• 9 stycznia 2015
  • komentarzy
  • 1882 osób przeczytało
  • to!

Żadnego zderzenia cywilizacji

Piotr Kaszczyszyn

Głosy o zderzeniu cywilizacji, pojawiające się w reakcji na wstrząsające wydarzenia we Francji, czarują prostotą, czarno-białym obrazem świata i urokiem niczym z rycerskich eposów o walce ze strasznymi Saracenami. Szkoda, że niewiele mają wspólnego z rzeczywistością.

Kwestia pierwsza. Zasadniczym problemem z prostą (czy raczej prostacką) narracją o konflikcie chrześcijańsko-islamskim jest fakt, że wrogowie Zachodu w swoim kręgu kulturowym stanowią margines marginesu. Pisał o tym choćby w komentarzu na łamach „Kultury Liberalnej” Piotr Kieżun. Jeszcze dalej w argumentacji poszedł Tomasz Gabiś, w opublikowanym niedawno tekście pt. „Zmierzch islamu”. Powołując się na egipsko-niemieckiego politologa i historyka Hameda Abdel-Samada, stwierdza, że wzrost radykalizmu i fundamentalizmu wśród części muzułmanów jest wyrazem ich postępującej słabości i bezradności wobec problemów współczesnego świata, na które islam nie potrafi znaleźć właściwych odpowiedzi. Reakcją na wewnętrzną kruchość jest zewnętrzna agresja. Według Abdel-Samada świat arabsko-islamski nie potrafi wykorzystać wiedzy innych kręgów kulturowych, spóźnił się na pociąg nowoczesności i nie pozostaje mu nic innego, jak stanie na peronie i złorzeczenie maszyniście, czyli Zachodowi. Jego mieszkańcy akceptują nowoczesność, ale tylko od strony konsumpcji – pożądają i kupują nowoczesne dobra konsumpcyjne, chwytają łapczywie narzędzia i produkty nowoczesności, ale nie są zdolni do otwarcia się na sposoby myślenia i postawy duchowe, będące niezbędnymi warunkami dla wytworzenia tych dóbr, narzędzi i produktów. Żyją przeto w stanie swoistej schizofrenii. Abdel-Samada nie waha się sięgać w swojej diagnozie (w której, jak wskazuje Gabiś, nie jest osamotniony wśród muzułmańskich intelektualistów) do „Zmierzchu Zachodu” Oswalda Spenglera, przenosząc jego defetystyczne analizy na grunt świata arabsko-islamskiego.

Kwestia druga. Zamach powodowany był pobudkami religijnymi. I w tym miejscu rację ma Wojciech Engelking, zwracający uwagę, że traktowanie islamskiego fanatyzmu jako pozbawionego określonego kontekstu religijnego czy narodowościowego jest naiwnością i wyrazem infantylizmu. Ale jednocześnie trzeba z całą mocą podkreślić, że obok płaszczyzny religijnej, fundamentalizm islamski nierozłącznie związany jest ze statusem materialnym mniejszości etnicznych.

W narracjach o zderzeniu kultur przedstawia się często ten wątek na zasadzie „muzułmanie dostali socjal, a teraz chcą narzucać nam swoją religię”. Tymczasem rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, bo okazuje się często, że ów mityczny już socjal wcale jest wystarczającą pomocą finansową dla młodych muzułmanów, którzy właśnie ze względu na trudne warunki materialne stają się podatni na radykalne odłamy religii (albo dopiero wówczas w ogóle zaczynają się tą religią interesować). Nie chodzi tutaj o świeżo przybyłych do Europy imigrantów z Afryki, lecz o drugie pokolenie.

Oczywiście jest jeszcze druga strona medalu. I tutaj przeciwnicy „multi-kulti” mają już więcej racji. Po pierwsze trzeba porzucić szkodliwą polityczną poprawność i jasno powiedzieć, że Zachód ma problem z islamskim radykalizmem, nie mającym jednak wiele wspólnego z opowieściami o zderzeniu cywilizacji i zagrożeniu ze strony „obcych kulturowo elementów”, o czym pisał Witold Stefanowicz, rzecznik prasowy ONR.

Problemem z całą pewnością jest wzrost popularności radykalnego odłamu islamu – salafitów. Problemem są wyjazdy kilkuset ochotników z Francji czy Niemiec do walki po stronie ISIS. W takiej sytuacji w pełni popieram wkład polskiej armii w walkę z Państwem Islamskim. Z umiarkowaną sympatią patrzę nawet na reakcje niemieckich kibiców zrzeszonych w akcji „Hooligans gegen Salafisten” („Chuligani przeciwko salafitom”). Nie mam również wątpliwości, że w przypadku roznoszenia ulotek zachęcających do wstąpienia do ISIS, z czym mieliśmy do czynienia jakiś czas temu w Anglii, odpowiedzialne osoby powinny zostać natychmiast aresztowane bądź wręcz deportowane z terytorium Europy.

Choć w pełni potępiam morderstwa popełnione przez islamistów i uważam, że należy im się najwyższa kara za tę zbrodnię, która niczym nie może być usprawiedliwiona, z dużym niesmakiem podchodzę do głosów umieszczających działania tygodnika „Charlie Hebdo” w kanonie wartości Zachodu.Z jednej strony nie zdecydowałbym się na delegalizację jego działalności, bo prawne zakazywanie głupoty, wulgarności i intelektualnej miernoty wydaje mi się kiepskim rozwiązaniem.Z drugiej jednak, wskazywanie na rysunki satyryczne tygodnika jako warte obrony przykłady realizacji prawa do wolności słowa świadczy tylko o tych, którzy takie zdania formułują.

Sam bardzo bym się ucieszył, gdyby po wspólnej akcji i nacisku społecznym ze strony chrześcijan, muzułmanów i żydów, gazeta zaprzestała działalności.

Bo jak ktoś ma zarabiać pieniądze za rysunki przedstawiające gejowski stosunek Trójcy Świętej, to ja do takiego kanonu wartości należeć nie chcę.

Tragiczne wydarzenia z Francji z pewnością otworzą kolejny rozdział publicznej debaty na temat islamskiego radykalizmu i skuteczności przyjętego modelu polityki multi-kulturalizmu. Ta dyskusja jest z pewnością bardzo potrzebna. Tak jak konieczne jest zrobienie wszystkiego, aby popularność salafitów wśród młodych muzułmanów nie rosła. Jednak rozwiązaniem nie może być uproszczona narracja o zderzeniu cywilizacji.

Po pierwsze dlatego, że utożsamiając margines z całością, tworzy się fałszywy wizerunek islamu jako religii z natury zbrodniczej. Po drugie dlatego, że obok kontekstu religijnego pomija fundamentalny dla sprawy wymiar społeczny i materialny.

Nie mylmy bowiem kwestii wyznania z problemem imigracji. Islam nie jest narodowością ani pochodzeniem tej grupy, a wyznaniem – zbiorem wartości. Wielu spośród prominentnych wyznawców jasno i wyraźnie przeciwstawia się tak działaniom ISIS, jak i wszelkich innych organizacji terrorystycznych, związanych ze światem islamu, o czym pisała w ostatniej „Więzi” Agata Skowron-Nalborczyk. Problem z tym światem jest taki, że w dużej mierze postrzegamy go poprzez pryzmat chrześcijaństwa, w którym papież jest głową. W islamie natomiast takiego „kierownictwa” nie ma o tyle, że jest ono dużo bardziej rozczłonkowane. Stąd na sto głosów sprzeciwu zawsze pojawi się jeden usprawiedliwiający.

I naprawdę dajmy sobie spokój z obrazkami zamieniającymi wieże minaretów w rakiety.

Źródło: jagiellonski24.pl

Piotr Kaszczyszyn

Redaktor i współtwórca jagiellonski24.pl