• 16 stycznia 2015
  • komentarzy
  • 3293 osób przeczytało
  • to!

Gender – nauka czy ideologia?

Marzena Nykiel

Ideologia gender, która zakorzeniała się w Polsce już od lat 90., zaczyna pokazywać swoje prawdziwe oblicze. Na mocy dokumentów unijnych jesteśmy zobowiązani do realizacji strategii gender mainstreaming, co oznacza włączenie problematyki równości płci do głównego nurtu. Wszystkie sprawy społeczne, polityczne, ekonomiczne i kulturalne mają być rozpatrywane w perspektywie gender. Aby plan mógł zostać zrealizowany, trzeba wprowadzić edukację równościową już do przedszkoli. Do tego potrzebne są jednak kadry.

Genderyści za wszelką cenę próbują zdobyć legitymację naukowości, każąc się nazywać filozofami. Dla pozoru wtargnęli nawet na uniwersytety i poubierali się w gronostaje. Nienaukowość genderyzmu wychodzi jednak za każdym razem, gdy tylko zabierają głos w akademickim dyskursie. O ile bowiem celem filozofii jest poznanie prawdy ukrytej w naturze każdego bytu, o tyle gender próbuje wymyśloną przez siebie prawdę wtłoczyć w rzeczywistość, negując istnienie natury czy prawdy w nią wpisanej. Fakt ten sprawia, że na własne życzenie gender nigdy nie wyjdzie poza ideologiczny grajdoł.

Gender studies rozsiadły się na kilku polskich uniwersytetach, tworząc podyplomowe szkółki dla mniejszościowych aktywistów. Coraz agresywniej naciskają na ministerstwo, by zarządzono obowiązkowe szkolenia równościowe całych kadr oświatowych, mających nieść światłe idee reszcie społeczeństwa. W jaką wiedzę zostanie wyposażony absolwent gender studies? Prężnie działający w tej kwestii Uniwersytet Łódzki rekomenduje podjęcie nauki na podyplomowym kierunku, nad którego jakością czuwa specjalnie powołana rada programowa w składzie: prof. Magdalena Środa, Wanda Nowicka, prof. Danuta Waniek, Kazimiera Szczuka. „Proponowany przez nas interdyscyplinarny program studiów powstał inspirowany przekonaniem, iż konieczna jest przemiana szeroko pojętej mentalności społecznej i schematycznego myślenia o różnorodności, odmienności i tożsamości w ogóle” – czytamy na stronie internetowej UŁ. Nikt tam nie kryje ideologicznych celów kształcenia. Twórcy kierunku przekonują, że „w Polsce wciąż brakuje specjalistów, którzy posiadaliby kompleksową wiedzę z tej dziedziny i realizowaliby cele polityki równych szans”, dlatego szeroko otwierają drzwi wszystkim, którzy interesują się „zagadnieniami związanymi z gender mainstreaming i efektywnym przeciwdziałaniem dyskryminacji w różnych jej odmianach i obszarach”.

Bogata jest także oferta warsztatowa dla nauczycieli. Ośrodek Naukowo-Badawczy Problematyki Kobiet Uniwersytetu Łódzkiego zaprasza na przykład do udziału w „jedynym projekcie w Polsce”, który „daje szansę zdobycia unikatowych kwalifikacji”. Szkolenia są przy tym bezpłatne, bo „w całości finansowane ze środków unijnych i budżetowych w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki!”. Czego dowiedzą się tam nauczyciele? „Tematem przewodnim projektu jest założenie, że w procesie walki z dyskryminacją, stereotypizacją, uprzedzeniami oraz zakorzenionymi w kulturze patriarchatem i negatywnym nastawieniem do wszelkiej »inności«, rola systemu edukacji dzieci i młodzieży jest nieoceniona, dlatego też nauczycielki i nauczyciele – w związku ze szczególną funkcją pełnioną w procesie kształcenia – powinni być szczególnie uwrażliwieni na tę problematykę”. Żeby bilans się domknął, tego rodzaju szkolenia są obowiązkowe dla nauczycieli i wychowawców każdej placówki wychowawczo- -oświatowej, która otrzymała jakiekolwiek środki z unijnego funduszu w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki.

Studia gender to kompilacja wybranych przypadkowo elementów z takich dyscyplin jak socjologia, psychologia, historia, filozofia, ekonomia czy historia sztuki i literatury. Choć każda z tych nauk ma inny cel i zupełnie odmienne metody badawcze, gender studies obejmują je wszystkie wspólną kategorią badań nad płcią. Przy takim układzie rozbieżności nie ma szans na prowadzenie rzetelnych badań, które mogłyby zweryfikować teoretyczne założenia gender. Jaki mamy efekt? Brak wewnętrznej spójności koncepcji genderowej, niedoróbki metodologiczne i poważne nadużycia interpretacyjne. Profesorom od płcioizmu jednak nie przeszkadza fakt, że coś, co sami nazywają nauką, jest dalece skompromitowaną ideologią.

Cały jej fundament opiera się na programowym kwestionowaniu dotychczasowych paradygmatów i osiągnięć naukowych. Neguje uniwersalność rozumu i klasyczną prawdę rozumianą jako zgodność poznania z zastaną (a nie zmanipulowaną czy wymyśloną) rzeczywistością. Kwestionując prawdę, podważa też obiektywność poznania oraz kryteria prawomocności nauki. Szukanie prawd ostatecznych, niezmiennych, spójnych zostaje wyparte przez pojęcia chaosu, przygodności, fragmentaryczności czasu i przestrzeni, histerycznie rozumianej równości oraz źle pojętego pluralizmu i tolerancji. Dochodzi w ten sposób do takich postmodernistycznych kategorii „naukowych” jak skrajny relatywizm epistemologiczny, aksjologiczny oraz całkowita degradacja wartości rozumu i racjonalności. Mamy za to antyracjonalizm, negację prawdy, a w efekcie poznawczy subiektywizm i idealizm. Nauka zostaje pozbawiona autorytetu i postawiona w jednej linii z każdym rodzajem ludzkich mniemań. Nie bez powodu prof. Bogusław Wolniewicz, filozof i zresztą zadeklarowany ateista, stanąwszy po stronie zdrowego rozsądku, filozofii i wszystkich przeciwników genderyzmu, orzekł krótko: „Gender jest jak szamanizm”. W jednym z wywiadów jednoznacznie skrytykował uznanie płcioizmu za naukę. „Hańbą Uniwersytetu Warszawskiego, wielkiej europejskiej uczelni o pięknych tradycjach naukowych w naukach ścisłych, jest to, że poniżyła się do tego, żeby uruchomić coś, co się nazywa gender studies. Z nauką to nie ma nic wspólnego. To jest plama na uniwersytecie. To tak, jakby wprowadzono na uniwersytet jakieś studia szamanizmu” – stwierdził stanowczo, dodając, że przy tej eskalacji absurdów nie wyklucza, iż również szamanizm w końcu trafi na uczelnie. Słowa prof. Wolniewicza okazały się prorocze. Niespełna miesiąc później naukowym światem wstrząsnęła informacja, że Śląski Uniwersytet Medyczny wprowadza studia podyplomowe z homeopatii. Naukowcy i lekarze, którzy od lat walczą z tą kontrowersyjną metodą „leczenia”, skierowali do Ministerstwa Nauki i władz uczelni list interwencyjny. Skrytykowali absurdalny pomysł uniwersytetu i wyrazili nadzieję, że nie jest to zapowiedź otwierania kolejnych studiów podyplomowych, na przykład z zakresu urynoterapii, irydologii lub innych podobnych nienaukowych dziedzin działalności uzdrowicielskiej.

Już w 2000 roku, kiedy szkółki gender studies zaczęły się zasadzać na polskie uniwersytety, głos na łamach „Rzeczpospolitej” zabrała Agnieszka Kołakowska, filozof i filolog klasyczny, tłumaczka i publicystka, prywatnie córka Leszka Kołakowskiego. Z niepokojem odniosła się do planów wprowadzenia do Polski studiów genderowych, pokazując, że to ideologiczne dzieło feministek dawno skompromitowało się na Zachodzie. „Oba człony samej nazwy tej dziedziny są podejrzane. Słowo »studies« powinno wzbudzić naszą czujność, ponieważ cechuje ono niechybnie pseudodziedziny powstałe w celach propagandowych, z nauką niewiele mających wspólnego. Tradycyjne dziedziny mają nazwy proste i przezroczyste, budzące zaufanie: Matematyka, Historia, Geografia, Fizyka. Wiemy mniej więcej, co się w nich dzieje. W dziedzinach »studies« natomiast mieliśmy już »Peace Studies« (gdzie uczyliśmy się, że jednostronne rozbrojenie uratuje nas przed wstrętnym amerykańskim imperializmem), »African-American Studies« (gdzie uczymy się, że kultura Zulusów jest o wiele więcej warta od zachodniej, że Beethoven był czarny, że starożytni Grecy to naprawdę Egipcjanie, którzy byli czarni, i że wszystko jest względne), »Women’s Studies« (które niewiele się różnią od »Gender Studies«, i gdzie uczymy się, że Szekspir był ohydnym mizoginistą i żałosnym wyrazem społecznych energii swojej epoki, a także, że wszystko jest względne), »Cultural Studies« (gdzie uczymy się przede wszystkim, że wszystko jest względne, a wartości i osiągnięcia zachodniej cywilizacji, zwanej niegdyś judeochrześcijańską, najwzględniejsze)” – wylicza Kołakowska.

Po 14 latach widzimy doskonale, przed czym byliśmy ostrzegani. Profesorowie od płcioizmu, wciągając z zapałem na katedry tęczowo-ONZ-owskie flagi ideologii, wmawiają masom przez kolorową telewizję, że to jedynie słuszny kierunek dla nowoczesnej ludzkości. Nie zdołali się nawet zorientować, kiedy ich akademicka aktywność stała się skarlałą publicystyczną propagandą. Wierząc w sens reguł wykutych przez ponadnarodowe ciała polityczne, powtarzają sprzeczne wewnętrznie formułki. Czy można potraktować serio „dyscyplinę”, która nie jest w stanie pokonać błędów logicznych na poziomie własnych założeń?

Problemy występują już w samej definicji. „Gender studies, które rozwinęły się w ramach nauk społecznych, socjologii i antropologii kulturowej, odnoszą się do zjawisk społecznych i kulturowych, a nie biologicznych” – mówią genderyści. Gdzie można dojść w dyskursie o człowieku, prowadzonym na bazie negacji natury, jeśli refleksja nad wynikami badań nauk biologicznych zostanie całkowicie odcięta? Czy negacja a priori istotnego stanowiska nauki nie jest rażącą ignorancją? Trudno się więc dziwić, że wysiłki badawcze genderystów mają tak mizerne efekty.

Już wstępna lektura podręcznika do płcioizmu – „Gender dla średnio zaawansowanych” autorstwa prof. Ingi Iwasiów z Uniwersytetu Szczecińskiego – mówi wiele. Iwasiów przekonuje, że historia literatury jest najlepszym odzwierciedleniem dyskryminacji kobiet w dziejach, ukazującym, jak milczały lub mówiły cudzym głosem. „Jednocześnie pozwala objaśnić uprzywilejowany paradygmat kultury nastawionej na męskie wartości, jego meandry i punkty zapalne. Milczenie kobiet jest przesłonięte mową patriotyczną, obywatelską, chrześcijańską”. Wprowadzanie zmian do rzeczywistości należy, zdaniem Iwasiów, zacząć od czytania literatury metodą genderową. „Tekst jest jak zbiór poplątanych nitek: wyjmiesz jedną, dowiesz się wszystkiego po kolei, a zwłaszcza, do jakiego światopoglądu i modelu społeczeństwa owa nitka nas zaprowadzi. »Płeć« jest takim unerwionym obszarem, który powiedzieć może najwięcej” – przekonuje. Nic więc dziwnego, że słyszymy potem o najnowszych odkryciach naukowych, w których świetle wielkie postacie polskiej kultury czy bohaterowie narodowi mają być uznani za homoseksualistów. Jeśli każda czynność badawcza ma zostać przepuszczona przez filtr seksualności, na przestrzeń wartości i prawdziwych, głębokich motywacji brakuje już miejsca. W efekcie mamy wiekopomne odkrycie jednej z genderystek, dr Elżbiety Janickiej z Instytutu Slawistyki PAN, która dopatrzyła się w bohaterach „Kamieni na szaniec” Aleksandra Kamińskiego homoseksualnej miłości. We fragmencie opisującym uwolnienie „Rudego” przez „Zośkę” tak się zasugerowała słowem „rozkosz”, że nie potrafiła zrozumieć go inaczej jak tylko popędowo.

W swoim podręczniku Inga Iwasiów przekonuje, że dzięki genderowemu czytaniu można dostrzec polityczne, społeczne i świadomościowe nitki, których nie dostrzeże się podczas tradycyjnej lektury. Nie kryje przy tym ideologicznych celów tej metody interpretacyjnej. „Genderyści stanowią z pewnością wspólnotę interpretacyjną o jasno wyznaczonych celach. […] Mając określone cele, mówiąc między sobą swoim językiem – szukają w tekstach kultury dowodów istnienia »obozu przeciwnego«, metod kamuflowania jego celów oraz śladów oporu”. Jak zatem widać, jedynie gender studies mogą nam otworzyć oczy na męską dominację, choć w rzeczywistości to kobieta dysponuje prawdziwym potencjałem opisywania świata. „Kobieta mogłaby być o wiele lepszym znaczącym porządku symbolicznego niż mężczyzna, odczuwający przede wszystkim fallusem czy raczej tym, co fallus funduje. Wagina, zakamarki macicy, niezmierzone terytorium niemające nawet dobrej nazwy w polszczyźnie, dałoby nam obraz świata, przyznajmy, ciekawszy od tego, który wypełniają fabryczne kominy”. Czytanie i opisywanie rzeczywistości przez pryzmat narządów płciowych w istocie może nas daleko zaprowadzić. Świadczą o tym choćby odkrycia zachodnich specjalistek.

Francuska feministka Luce Irigaray poświęciła się poszukiwaniu sposobów przywrócenia kobietom właściwego miejsca w kulturze Zachodu, tropieniu przestrzeni męskiej dominacji i „unicestwiania efektów fallocentrycznego dyskursu”. W poszukiwaniach tych wpadła na jeden z bardziej „wstydliwych sekretów współczesnej fizyki”, świadczący o haniebnym męskim szowinizmie. „Jeśli fizycy zajmowali się dotąd mechaniką ciała stałego w większym stopniu niż mechaniką cieczy, to z pobudek seksistowskich. Mechanika cieczy jest bowiem dziedziną kobiecą, podczas gdy mechanika ciała stałego to sprawa typowo męska – jak wiadomo, kobiece narządy płciowe wydzielają czasem płyny, męskie zaś wystają i sztywnieją” – stwierdziła.

Rewizji pseudonaukowych teorii genderowych dokonali dwaj fizycy – Alan Sokal i Jean Bricmont. Efekty swojej drobiazgowej pracy opublikowali w książce pt. „Modne bzdury. O nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów”. Wyprowadzone przez nich wnioski dotyczące przekłamań, jakich dopuszczają się postmoderniści w obrębie nauk ścisłych, można sprowadzić do kilku punktów. Pseudonaukowcy snują rozważania na temat teorii, o których nie mają pojęcia, w naukach humanistycznych posługują się pojęciami z nauk ścisłych w oderwaniu od ich znaczenia, epatują powierzchowną erudycją, co objawia się choćby używaniem naukowych terminów w kontekstach, w których nie mają najmniejszego znaczenia, a także dopuszczają się manipulacji „zwrotami i zdaniami, które w rzeczywistości są bez sensu”. Książka została oczywiście zakrzyczana przez genderystów próbujących odrzeć ją z wiarygodności. Sokal i Bricmont przeprowadzili jednak analizę tak szczegółowo, że pseudonaukowcom trudno odeprzeć siłę jej argumentów. Przykład ten pokazuje, że zamiast toczyć z genderowym szamanizmem bezsensowne dialogi, których nie sposób oprzeć na wspólnej siatce pojęciowej, lepiej go zdetonować zdrowym rozsądkiem.

Gender studies nie kończą, ale dopiero zaczynają pseudonaukową wędrówkę ideologów. W prosty sposób wyrasta z nich nowy „obszar badawczy” queer studies, stanowiący ważny element „rewizji stanowiska socjologicznego”. Patrząc na jego założenia, nie można mieć już wątpliwości, jaki jest ich ostateczny cel. Steven  Seidman, amerykański socjolog zajmujący się studiami queer, stwierdza wprost: „Socjologiczne studia nad homoseksualnością nie powinny być dłużej uprawiane jako badania pewnej mniejszości, lecz jako studia nad wiedzą i praktykami społecznymi organizującymi społeczeństwo jako takie poprzez seksualizację ciał, pragnień, czynów, tożsamości, relacji społecznych, wiedzy, kultury, instytucji społecznych. Teoria queer aspiruje do przekształcenia »teorii homoseksualności« na ogólną teorię społeczną”. Jacek Kochanowski, aktywista środowisk LGBTQ, będący ich intelektualnym wsparciem w zakresie gender i queer studies, prezentując historię studiów queerowych, przypadkowo obnaża ideologiczne cele tej paranaukowej działalności. „W latach 70., a zatem w latach kontrkulturowej burzy, same lesbijki i sami geje postanowili zacząć przeciwdziałać temu karykaturalnemu i genetycznie homofobicznemu obrazowi i przejąć ów wrogi dyskurs. Powstają studia lesbijsko-gejowskie, kierunek badawczy, którego celem jest nakreślenie »pozytywnego obrazu osoby homoseksualnej« jako osoby zdolnej do porządnego, obywatelskiego, zgodnego życia w społeczeństwie”. Wskazuje też na pojawienie się okoliczności sprzyjających „unaukowieniu” gender studies. „Momentem przełomowym dla powstania tego typu orientacji badawczej w humanistyce było oświadczenie autorytatywnych organizacji naukowych o znaczeniu międzynarodowym – Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego i Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego – informujące, iż klasyfikowanie homoseksualizmu i biseksualizmu jako zaburzenia było błędne, gdyż ludzka orientacja seksualna jest zróżnicowana i niekiedy – w trudnym do oszacowania ze względu na dominujący heteronormatywny model kulturowy zakresie – przybiera postać emocjonalnego i seksualnego pociągu do osób tej samej płci. Studia lesbijsko-gejowskie, przyjmując to stanowisko naukowe za punkt wyjścia, miały na celu rzetelne scharakteryzowanie społecznej sytuacji dotkniętych dyskryminacją osób homoseksualnych oraz scharakteryzowanie społecznej tożsamości lesbijek i gejów rozumianej jako pewnego typu tożsamość kolektywna, grupa, której wspólną podstawą jest doświadczenie wyklęcia” – wyjaśnia, wskazując, że ów projekt socjologiczny oznaczał przejście od opisu środowiska homoseksualnego, jako środowiska przestępczego i pedofilskiego, do „opisu szczególnego rodzaju problemów, z jakim spotykają się rodziny homoseksualne czy polityczny ruch lesbijek i gejów”. Jak podkreśla, „założeniem owych LGBT studies było przekonanie, że lesbijki i geje stanowią w dużym stopniu jednolitą mniejszość kulturową, którą można scharakteryzować za pomocą retoryki tożsamości kolektywnej oraz mniejszości kulturowej”. Niestety plan się nie powiódł, gdyż „lesbijki i geje okazali się zbyt zróżnicowani, by można było objąć ich w ramy spójnego opisu typologicznego”. Tak oto narodziła się nowa narracja polegająca na opisie świata przez pryzmat teorii queer.

Polecamy: Marzena Nykiel, Pułapka gender, Wydawnictwo M, Kraków 2014

Marzena Nykiel

polska publicystka i dziennikarka. Od 1 października 2014 jest redaktorem naczelnym portalu wpolityce.pl