i wywołałem wściekłość. Nie czułem się oczywiście odpowiedzialny za pojawienie się w Irence uczucia wściekłości, ale poczułem się odpowiedzialny za dalsze swoje zachowanie. Chodziło o to, bym tego uczucia wściekłości w Irence nie podtrzymywał dalszymi swoimi wywodami. Było to o wiele bardziej twórcze niż udowadnianie swoich racji. Nigdy bym ich nie udowodnił, co najwyżej skłonił Irenkę do poddania się. Oczywiście mogłem zareagować: „to twoja sprawa, że jesteś wściekła”. Byłby to jednak szczyt cynizmu. 

Chciałbym w tym miejscu bardzo wyraźnie podkreślić, że nie jesteśmy odpowiedzialni za pojawianie się uczuć w drugim człowieku, jeżeli nie czynimy tego świadomie, np. by wywołać w nim strach, zazdrość, czy rozpacz. Jesteśmy jednak odpowiedzialni za podtrzymywanie w nim tych uczuć, widząc, że nasze postępowanie permanentnie wywołuje w nim tego rodzaju uczucia, przeradzające się w postawy utrwalające lęk, poczucie zagrożenia, czy gniew. Tego rodzaju działanie byłoby przejawem manipulowania drugim człowiekiem.

W tych rozważaniach o dojrzałości emocjonalnej podkreślmy wyraźnie, że ważną jej cechą jest umiejętność rozpoznania i nazwania swoich uczuć, nie budowania na nich postaw czy ocen, jak również na nieocenianiu drugiego człowieka na podstawie uczuć przez niego ujawnionych. O dojrzałości emocjonalnej możemy mówić wtedy, gdy potrafi my zaakceptować w sobie pojawianie się nie tylko uczuć przyjemnych, ale i trudnych. To bardzo ważna cecha dojrzałości emocjonalnej, gdyż budowanie ocen i podejmowanie decyzji na żywionych i podsycanych emocjach jest główną przyczyną rozwodów. Dojrzałość polega również na umiejętności podzielenia się swoimi uczuciami z najbliższym człowiekiem oraz zaakceptowaniu i przyjęciu nawet najtrudniejszych uczuć, którymi on się podzielił. Pojawienie się uczuć przykrych nie musi oznaczać wygaśnięcia miłości, ale wręcz jej dojrzewanie. Rozpoznając uczucia, zbliżamy się do prawdy o sobie. Ta prawda nie jest zagrożeniem dla związku, ale szansą. 

W tradycji Spotkań Małżeńskich istnieje powiedzenie, że „uczucia są przednią strażą poznania”. Przypisujemy je Arystotelesowi, choć tak naprawdę nie odszukaliśmy źródła. Jest jednak w tym stwierdzeniu prawda, której nie da się pominąć. Każde nasze działanie, wypowiedzenie myśli, opinii, poprzedzone jest pojawieniem się uczucia. Nie zdążę go jeszcze nazwać, a już pojawia się logika argumentów, ocena, opinia. Szczególnie zaś w sytuacjach konfl iktowych, przy podejmowaniu trudnych decyzji, owocne jest przyjrzenie się swoim uczuciom, by rozpoznać, na ile one wpływają na moje zachowanie, decyzję, postawę. Uczucia pojawiają się zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet. Dość powszechnie płci pięknej przypisuje się większą emocjonalność, jednakże nie można tego zbytnio uogólniać. Czasem właśnie taka opinia utrudnia mężczyznom nazwanie swoich uczuć i dzielenie się nimi, co niejednokrotnie osłabia dialog w małżeństwie.

Uczucia nie są jakąś nadrzędną kategorią w przedstawianej drodze duchowości. Są „przednią strażą poznania”, ale podkreślamy wyraźnie, że na samych tylko uczuciach nie należy budować postaw ani ocen. Św. Tomasz aż 22 rozdziały Sumy teologicznej poświęcił uczuciom6. Wyróżnił cztery podstawowe grupy uczuć: radość, smutek, nadzieję i lęk. Jego zdaniem wszystkie inne – a wymienił ich w swoim dziele około 40 – pochodzą od tych czterech. W Spotkaniach Małżeńskich opracowaliśmy listę zawierającą 125 nazw uczuć, by ułatwić uczestnikom rekolekcji nazywanie ich. Od czasu do czasu znajdujemy jeszcze jakieś określenie, którego na tej liście nie ma. Mówi to o bogactwie świata emocjonalnego. Oznacza dowartościowanie sfery emocjonalnej, ale jako natury, na której buduje łaska.