źródło: Obóz dla uchodźców w Damaszku
  • 7 września 2015
  • komentarzy
  • 1298 osób przeczytało
  • to!

Czy Syria jest znakiem?

Zygmunt Kwiatkowski SJ

Czy Syria może być jakimś wyraźnym znakiem dla świata, a jeśli tak, to jakim? Czy wojna syryjska może nam coś w tej mierze powiedzieć?

Wszystko to wskazuje, że „domowy” konflikt pomiędzy Syryjczykami nie może być w rzeczywistości lokalnym problemem, ale wpisany jest w dużo szerszy, światowy kontekst gry interesów i dramatu ich uzgadniania. Zarówno lokalne skłócenie, jak i wojskowa konfrontacja mają znacznie szersze, międzynarodowe rozgałęzienie, a więc również zakończenie tego konfliktu nie zależy od nich samych, ale od sił znacznie większych, mających swoje punkty dowodzenia i sztaby, gdzie indziej, poza ziemią syryjską.

Taki jest jeden z efektów globalizacji i w oparciu o nią budowanych strategii. Podobnie ma się rzecz z mediami, a więc z oddziaływaniem na opinię publiczną.

Krwawe doświadczenia wojny w Syrii i na Bliskim Wschodzie przekonują, że pokój społeczny to stan, którym niezwykle łatwo w naszym nowoczesnym świecie zachwiać. Ze zdumiewającą łatwością manipuluje się człowiekiem za pomocą siły materialnej i środków społecznej perswazji. Można wtedy nawet modyfikować jego postawę moralną. Można mu wmówić, że jest wolny, wtedy, gdy ideowo jest urabiany przez propagandę na całkowicie zależnego od woli ośrodków władzy. Nawet religijną gorliwość można transformować w kierunku fanatyzmu, tak, aby stał się ślepą, dziką siłą, zmieniającą wizję Boga Miłosiernego w wizję mściwego okrutnika, który nie tylko godzi się na zbrodnie, ale je popiera i nagradza zbrodniarzy.

Skala zbrodni przeciwko ludzkości, czystek etnicznych, te wszystkie odrażające postaci terroryzmu, który rośnie w siłę i rozprzestrzenia się po świecie, to zły symptom naszych dni. Świadczy on o istnieniu głębokich podziałów pomiędzy ludźmi, które niszczą tkankę społeczną erupcjami wrogości i nienawiści.

Na tym tle, do rangi szczególnego znaku urasta pojednanie, jako droga do osiągnięcia prawdziwego pokoju, polegającego na rzeczywistej harmonii społecznej i  poczuciu bezpieczeństwa. Wbrew teorii globalnego podporządkowania wszystkiego i wszystkich jedynemu ośrodkowi władzy, czyli ciągle pojawiającej się w historii tendencji do posiadania władzy absolutnego hegemona, rośnie przekonanie, że istnieje rozwiązanie inne, polegające na porozumieniu społecznym i pojednaniu.

Zdrowy rozsądek podpowiada, że ten element i ta zdolność zadecydują o losach naszej globalnej cywilizacji. Inaczej bowiem, duch rywalizacji doprowadzi do konfrontacji. I nie ma żadnych racjonalnych przesłanek ku temu, aby sądzić, że zatrzyma się ona na określonym progu wrogości. Ona próg ten przekroczy, jak to zawsze bywało w historii, gdy pojawiła się możliwość użycia jakiejś nowej śmiercionośnej broni. Zawsze przychodził moment, w którym podejmowana była decyzja o konieczności jej użycia. Nigdy człowiek nie posiadł takiego stopnia doskonałości moralnej, aby wyrzec się wojny, a wszelkie wezwania i apele domagające się tego, uważane były w kontekście polityki realnej za przejawy naiwnego pacyfizmu i utopii.

Po II wojnie światowej pokładano wielkie nadzieje w nowym porządku światowym, którego strażnikiem miała być Organizacja Narodów Zjednoczonych. Wydawało się, że będzie ona w stanie zagwarantować trwały pokój wszystkim narodom, w oparciu o wspólne im pryncypia ideowe i zasady prawa międzynarodowego. Potwierdzone bowiem zostało uroczyście prawo każdego narodu do samostanowienia. Uznano zasadę suwerenności każdego państwa i w związku z tym zobowiązanie do nieingerencji w jego problemy wewnętrzne. W razie naruszenia tych zasad przewidziana została mediacja i jeśli trzeba zbrojna interwencja międzynarodowej siły wojskowej. Przyjęte również zostały przez wszystkie państwa członkowskie powszechnie uznane prawa człowieka.

Nie udało się jednak zrealizować w konkretnym życiu tego ideału. Dzisiaj działalność ONZ paraliżowana jest przez najsilniejsze państwa, te same, które ją powołały do życia. Różnice polityczne między nimi przenoszone są na forum ONZ-tu i blokują jego działalność.

Paraliż instytucji międzynarodowej jest zagrożeniem dla pokoju na świecie, gdyż brak narzędzia międzynarodowego sprawia, iż jego rolę przejmuje konkretne państwo, a w praktyce oznacza to konkretne światowe mocarstwo, budując zupełnie fasadowe koalicje. Żeby uspokoić opinię publiczną głosi ono, że chodzi mu o uniwersalne wartości i cele.

Tak właśnie wyglądają w dużej mierze wojny prowadzone na Bliskim Wschodzie. Mówiąc o znakach czasu, które charakteryzują naszą epokę, należałoby powiedzieć, że istnieje olbrzymia potrzeba globalnego porozumienia w kwestii rozstrzygania międzynarodowych problemów i sporów. Wydaje się, że nie ma lepszego sposobu nad stworzenie gruntu dla lepszego działania Organizacji Narodów Zjednoczonych, tak, aby pole wspólnego działania było szersze i samo działanie bardziej skuteczne.

Jak się jednak obronić przed zniechęceniem? ONZ od tylu lat pożera olbrzymie środki finansowe i czasem wydaje się, że tylko po to, aby w pierwszym rzędzie utrzymywać własną biurokrację, gdyż wiele jego działań jest pozornych. Jaki ma zatem sens wzywanie do ożywienia tej biurokratycznej instytucji, która wydaje się, że jeśli nie dogorywa, to przynajmniej wiedzie żywot dobrze opłacanego, politycznego emeryta, zepchniętego na margines wydarzeń i problemów światowych.

Ożywienia przynieść nie mogą ograne już ideologiczne frazesy laickiego liberalizmu, który został w zasadzie sam jeden na politycznej arenie, po załamaniu się ideologii komunistycznej. Oczywiście, ożywienie może przynieść powrót do ideologii megalomańskiego prymatu nad, albo mesjańskiego powołania do zawładnięcia światem. Takie ideologie jednak już znamy i wiemy, ile ofiar one kosztowały. Zbawcy narodów okazywali się szaleńcami, zbrodniarzami, ludźmi opętanymi, którzy topili w ludzkiej krwi całe narody.

Czy nie ma zatem dzisiaj innego rozwiązania dla ludzkości niż światowy marazm i dezintegracja instytucji międzynarodowych? Czy nasza cywilizacja musi ustąpić miejsca barbarzyńskiej anarchii? „Złupienie Rzymu” dzisiaj może oznaczać rozpad naszego globu i zagładę narodów. Nie jest to żadna fantastyczna wizja. Środki do takiego zakończenia historii naszej cywilizacji istnieją i to nie od dzisiaj. Istnieje też wystarczająco wielu skorumpowanych liderów, którzy gotowi byliby nacisnąć na guzik prowadzący do powszechnego zniszczenia. Jest też wystarczająca liczba tych, którzy uwierzą fałszywym prorokom.

Świat woła o nowy powiew ducha, o jego zstąpienie na ziemię, aby ożywić ludzi i uratować naszą cywilizację. Zmieniona musi być optyka tego oczekiwania. To nie demiurg, wódz, czy geniusz potęgi nauki i militarnej siły, mający do swej dyspozycji oprócz wszechwładnej i wszechwiedzącej bezpieki również niezliczone oddziały fanatycznych samobójców, przyniesie ratunek. To nie dotychczasowy władca tego świata nas ocali, bo on go popsuł definitywnie i teraz tylko może podłożyć pod niego ogień. Świat może uratować ktoś inny. Trzeba z naszej strony zmiany optyki. Uczynić to może tylko Pasterz, łagodny i cichy. Może to być tylko Ojciec, przygarniający zbuntowanego, marnotrawnego syna, który się nawrócił. Tylko Pan, którego zabili, a On ich nie przeklął, bo wiedział, że „nie wiedza, co czynią”. Wiedział też, że śmierć nie ma nad Nim władzy, bo zło nie dotknęło Jego serca. Zmartwychwstał. Żyje. Tylko On może dylemat naszej śmierci, w którą się zaplątaliśmy, rozwiązać.

Nie ma większego znaku, którego nam bardzo potrzeba dzisiaj, nad znak pojednania i braterstwa. Ten znak jest konieczny dla Syrii, aby mogła się uratować i dla Bliskiego Wschodu, aby mógł przetrwać pożogę wojenną i nie zostać zniszczony. Ten znak powinien w pierwszym rzędzie być misją Kościoła, który jest do niego zobowiązany przez wiarę w Miłość mocniejszą niż śmierć.

Kościół, jak mówi Sobór Watykański II, jest sakramentem jedności dla świata, znakiem, który nie tylko mówi, ale znakiem sprawiającym to, co mówi.

Kościół na Bliskim Wschodzie ma pod tym względem szczególną misję do spełnienia. Potwierdził to Synod Biskupów zwołany na Cyprze w 2010 roku, poświęcony Ziemi Świętej i Kościołów na Bliskim Wschodzie. Stanowił on znak solidarności chrześcijańskiej i zaangażowanie się Kościoła w budowę pokojowej koegzystencji z islamem, opartej na wzajemnym szacunku, bez uprzywilejowania jakiejkolwiek religii i dyskryminowania innej. Dzisiaj znacznie trudniej jest o życzliwość stosunku do islamu, ale jest tego jeszcze większa potrzeba.

Jak mogą być chrześcijanie wiarygodnym znakiem pokoju, jeżeli między sobą nie mogą się porozumieć? Jak mogą wystąpić w roli apostołów pojednania, gdy nie są w stanie uczynić tego między sobą? Liczyć na pozytywne, konkretne gesty, gdy nie umieją się zdobyć na wspólny symboliczny gest ustalenia wspólnej daty celebrowania Wielkanocy?

Cieszą i dają nadzieję znaki jedności, które mimo okrutnej wojny dzieją się na naszych oczach w Syrii. W tym widzi swoją misje i nadal ją tak rozumie wspólnota mniszek i mnichów Mar Musa.

Oczywiście, nie może ten proces przebiegać bez napięć. Dzisiaj atmosfera otwartości i zaufania została poważnie zaburzona przez ekscesy zbrodni islamistycznych, ale duch pojednania nie został całkowicie stłumiony. Nawet w warunkach wojny jest on widoczny w różnych formach niesienia pomocy ludziom cierpiącym, niezależnie od ich religii, w codziennej działalności szpitali, szkół a nawet w życiu sąsiedzkim.

Nie ma większego znaku nadziei w czasie okrutnej wojny, posługującej się symbolami religijnymi, jak wspólne porozumienie ludzi wierzących. Praca w tym kierunku, to nie tylko ratunek dla człowieka, tam gdzie aktualnie sroży się wojna, ale również remedium dla naszej kulturowo zróżnicowanej cywilizacji i co jest najważniejsze: jest to prawdziwa służba Bogu, gdyż zmierza do uwolnienia człowieka od herezji nienawiści, stanowiącej bluźnierstwo wobec Miłosiernego Boga.

mar_musa_3d

Zygmunt Kwiatkowski SJ

polski jezuita, przez 30 lat pracował w Syrii, gdzie obserwował odrodzenie się klasztoru Mar Musa w górach Kalamun, przyjaźnił się z o. Paolo Dall'Oglio, orędownikiem dialogu chrześcijańsko-muzułmańskiego, który został porwany w Syrii w 2013 r.