• 6 maja 2015
  • komentarzy
  • 1403 osób przeczytało
  • to!

Wspólnota, która ma misję do wypełnienia

Wojciech Wencel

Dominik Zdort: Panie Wojciechu, jak to jest z tą Polską, czy ona ma jakąś rolę do odegrania w planie Bożym, w planie Opatrzności? Czy Polska ma jakieś specjalne miejsce w historii?

Przede wszystkim znajdujemy się w wyjątkowym położeniu geopolitycznym: między dwoma historycznymi mocarstwami o wielkich aspiracjach. Tego nie można bagatelizować. Ci, którzy mówią, że historia się skończyła i Polska łatwo stanie się przeciętnym państwem europejskim, nieistotnym dla układu sił na kontynencie i przez to stosunkowo bezpiecznym, ignorują rzeczywistość, bo nie skończyły się aspiracje Niemiec i Rosji do odgrywania głównej roli na świecie. Obu państwom zależy na tym, aby Polska znajdowała się w strefie ich wpływów i nie utrudniała realizacji mocarstwowych planów. Właśnie tak, realistycznie, trzeba widzieć naszą sytuację. Położenie na mapie od wieków determinuje polską historię. Jak powiedział w którymś z wywiadów profesor Andrzej Nowak, Polska to kraj, o który potykają się imperia.

Swego rodzaju cudem jest fakt, że w tym położeniu geopolitycznym nadal istniejemy, że nie zostaliśmy całkowicie wchłonięci ani z jednej strony, ani z drugiej strony. Często zapominamy o tym, jak wielką wartością jest samo istnienie Polski jako dumnego narodu i nieustannie odradzającego się państwa. A logika historii każe nam interpretować polskie dzieje w jakimś kluczu metafizycznym czy mesjańskim, każe widzieć w Polsce państwo, a przede wszystkim wspólnotę narodową, która ma jakąś misję do wypełnienia. Rozbiory, rzeź Pragi, Sybir, Katyń, Wołyń, spalona Warszawa, eksterminacja Żołnierzy Wyklętych, Smoleńsk… Naród, który tyle wycierpiał, a mimo to zachował ducha, siłą rzeczy staje się świadkiem mocy Boga i orędownikiem wolności. Tak też Polskę traktowano w XIX wieku, mesjańskie koncepcje Mickiewicza czy Słowackiego to nie były tylko wytwory poetów, one wpływały na całą świadomość europejską. Francuzi bardzo żywo komentowali kolejne polskie powstania właśnie w tym duchu, a Francja była wtedy przecież centrum kultury europejskiej.

– Ta dziejowa logika dotyczy także współczesnej Polski?
Myślę, że to się nie skończyło, widzę bardzo wyraźnie nić biegnącą od Mickiewicza przez środowisko międzywojennego pisma „Prosto z Mostu”, ze Stanisławem Piaseckim na czele, czy poetów z kręgu okupacyjnego pisma „Sztuka i Naród”, którzy marzyli o imperium słowiańskim… Misją Polaków zawsze była budowa uniwersalnej cywilizacji chrześcijańskiej i niesienie ducha wolności innym narodom, które znajdują się w sferze mocarstwowych wpływów możnych tego świata. To jest plan bardzo realistyczny politycznie, przecież on się pojawiał i u Józefa Piłsudskiego, który miał swoją koncepcję federacyjną, na emigracji u Jerzego Giedroycia, a potem w bardzo czytelny sposób został podjęty przez Lecha Kaczyńskiego, który usiłował budować wspólnotę polityczną państw Europy Środkowej i Wschodniej, zagrożonych włączeniem do rosyjskiej strefy wpływów.

– A więc Polska ma odegrać rolę historyczną, uratować niepodległość państw Europy Wschodniej…
Na razie zawiesiliśmy te dążenia, bo śmierć Lecha Kaczyńskiego w ogóle zakończyła poważną polską politykę zagraniczną. Natomiast dla mnie jeszcze ważniejsza od misji politycznej jest misja chrześcijańska Polski. Warto pamiętać, że w tradycji polskiego patriotyzmu śmierć nigdy nie była ostatecznym argumentem, śmierć była w imię idei wielokrotnie przezwyciężana – a bardzo podobnie było w historii chrześcijaństwa, losy polskich męczenników za ojczyznę można porównać z losami męczenników za wiarę. Kluczem do zrozumienia tej polskiej misji i – głębiej – polskiej duszy jest figura Konrada i księdza Piotra z Dziadów części III. Z jednej strony mamy Konrada, który jest buntownikiem, i w polskiej historii można znaleźć mnóstwo takich postaci. Można zacząć od Karola Levittoux, który podpala pod sobą siennik w celi, żeby nie wydać spiskowych towarzyszy. Można w ten sposób widzieć pułkownika Stanisława Dąbka, który – podczas lądowej obrony Wybrzeża we wrześniu 1939 roku – strzela sobie w usta, wierny przysiędze, że Niemcy zobaczą, jak Polak walczy i Polak umiera. W tej tradycji niewątpliwie mieszczą się też pogarda śmierci manifestowana przez wielu Żołnierzy Wyklętych czy akt samospalenia Ryszarda Siwca na Stadionie Dziesięciolecia. Myślę, że dziś ten buntowniczy, anarchiczny wymiar polskości wspaniale wskrzesza Jarosław Marek Rymkiewicz.

Chociaż bardzo szanuję tę tradycję i nigdy nie zgodzę się, by ją odrzucać jako niechrześcijańską, znacznie bliższa jest mi tradycja księdza Piotra, który również jest mistykiem, również kontaktuje się z Bogiem i stara się odczytywać Jego znaki, ale wykazuje się pokorą wobec Bożego planu. To tradycja polskich męczenników, takich jak ojciec Maksymilian Kolbe czy ksiądz Jerzy Popiełuszko. Oni również nie boją się śmierci, ale przyjmują ją nie jako buntownicy – godzą się na nią w imię miłości, jeżeli taki jest plan Boga. Myślę, że momentem historycznym, który najpiękniej łączy obie te tradycje, jest powstanie styczniowe. Wśród jego uczestników byli autentyczni męczennicy za wiarę: księża ginący z krucyfiksem w dłoni czy choćby młody, świetny poeta Mieczysław Romanowski. Szczególnie ciekawa jest biografia Rafała Kalinowskiego, przywódcy powstania na Litwie, któremu wyrok śmierci ostatecznie zamieniono na dziesięć lat katorgi. Po powrocie z Sybiru ten nieugięty żołnierz i patriota wstąpił do zakonu karmelitów bosych i został przeorem klasztoru w Wadowicach. Od 1991 roku jest świętym Kościoła katolickiego.

– Jak tę bliską Panu tradycję patriotyczną przełożyć na współczesne potrzeby Polski?
Od początku, od Smoleńska, który tak bardzo poruszył Polaków, jako polski poeta czuję się zobowiązany towarzyszyć ludziom na ulicach z przekazem duchowym. W odróżnieniu od Jarosława Marka Rymkiewicza, który – mam wrażenie – jest już trochę znużony religijnymi śpiewami na Krakowskim Przedmieściu i chciałby, żeby szybciej przeistoczyły się one w działanie, nie marzę o rewolucji. Powierzając przyszłość Bogu, myślę raczej o tym, żeby towarzyszyć ludziom ze słowem poetyckim, z jakimiś tekstami podnoszącymi na duchu. Każdego dnia uczę się cierpliwości, bo i we mnie burzy się polska krew. Ale myślę, że ogólnie misją chrześcijan w dzisiejszej Polsce jest dzielenie losu swojego narodu i niesienie światła Chrystusa do tego tłumu na ulicach, zmienianie tego tłumu we wspólnotę, nie tylko narodową, ale też wspólnotę wiernych. Mam w związku z tym żal i do niektórych hierarchów Kościoła, i do swoich współbraci z neokatechumenatu, nie mówiąc już o katolickich tradycjonalistach, że większość z nich odebrała ten wybuch wspólnoty polskiej po Smoleńsku jako fakt ściśle polityczny, nawet obrońców krzyża nie potraktowała jako swoich współbraci w wierze i polskości.

Ale wszystko ma swój czas. Wierzę, że prędzej czy później chrześcijanie odnajdą głębokie oparcie dla swojej wiary w polskości. Ta polska tradycja jest wehikułem, który może bardzo się przydać w nadchodzącej epoce. Bo nie jest tak, że prześladowania chrześcijan, które wzmagają się na całym świecie, ustaną po protestach w Internecie czy prasie katolickiej, przeciwnie – będzie ich coraz więcej, będą nas dotykać osobiście. Wielu chrześcijan, chcąc nie chcąc, znajdzie się w sytuacji analogicznej do losu polskich zesłańców, więźniów, świadków wiary, ofiar komunistycznych procesów sądowych. Identyfikując się z całymi pokoleniami Polaków, znajdując we wspólnocie narodowej sens męczeństwa, łatwiej będzie wytrwać w Chrystusowej prawdzie i wolności.

– Czy może istnieć polski patriotyzm bez wiary chrześcijańskiej?
Oczywiście, że może istnieć, ale w takiej wersji musi się zmienić w mitologię krwi i walki. Nie przekreślam tej tradycji, bo wiem, że jest ona mocno zakorzeniona w polskich dziejach, dramatyczna, głęboka, natomiast moim zdaniem to jest tradycja fatalistyczna, przesiąknięta albo martyrologią, cierpiętnictwem, albo właśnie buntem – niby zwycięskim, ale tak naprawdę prowadzącym przez rozpacz do śmierci. W chrześcijaństwie najważniejsze jest przekraczanie granicy tej rozpaczy dzięki Chrystusowi obecnemu w cierpieniu, a w konsekwencji – pewien spokój ducha i ostatecznie zwycięstwo w planie eschatologicznym.

Z drugiej strony, jak już wspomniałem, polskość może stać się wehikułem dla chrześcijaństwa w całej Europie. Cały czas zastanawiam się nad słowami przekazanymi przez Chrystusa siostrze Faustynie, że z Polski wyjdzie iskra, która odmieni świat na Jego ostateczne przyjście. To się powtarza w wielu proroctwach, jest obecne w różnych świadectwach ludzi Kościoła. Jeszcze przed pontyfikatem Jana Pawła II było kilku teologów zachodnich, którzy mówili o tym, że Polska ma szczególną misję do spełnienia. Niektórzy twierdzą, że to Karol Wojtyła był tą iskrą, i w pewnym sensie tak było, choć kiedy spojrzymy na recepcję myśli polskiego papieża, to dzisiaj widzimy pustynię. Jego myśl nie została szeroko podjęta. Na pewno tli się w nowych wspólnotach i rozprzestrzenia się dzięki prowadzonej przez nie ewangelizacji. Są tysiące świeckich katechistów, których Benedykt XVI każdego roku rozsyła na cały świat. Ale mesjanizm, silnie obecny w refleksjach Jana Pawła II o polskim narodzie, jego dziejach, patriotyzmie, został odrzucony. Mam wrażenie, że chrześcijanie uznali go za staroświecki mebel, który nie pasuje do wystroju mieszkania. Szkoda, bo taka perspektywa ogromnie spłyca papieskie nauczanie i redukuje chrześcijaństwo do prywatnego życia, ewentualnie małej wspólnoty. Tymczasem jesteśmy odpowiedzialni także za naród, kulturę, politykę. Opieranie się na Słowie Bożym i życiowych świadectwach jest ważne, ale nie należy gardzić tymi formami kultury, w których to Słowo Boże już się wcieliło. Taką formą jest polski patriotyzm. We wspólnocie wolnych Polaków, łączącej pokolenia żywych i umarłych, jest obecny Bóg żywy, Chrystus ukrzyżowany i zmartwychwstały.

– Moment katastrofy smoleńskiej zmienił coś w zadaniach polskich patriotów? Czy można powiedzieć, że inne były zadania patriotów przed katastrofą, a inne są po niej? Czy wraz z katastrofą smoleńską powinno się zmienić nasze podejście do polskości?
Obowiązki patriotów są takie same, ale sądzę, że przez katastrofę smoleńską zostaliśmy w pewien sposób przynagleni do działania. Niektóre obowiązki patriotyczne zostały przed nami odkryte – tak było przynajmniej w moim przypadku. Wcześniej zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, w jaki sposób można ducha polskości przekazywać dalej. Uległem mitowi końca historii. Kiedy przypomnę sobie swoje życie sprzed Smoleńska – oparte na małej stabilizacji, pisaniu beztroskich felietoników – myślę, że istotą tego, co robimy na Krakowskim Przedmieściu, i siłą, która z tego wypływa, jest zgoda na kompromitowanie się w oczach świata dla wyższych wartości: Boga, prawdy, ducha wolności.

– Kompromitowanie się daje siłę?
Oczywiście! To jedno z podstawowych doświadczeń chrześcijan… Im mocniej poddajesz się Duchowi Bożemu, im więcej w twoich świadectwach wyrzeczenia się własnej korzyści, prawdy, miłości, tym bardziej świat uznaje cię za głupca. W pogańskiej ikonografii w pierwszych wiekach po Chrystusie chrześcijan ukazywano z głową osła, wiszących na krzyżu. Czy coś od tego czasu się zmieniło? Nie udawajmy, że ktoś nas szanuje, że przejmuje się naszymi petycjami do Piłata, nie miejmy złudzeń, że kiedyś ustalimy system demokratycznych praw chrześcijanina, które będą respektowane. Jeśli współczesna kultura reaguje na nasze protesty, powiedzmy w sprawie krzewienia aborcji, satanizmu czy pornografii, to robi to na odczepnego, mrucząc pod nosem: „Znowu ci wariaci do czegoś się przyczepili”. Tak jest, a będzie jeszcze gorzej.

W takim samym sensie teraz kompromitujemy się w oczach świata na Krakowskim Przedmieściu. To, że ludzie z nas szydzą, odbieram jako bardzo wyraźny znak Opatrzności, że w naszej słabości tkwi siła. Widzę też, że zachodzą pewne procesy – inaczej ludzi na Krakowskim Przedmieściu traktowano niedługo po katastrofie, gdy większość odeszła, a zostali – jak mówiono – tylko psychopaci. Dziś przynajmniej niektórzy sceptycy zaczynają widzieć w naszej obecności przed Pałacem Prezydenckim swego rodzaju obywatelską czy patriotyczną postawę. Ludzie, którzy uważają się za zdroworozsądkowych, choć z reguły zastrzegają, że to nie jest ich poetyka, coraz częściej dodają, że temu zjawisku, które ma miejsce na Krakowskim Przedmieściu, warto poważniej się przyglądać. Myślę, że to jest sukces ducha, który nie dał się złamać przez szczucie, przez opluwanie z różnych stron, także ze strony środowisk konserwatywnych.

– Jednak ci, którzy myślą tak jak grupka stojąca pod Pałacem, są w Polsce w mniejszości. W ogóle ludzi, którzy traktują patriotyzm w sposób tradycyjny, jest coraz mniej.
Jest dokładnie tak samo, jak było zawsze: patriotyczna jest mniejszość. Czasami nawet ja ulegam mentalności roszczeniowej wobec Polaków, bo żyjemy w czasach maksymalizacji oczekiwań i podświadomie chcemy mieć full-system, chcemy mieć komplet funkcji patriotycznych w społeczeństwie. Podobnie jak wybierając elektroniczny sprzęt, stawiamy na najlepszy model ze wszystkimi zaawansowanymi funkcjami, z których i tak nie będziemy korzystać, chcielibyśmy mieć najlepszy model społeczeństwa. Wydaje nam się, że nie ma żadnych przeszkód, aby Polska składała się w stu procentach z patriotów, ale tak nie było nigdy. Gdy czyta się dziewiętnastowieczne wspomnienia o tym, jak się bawiła Warszawa w czasach zaborów, jakie bale na cześć cara organizowano, jakie pochody panien z dobrych domów uganiały się za carskimi oficerami, to widać, że społeczeństwo niewiele się zmieniło.

– Tyle tylko że współcześnie mamy czasy demokracji, a to są czasy, w których większość ma znaczenie.
To prawda i dlatego trzeba zabiegać o większość. Mój stosunek do ludzi niezdecydowanych, niemających ugruntowanej tożsamości patriotycznej, nie polega na tym – wbrew opiniom moich polemistów – że ja ich całkowicie odrzucam. Uważam po prostu, że patriotyzm nie może być tylko towarem, który chcemy im sprzedać. Ci ludzie muszą sami sobie głęboko uświadomić, jak ważna jest miłość do ojczyzny. Nikt tego nie zdoła im narzucić czy wmówić, jeśli oni sami – poprzez doświadczenia rodzinne, poprzez traumy w swoim życiu – tego nie odkryją. Na spotkaniach klubów „Gazety Polskiej”, na które często jestem zapraszany, średnia wieku z reguły jest wysoka i trudno dostrzec tam jakąś młodszą twarz. Ale myślę, że nie ma potrzeby, aby z tego powodu rozpaczać, bo kiedy przypomnę sobie siebie jako dwudziestolatka, uczciwie przyznaję, że sam miałem dość mgliste poczucie polskości. Mało tego – patos patriotyzmu budził we mnie odruch ironiczny. Musiał umrzeć mój ojciec, musiałem przemyśleć jego postawę, musiałem nauczyć się nonkonformizmu w życiu literackim, później w Kościele, musiałem stracić kilku przyjaciół, wreszcie na poważnie musiałem zainteresować się polską historią.

– Myśli Pan, że to jest kwestia dojrzewania do pewnych postaw?
Tak sądzę; wydaje mi się, że to jest kwestia odkrywania wartości, doceniania niepopularnych postaw, które odrzucaliśmy u naszych rodziców. To może nastąpić poprzez jakieś trudne doświadczenia, dzięki którym będziemy umieli docenić codzienne umieranie… Bo patriotyzm jest formą codziennego umierania, nie w sensie fizycznym, ale w sensie narażania się na odrzucenie. To jeden z wymiarów tej postawy, która jest konsekwencją – jak pisał Ferdynand Goetel – „heroicznego stosunku do życia”. Patriotyzm to swego rodzaju krzyż, który musimy nieść – i nieprzypadkowo znów odwołuję się tu do chrześcijaństwa.

Bardzo wcześnie wszedłem w świat mediów i potem długo dojrzewałem, bardzo dużo czasu mi zajęło, zanim doceniłem wysiłki przeróżnych społeczników gdzieś na prowincji, którzy organizują kluby dyskusyjne, zanim odkryłem sens pracy moich uniwersyteckich kolegów, którzy sprzedają swoje książki stu osobom. Miałem do tego stosunek dość ironiczny, bagatelizowałem ich aktywność, bo mi się wydawało, że to, czego nie ma w najważniejszych mediach, w mainstreamie, w gazetach, do których pisałem – a pisałem do pism katolickich, ale też do „Wprost” czy do „Ozonu” – nie jest w stanie zmienić społecznej rzeczywistości. Zresztą podobną opinię miało wielu konserwatystów z mojej i nieco starszej generacji – środowiska pampersów, „Życia”, „Dziennika”… A kiedy się spojrzy, gdzie dziś są Tomasz Wołek, Robert Krasowski czy Cezary Michalski, to człowiek od razu sobie uświadamia, jak może skończyć się droga na skróty. Jak kończy się przekonanie, że tradycyjne wartości łatwo da się sprzedać przez ich koloryzowanie i nadawanie im blasku. W ten sposób stają się one bardzo płytkie i ludzie, do których udało się nam trafić, z czasem się od nich odwracają, popadają w zgorzknienie albo cynizm. Bo uświadamiają sobie, że jako oryginał sprzedano im jakąś podróbę. Obserwując innych i siebie samego, odkryłem wielką wartość tego, co wyrasta w środowiskach tradycyjnych, głęboko ideowych, ale niedzisiejszych i przez to kompromitowanych. Oni długo czekali na swój czas, ale w momencie historycznej próby okazali się najbardziej wiarygodni. Dlatego staję po stronie Polaków, którzy podjęli jakieś działania po Smoleńsku, po stronie ludzi z klubów „Gazety Polskiej”, z Radia Maryja, po stronie „Solidarnych 2010”.

– Pan mówi o dwóch drogach pielęgnowania wartości konserwatywnych i patriotyzmu, o drodze, którą wybrali pampersi, i o drodze ludzi z Krakowskiego Przedmieścia. Ale są w Polsce wcale niemałe środowiska, które wybrały trzecią drogę. Za patriotyzm uznają budowanie nowoczesnego państwa, dbanie o ciepłą wodę w kranie i dobrobyt wspólnoty. Odbiera im Pan prawo do uważania się za patriotów?
O patriotyzmie możemy mówić tam, gdzie dostrzegamy byt wspólnotowy oparty na wyższych wartościach, które nas przekraczają, gdzie człowiek przestaje być egoistą. Potrzeba budowania nowoczesnego państwa jest oczywista, bo każdy z nas chce żyć w dobrych warunkach, możliwie wygodnie, ale w gruncie rzeczy jest to sprawa techniczna, porządkowa. Nie jestem fanatykiem kąpieli błotnych, żeby namawiać do porzucenia współdziałania w tym zakresie, jednak uważam, że nie jest to przejaw patriotyzmu. Wydaje mi się, że ci, których sposób myślenia Pan przedstawił, chcą tworzyć unię egoistów, a nie wspólnotę narodową. Kto jednoczy się wyłącznie w imię ciepłej wody w kranie, tak naprawdę nie jest zainteresowany losem sąsiada. Poprzez wspólne działanie pragnie wywalczyć jakieś ekonomiczne prawa czy przywileje dla siebie… Nie ma w tym głębszej idei, nie ma idealizmu, nie ma czegoś, co uszlachetniłoby tę wspólnotę… Na tej samej zasadzie można by powiedzieć, że patriotyczną postawą wykazują się turyści w hotelu na Wyspach Kanaryjskich, którzy jednoczą się, żądając naprawy wadliwej klimatyzacji. To jest postawa pragmatyczna, ale nie jest to postawa wspólnotowa.

– Kiedy się spojrzy na Polskę, a tym bardziej na Europę Zachodnią, to dominuje postawa taka jak tych turystów z Wysp Kanaryjskich. Trudno dostrzec uczucie miłości do ojczyzny czy poczucie przynależności narodowej. Pan sam pisał w jednym z wierszy o narodach, które są w hospicjum. Może nadszedł koniec narodów i koniec patriotyzmów?
Do katastrofy smoleńskiej żyłem w przekonaniu, że w Polsce jest jednak inaczej. Sądziłem, że kiedy nastąpi chwila próby, większość ludzi mimo wszystko będzie bronić interesu narodowego. Szczerze mówiąc, miałem takie naiwne nadzieje nawet wobec środowiska „Gazety Wyborczej”, pamiętając, że tam są dawni antykomunistyczni opozycjoniści. Wiedziałem, że oni realizują swój plan rewolucji obyczajowej, ale wydawało mi się, że gdy chodzi o sprawy narodowe, to są ludzie, którzy się identyfikują z tą wspólnotą; może ją widzą trochę inaczej niż ja, ale na poziomie elementarnym będą polskości bronić. Nawiązując do głośnego procesu Jarosława Marka Rymkiewicza, widziałem w nich bardziej spadkobierców międzywojennych „Wiadomości Literackich” czy – szerzej – klasy wykształconych, zasymilowanych Żydów niż spadkobierców KPP.

A po katastrofie smoleńskiej kolejne wystąpienia artystów III RP, publicystów i polityków rządowych pokazały mi, jak bardzo się myliłem. Zobaczyłem logikę tego planu, którym jest dążenie do kompletnego wynarodowienia Polaków, zresztą wprost zadeklarowane przez Palikota. Takie wynarodowienie – jak Pan sam zauważył – to oczywiście nie jest jakaś szczególna sytuacja w Europie. Dlatego oni mogą powiedzieć, że cywilizują Polaków, dopasowują nas do średniej europejskiej. Ale ja po Smoleńsku uświadomiłem sobie, że to być może jest już ostatni moment, kiedy jeszcze możemy powstrzymać te działania, a przynajmniej radykalnie się im przeciwstawić.

– Może to wynarodowienie jest historycznie nieuchronne? Czy marząc o tradycyjnej wspólnocie narodowej w XXI wieku, nie jest Pan anachroniczny?
Być może jestem anachroniczny. Dla mnie to jest pewien rodzaj hazardu, zakładu, wcale nie jestem przekonany, że nam się uda. Ale z pomocą przychodzi mi słynne Przesłanie Pana Cogito Zbigniewa Herberta, który wprawdzie nie zostawia nadziei, ale każe zająć twardą postawę. Myślę, że wybrzmiał już ostatni dzwonek, aby podjąć jakieś działania w samoobronie. A jednocześnie mam świadomość, że nasz los leży w rękach Boga. Głęboko wierzę, że człowiek ze swojej strony musi zrobić wszystko, by osiągnąć wyznaczony sobie cel, ale ostateczne rezultaty i tak zależą od Boga. Ja się więc nie obrażę, to nie będzie dla mnie koniec świata, jeżeli nie uda nam się zrealizować naszego celu. Będę wtedy próbował znowu rozeznać plan Boży i będę starał się podjąć nowe wyzwanie. Mój patriotyzm nie polega na tym, że jeżeli Polska jako państwo przestanie istnieć, to sobie strzelę w łeb, ponieważ dla mnie ostateczną instancją jest Jezus Chrystus.

Ale myślę też, że duch polski, który się ożywił po Smoleńsku, jest wieczny i ma tak dużą wartość, że nigdy nie zostanie stłumiony. Widzimy, że to ożywienie jest głębokie, okazało się, że ludzie znają i śpiewają pieśni patriotyczne i religijne, i to nie tylko słuchacze Radia Maryja oraz widzowie Telewizji Trwam, ale również młodzi czy ze średniego pokolenia. Ja czasem niektórych pieśni nie pamiętam, zatrzymuję się na drugiej zwrotce, a ci ludzie pamiętają wszystkie sześć, siedem zwrotek. Tak więc sobie myślę, że ta stara Polska gdzieś trwa. Ci, którzy twierdzili, że ona jest skazana na zagładę, oszukali nas. Teraz musimy tylko odnaleźć i odzyskać tę starą Polskę. A potem urządzić ją na nowo, ale to nadal będzie ta sama nasza dawna ojczyzna. Oczywiście należy ją jakoś modernizować, nie wszystko z przeszłości trzeba przejąć w całości. Jestem jak najdalszy od sakralizowania dawnego porządku, tym bardziej że nie zawsze było różowo, a czasem mamy tendencję do idealizowania przeszłości. Jednak podstawowe wartości, takie jak niepodległość, jak widzenie losów wspólnoty w planie duchowym, powinny zostać zachowane.

– Rzeczywiście Polsce i Polakom jest potrzebny taki powrót do przeszłości?
Ale to nie jest przeszłość! Polska dusza istnieje w wymiarze wiecznym, łączącym przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Często szydzą z nas, że próbujemy odczytać naszą historię, spotykamy się z zarzutami, że nadawanie jej sensu to „pseudomistyka smoleńska”. Niesłusznie, bo próby odczytywania polskich dziejów jako doświadczenia wspólnotowego, które może być budujące w wielu wymiarach, jest wartością, działaniem pozytywnym. Odrzucając przeszłość i próbując wszystko budować od początku, zachowywalibyśmy się nieodpowiedzialnie, bo skutki historii, odwołania do niej przez cały czas pojawiają się we współczesności. Jeszcze niedawno myśleliśmy, że skończyła się historia, skończyły się regularne wojny. Mówiliśmy sobie, że żyjemy w szklanych domach… I nagle wydarza się katastrofa lotnicza, w której ginie prezydent i  niemal stu wysokich urzędników państwowych! Niezależnie od jej przyczyn niespodziewanie zdarza się coś, co nie mieści się w głowie! Dlatego znowu trzeba wrócić do tej niechcianej historii, trzeba z nią się zmierzyć, nie potępiać jej w czambuł. Wielu moich krytyków mówi, że ja – zagłębiając się w tragicznej historii Polski – w rzeczywistości nawołuję do ponoszenia ofiar, do śmierci. A to nieprawda. Chodzi mi tylko o to, aby nie zamykać oczu na rzeczywistość. Jeżeli nawet, tak jak sobie niektórzy życzą, przestaniemy mówić o bolesnej polskiej historii, to nie znaczy, że ta historia nie będzie do nas wracać. I być może zostaniemy wystawieni na podobne próby jak Smoleńsk. Jeżeli więc zbudzimy się za dziesięć, za piętnaście lat wobec kolejnego takiego doświadczenia, dobrze byłoby, żebyśmy mieli na taką sytuację jakąś odpowiedź, która nas będzie podnosiła na duchu. Całe moje pisanie po Smoleńsku to poszukiwanie takiej odpowiedzi.

– Myślenie mesjanistyczne, wiara w to, że historia narodu ma jakiś głębszy sens, powoduje, że ludzie, którzy w taką koncepcję wierzą, mogą utracić chęć rzeczywistego działania. Uznają, że skoro jesteśmy narzędziem w rękach Opatrzności, to niech nas Opatrzność niesie, gdzie chce.
To postawa deterministów, którą uważam za sekciarstwo. Rzeczywiście, były w historii takie przypadki, kiedy chrześcijanie czy katolicy rezygnowali całkowicie z walki o doczesny świat, mówili, że wszystko jest w planie Bożym, że należy przyjmować z pokorą wszystko, co się dzieje. To było obecne u Andrzeja Towiańskiego. Jego Koło Sprawy Bożej wysyłało nawet pojednawcze listy do cara, uważając, że ponieważ każda władza pochodzi od Boga, nie wolno z nią walczyć. Podobnie uważał Henryk Rzewuski, autor Pamiątek Soplicy, książki sławiącej dawną szlachecką Polskę, wspaniale pokazującej jej obraz. Tak jak Rzewuski myślą niektórzy dzisiejsi konserwatyści, sławiący i kochający dawną Polskę, jej ducha, a równocześnie uznający, że należy akceptować rzeczywistość III RP.

– A Pana zdaniem nie należy akceptować rzeczywistości?
Moim zdaniem trzeba być realistą, a równocześnie budować wielkość Polski. Tak jak to robił chociażby Lech Kaczyński. Bliska jest mi Mickiewiczowska idea czynu, która ostatecznie skonfliktowała poetę z towiańczykami. Plan Boży jest zawsze dobry, ale przecież nie wiemy, jaka przyszłość jest nam pisana. Musimy więc podejmować walkę, korzystać z naszej wolności, wcielać nasze ideały, nie możemy uciekać z historii. Na razie – za Herbertem – wybieram strategię „oporu i trwania”, a więc dążenia do zmiany poprzez publicznie wyrażaną niezgodę na kłamstwo. Ale nie wiem, co się stanie za rok, za dziesięć lat. Na początku lat sześćdziesiątych XIX wieku Polacy manifestowali na Krakowskim Przedmieściu – a później było powstanie styczniowe. Wszystko, co się zdarzy, będę uważał za doświadczenie konieczne do zbawienia Polaków, natomiast nie zmienia to faktu, że nigdy nie pogodzę się z rzeczywistością III RP. Tę zakłamaną strukturę trzeba burzyć, budując jednocześnie zdrowe państwo w oparciu o prawdę.

– Poeta Wojciech Wencel z gdańskiej Matarni może głosić mesjanistyczne teorie. A jak powinni wyrażać miłość do ojczyzny młodzi ludzie na dalekiej prowincji, którzy nie mają wpływów, nie mają dostępu do mediów?
Można bardzo wiele zbudować na poziomie lokalnym, samorządowym. Nie należy odrzucać tych struktur państwa, które nie są całkowicie zideologizowane, lepiej je wykorzystywać. Marzy mi się coś takiego, co działo się przez osiem lat na Węgrzech, kiedy Viktor Orban był odsunięty od władzy. On i jego partia FIDESZ w tym czasie budowali struktury lokalne, zakładali związki kulturalne, sportowe. Dzięki temu Węgrzy uświadomili sobie, jak ważna jest tworzona przez nich wspólnota i jak wysoko cenić trzeba swoją tożsamość. Polska dziś dryfuje, III RP jest zużytą formą, która na dłużej się nie ostanie. Jej się nie da zreformować, to państwo, które zbagatelizowało śmierć własnego prezydenta i elity politycznej narodu, odwróciło się z pogardą od katastrofy smoleńskiej. Ale odwraca się też od licznych grup społecznych: od tradycyjnych katolików, rolników ze wschodniej Polski, nauczycieli, kibiców.

– Mówi Pan o niektórych zideologizowanych strukturach państwa, ale wśród bliskich Panu publicystów jest pewnie wielu, którzy wprost by stwierdzili, że nie chodzi o ideologię, ale o suwerenność – powiedzieliby, że III RP nie jest państwem suwerennym.
Powtarzam, że III RP jest okrętem, który dryfuje na morzu. Utraciła podmiotowość w polityce europejskiej, znalazła się w strefie wpływów rosyjskich i niemieckich i im uległa (to miał na myśli Jarosław Kaczyński, gdy mówił o kondominium), jest niesprawna wewnętrznie, odwraca się od własnych obywateli, kolejne problemy maskuje propagandą głównych mediów.

Warto zresztą podkreślać, że ten stan jest nie tyle dziełem autorskim obecnego rządu, ile ukoronowaniem pewnego modelu polityki, który był realizowany – z krótkimi przerwami – od Okrągłego Stołu. U zarania III RP było kłamstwo, które zostało wprowadzone w tryby życia publicznego. Z czasem spowodowało ono, że politykę zaczęto traktować wyłącznie jako socjotechnikę i grę interesów. Tego kłamstwa nie da się skutecznie wytrzebić z życia publicznego, ono co pewien czas będzie wracać. Tak jak wróciło, z największą chyba intensywnością, w okresie rządów Platformy Obywatelskiej. Katastrofa smoleńska, w najgłębszym sensie, też jest konsekwencją tego kłamstwa obecnego przez lata w strukturach władzy.

Dlatego państwo, w którym żyjemy, trzeba jak najszybciej postawić w świetle prawdy o jego genezie. Natomiast nie można go zniszczyć w całości. Oczywiście zmienione muszą być hierarchie kulturalne zbudowane przez „Gazetę Wyborczą”, które nie odpowiadają zupełnie hierarchiom rzeczywistym. Mówię o kulturze, bo to jest sfera mi najbliższa, ale sądzę, że zmian wymagają też uniwersytety, gdzie panuje rozwinięty w ogromnym stopniu terror politycznej poprawności, zmiany potrzebne są też w sądownictwie. Media to kolejna sfera, która jest kompletnie wynaturzona. Oczywiście to są sprawy delikatne, tu się nie da rozwiązać wszystkich problemów za pomocą jakiegoś dekretu czy interwencji państwa. To jest zadanie na lata. Ale żeby w ogóle można było się wziąć za zmiany, to najpierw obecną sytuację trzeba nazwać wprost patologią i spróbować wyjaśnić jej przyczyny.

rozmawiał Dominik Zdort

kompendium_500

Wojciech Wencel

urodził się 16 lutego 1972 roku. Poeta i publicysta. Laureat wielu nagród literackich, m.in. Fundacji im. Kościelskich, im. Józefa Mackiewicza, im. Franciszka Karpińskiego, im. Kazimiery Iłłakowiczówny, im. ks. Janusza St. Pasierba. Ostatnio wydał „Odę do śliwowicy i inne wiersze z lat 1992-2012” oraz wybór felietonów „Listy z podziemia”. Felietonista tygodników „wSieci” i „Gość Niedzielny”. Stały współpracownik dwumiesięcznika „Arcana”. Mieszka w Matarni na peryferiach Gdańska