• 15 marca 2017
  • komentarzy
  • 1105 osób przeczytało
  • to!

Jak myśleć suwerennie?

Ryszard Legutko

Prezydent Lech Kaczyński zwykł powoływać się na takie twierdzenie o Polsce: „Jesteśmy krajem jednocześnie zbyt dużym i zbyt małym; zbyt dużym, by odgrywać rolę kraju małego, i zbyt małym, by odgrywać rolę kraju dużego”. To jedna z prawd, które opisują trudność polskiej sytuacji. A sytuacja ta jest niezwykle trudna i była trudna od dłuższego czasu.

Gdyby spojrzeć na historię Polski ostatnich kilku stuleci, to można wpaść w głębokie przygnębienie. Z mocarstwa europejskiego weszliśmy w fazę kompletnego upadku i nieistnienia państwa polskiego. Później w roku 1918 to państwo odzyskaliśmy, by je znowu stracić, a wraz z nim połowę terytorium oraz wiele milionów obywateli, domy, zabytki, kulturę materialną. Po roku 1945, gdy połowa świata triumfowała, my popadliśmy w kolejne nieszczęście – komunizm. Uzyskaliśmy niepodległość w roku 1989. W istocie zatem przez ostatnie stulecia tylko dwie daty oznaczają dla nas triumf – 1918 oraz 1989. Triumf pierwszy trwał dwadzieścia lat. A co zrobiliśmy po roku 1989?

Nie trzeba być wnikliwym badaczem, by stwierdzić rzeczy oczywiste: mimo wielu indywidualnych sukcesów w karierach życiowych Polacy nie czują się dobrze w nowej rzeczywistości, nie mają przekonania, że ich kraj coś znaczy w dzisiejszym świecie, nie widzą siebie jako ważnych dla tego świata. Nie mamy dobrych szkół, nasza nauka i technologia też nie spisują się najlepiej, przegrywamy ważne sprawy w polityce zagranicznej. Infrastrukturą – mimo unijnych pieniędzy – ciągle ustępujemy wielu krajom. Państwo polskie jest słabe, przerośnięte, niezdolne do energicznego działania. O jego niemocy tak boleśnie przekonaliśmy się w roku 2010.

Specjalnie zacząłem od przypomnienia przygnębiającego obrazu ostatnich stuleci, bo one rzucają, jak sądzę, sporo światła na polską duszę. Powierzchowna pamięć historyczna jest krótka, lecz istnieją zawsze głębsze pokłady historycznej świadomości czy nawet podświadomości. Z takim doświadczeniem, jakie mamy, trudno sobie wyobrazić, by polska dusza dawała się porównywać z amerykańską czy angielską. Amerykanie wprawdzie przegrali w Wietnamie, a Anglicy stracili imperium, lecz ich dusze nadal cechują się wielką pewnością siebie. Jak ktoś nie lubi mówić o duszy narodowej, to może mówić o państwach czy rządach, które są emanacją tamtych społeczeństw i odgrywają ważną rolę w dzisiejszym świecie, stawiają swoje cele, walczą o nie, mogą się przeciwstawiać innym i starać się tworzyć własną opowieść.

Polacy tego nie mają i trudno się temu dziwić. Po takich przejściach, jakie mieliśmy, to i tak cud, że jeszcze istniejemy. Narzuca się jednak wniosek, że zachodzi jakiś związek między marnymi naszymi osiągnięciami po roku 1989 a stanem polskiej duszy, czy – mówiąc bardziej konkretnie – między lichością III RP a polskimi postawami wytworzonymi przez stulecia bolesnych i frustrujących doświadczeń. Mówi i piszę się ostatnio wiele o tym, że Polska ma mentalność krajów postkolonialnych, czyli brak wiary we własne siły i brak samodzielności.

Tę mentalność po roku 1989 wzmocniły dwa czynniki: jednym z nich było wejście w europejskie struktury polityczne, drugim – procesy globalizacyjne. I jedno, i drugie utrwaliło w nas nawyk, że należy się poddawać toczącym się procesom, bo, po pierwsze, i tak nie jesteśmy w stanie ich zmienić, a po drugie, poddając się im, tylko na tym skorzystamy, ponieważ upodobnimy się do tych, którzy te procesy tworzą. W obu przypadkach stało się to przy hałaśliwej aprobacie dużej części naszych elit, co niestety świadczy o tych elitach jak najgorzej. Pogłębiały one w nas mentalność niesuwerenną sprawiającą, że wolimy być kibicami, a nie graczami.

Wejście do Unii traktowaliśmy jako wehikuł, który nas zawiezie do świetlanej przyszłości cywilizacji nowoczesnej, główny zaś wysiłek był włożony w to, by możliwie wiernie wypełniać wszystkie zalecenia i dyrektywy. Kluczem do przyszłości i obowiązkiem nowoczesnego Polaka stała się – przepraszam za słowo – implementacja. Potoczna mądrość głosiła, że im bardziej będziemy implementować, czyli wprowadzać w życie wszelkie europejskie wskazówki, tym szybciej wejdziemy do grona europejskiej elity politycznej. Podobne myślenie rodziły procesy globalizacyjno-modernizacyjne. Traktowano je jako obiektywnie realizujący się scenariusz, w który trzeba się wpisać, bo inaczej będzie się zmiecionym i zmarginalizowanym.

W ten sposób skazywaliśmy się coraz bardziej na bycie podrzędnym aktorem w jakimś wielkim spektaklu polityczno-cywilizacyjnym, który nie powstał dzięki nam, który nie myśmy wymyślili i reżyserowali. Nam pozostała rola statystów. Kto zaś się przeciw temu w Polsce buntował, na tego spadały razy i Niagara inwektyw: że nie rozumie świata, że jest nacjonalistą, że żyje w wieku dziewiętnastym, że za niego trzeba się wstydzić przed światem. Można było odnieść wrażenie, że bycie statystą w dzisiejszym świecie to szczyt marzeń wielkiej liczby Polaków i ich najbardziej elokwentnych przedstawicieli.

Jeśli takie nastawienie będzie nadal trwało, to znikniemy z Europy, nie w tym sensie, jak w wieku osiemnastym, lecz staniemy się kimś, kogo istnienia się nie zauważa. Przyzwyczailiśmy naszych partnerów do tego, że nie mamy własnego zdania, a nawet jak mamy, to i tak można nas ograć, a my specjalnie nie protestujemy. Możemy zniknąć w tym znaczeniu, że nie będziemy mieli żadnego wpływu na to, co się dzieje w jakiejkolwiek sferze rzeczywistości. Polak, czyli kto? Takie pytanie będą sobie zadawali przedstawiciele innych narodów, gdy usłyszą, że ktoś jest Polakiem.

Aby tak się nie stało, należy zerwać z dotychczasowymi nawykami i absurdalnym przekonaniem, że płynięcie z głównym nurtem jest korzystne dla Polski. Po traktacie lizbońskim sytuacja takich krajów jak Polska wyraźnie się pogorszyła, ponieważ straciliśmy możliwości blokujące. Ale możliwości zmiany ciągle istnieją. Zerwanie z dotychczasowymi postawami powinno następować w wielu dziedzinach, tak aby wytworzyła się z czasem – możliwie szybko – postawa myślenia suwerennego wypierającego myślenie niewolnicze. Płynięcie z głównym nurtem, jeśli kiedykolwiek miało dobre skutki, to wyczerpało już swoje możliwości. Wszystko, co dzięki niemu mieliśmy osiągnąć, już osiągnęliśmy. Teraz trzeba się przygotowywać do myślenia suwerennego.

Co będzie oznaczało zerwanie z myśleniem niesuwerennym?

Po pierwsze – i to jest najłatwiejsze – wyznaczenie takich dziedzin, gdzie nie jesteśmy skazani na „implementację” i gdzie można myśleć twórczo. Takimi dziedzinami jest edukacja i nauka. Po dwóch dekadach niszczenia tego, co jeszcze zostało dobrego z polskich szkół, niszczenia w imię europejskości i nowoczesności, będzie niezmiernie trudne odwrócenie tego kierunku, ale to jest możliwe. Tutaj wrogiem dobrych szkół jesteśmy my sami, nie zaś Unia czy globalizacja. Tutaj mamy władztwo. Jeśli z niego skorzystamy, to będzie niezmiernie dobry sygnał, że coś się zmienia. Szkoły utrwalające myślenie niewolnicze są ważną częścią tego systemu, a reformy PO w zakresie edukacji takie myślenie dodatkowo wzmocniły. Zmiana, która – mam nadzieję – się dokona, będzie bolesna, bo podważy najbardziej utrwalone schematy myślowe, jakie hodowaliśmy przez ostatnie półwiecze.

Po drugie – i to jest trudniejsze – trzeba wydzielić te dziedziny w relacjach międzynarodowych, gdzie nasze interesy rozmijają się w istotnych aspektach z dominującym myśleniem i dominującymi interesami. To one powinny stać się głównymi celami polskiej polityki. Dwa obszary przede wszystkim przychodzą na myśl: energetyka oraz relacje Europa–Rosja. Obszarem trzecim jest kształt Unii Europejskiej, który się formuje i w którym takie kraje jak Polska mają coraz mniej do powiedzenia. O ile dwa pierwsze problemy jakoś dotarły do świadomości Polaków, o tyle ten ostatni w ogóle nie. Dokąd sprawa kształtu Unii nie stanie się jednym z wielkich polskich tematów politycznych, nie widzę szans na jakąś wielką zmianę w naszym nastawieniu do świata. Bezrefleksyjna wiara w Unię to u nas jeden z głównych powodów myślenia niesuwerennego.

Po trzecie – i to jest jeszcze trudniejsze – należy liczyć się w realizacji naszych celów z poważnymi konfliktami w obrębie Unii. Tak się niestety dzieje, że wszystkie próby wyłamania się z przydzielonego miejsca i osiągnięcia większych wpływów spotykają się z nieprzychylną reakcją. Każdy kraj unijny, któremu udało się wywalczyć silniejszą pozycję w Europie, popadał w spory z innymi. Tak działa polityka i inaczej być nie może. Jeśli chcemy coś zmienić w naszym miejscu w świecie, musimy się liczyć z tym, że nie wszystkim będzie się to podobało. Polacy pod tym względem są dzisiaj narodem wyjątkowo niewdzięcznym, ponieważ znacznie bardziej interesuje ich opinia, jaką o nich mają inni, niż realna korzyść. „Co sobie o nas pomyślą?” – taka reakcja, niezwykle częsta u nas, pokazuje, że do myślenia suwerennego jeszcze trochę drogi musimy przejść.

Po czwarte – i to jest najtrudniejsze – walka o własną pozycję w Europie jest także walką o zróżnicowanie ideologiczne tej Europy; tendencje w niej są dzisiaj odwrotne – ku ideologicznemu ujednoliceniu. Wytworzyła się w Europie nowa ortodoksja, a wojna kulturowa, obecna w Ameryce, w Europie niemal nie występuje. Ten główny nurt ideologiczny – antyklasyczny i antychrześcijański – opanował instytucje unijne i rządzi tamtejszym myśleniem w sposób autorytarny. Prawda jest taka, że szansą na polską obecność w Europie nie będzie poddanie się nowemu autorytaryzmowi – poddając się mu, znikniemy, bo i tak nie przelicytujemy tamtejszych ideologicznych komisarzy – lecz raczej kontestowanie go. Im ten autorytaryzm będzie słabszy, a więc im bardziej zwiększy się poziom pluralizmu w Europie, obecnie bardzo niski, tym polska kultura może się stać bardziej widoczna. Ale polskiej zgody na walkę kulturową w Europie niestety nie ma. Strach przed byciem innym paraliżuje wiele, zbyt wiele polskich umysłów. Mimo to liczni Europejczycy nadal postrzegają Polskę jako kraj, gdzie przetrwało żywe chrześcijaństwo i gdzie buldożer nowych ideologii nie zrujnował jeszcze wszystkiego. My jednak wiemy, że rzecz jest bardziej skomplikowana. Jeśli bowiem problemem polskiej duszy jest niesuwerenność myślenia, to trudno się spodziewać, że ta dusza rozpocznie bój z tymi, którzy niezwykle agresywnie prowadzą swoje ideologiczne krucjaty. Ale mimo tych wszystkich trudności uważam, a raczej mam nadzieję, że sprawa nie jest wcale przegrana i że zróżnicowanie ideologiczne w Europie jest ciągle możliwe. Tu także wiele zależy od nas.

Powrócę na koniec do myśli, którą przywoływał Lech Kaczyński. To prawda, że jesteśmy jednocześnie zbyt duzi i zbyt mali, co oznacza, że nie jesteśmy ani duzi, ani mali. Żaden kraj nie ma jednak z góry zapisanego swojego miejsca w świecie, a to, jakie w końcu zajmuje, jest wypadkową wielu czynników, również woli działania jego obywateli. Polacy będący narodem ani dużym, ani małym mogą powiedzieć, że właśnie dlatego tym mniej ich miejsce w świecie jest określone i że w większym stopniu niż kraje wielkie i kraje małe ich pozycja będzie zależała od tego, co sami zrobią. Naszą średniość można bowiem traktować jako obciążenie, ale także – jak to czynił prezydent Kaczyński – jako szansę. Tę szansę możemy wykorzystać. I powinniśmy to wykorzystywanie rozpocząć niezwłocznie. Bo chociaż historia jest nieskończona i będzie trwać jeszcze długo aż po kres czasu, to mam nieodparte wrażenie, że tego czasu, który Polsce został na wykorzystanie swojej szansy, jest coraz mniej.

 

Ryszard Legutko, Polska, Polacy, suwerenność

Ryszard Legutko