• 8 kwietnia 2016
  • komentarzy
  • 688 osób przeczytało
  • to!

Uśmiech na twarzy i ghashim

Zygmunt Kwiatkowski SJ

Kochali się bardzo i kochają nadal, ale z tą miłością jest u nich coraz trudniej. On do niej nie zwraca się inaczej, jak tylko Mariolko, a dla niej on wciąż jest Samirkiem, a nie Samirem, mimo że zdrobnienia te coraz mniej do nich pasują. Kiedyś były związane z uczuciową eksplozją. Wtedy byli sobą oczarowani.

Poznali się na studiach. Czarnowłosy i czarnooki cudzoziemiec o śniadej cerze i do tego chrześcijanin od razu zwrócił jej uwagę. On był zaś oczarowany jej jasną karnacją, blond włosami, niebieskookim spojrzeniem… Była dla niego idealnym wcieleniem jego młodzieńczych snów o księżniczce z dalekich północnych krain. Nie mieli wątpliwości, że po studiach Mariolka znajdzie sie u jego boku, w kraju jego rodziców, gdzie Samir otworzy swój gabinet lekarski.

Dzisiaj, po kilkudziesięciu latach pracy w gabinecie, został zmuszony do tego, aby w nim zamieszkać. Zmuszony został przez chorobę, która polega na stopniowym zamieraniu mięśni. Już nie jest w stanie nie tylko zejść czy wejść po schodach, ale nawet nie jest w stanie poruszać się o własnych siłach po gabinecie. Żona musi przychodzić do niego rano, aby mu pomóc wstać z łóżka, zrobić toaletę, ubrać i posadzić na krześle. Przynosi mu z domu do gabinetu jedzenie i pomaga w jego spożywaniu.

Trafia mu się czasem w ciągu dnia jakiś pacjent, ale bardzo rzadko, bo ciężko chory lekarz słabo zachęca do tego, aby się u niego leczyć. Na szczęście od rana do wieczora, niemal bez przerwy, odwiedzają go koledzy-lekarze, którzy w tym samym budynku mają swoje gabinety. Wpadają do niego, żeby trochę pogawędzić, podzielić się tym, co robią i o czym donoszą media. Mają dla niego wiele sympatii, tak jak i dawni pacjenci, którzy wspominają lekarza o zawsze uśmiechniętej twarzy i spojrzeniu, które wyrażało zrozumienie dla ich trudności życiowych i gotowość przyjścia z pomocą, co też miało miejsce. Sarim nie tylko rzetelnie leczył pacjentów, ale robił to często za darmo lub zadowalając się symbolicznymi darami w postaci owoców lub warzyw. Nic zatem dziwnego, że nie dorobił się fortuny i nawet gabinet, który teraz stał się dla niego drugim mieszkaniem, nie jest jego własnością. Do niego należy tylko SERDECZNY UŚMIECH. Tyle mu zostało. Aż chce się powiedzieć z żalem, że tylko tyle; choć tego żalu jakoś nie czuję. Współczuję mu z powodu choroby, ale jednocześnie wiem, że on doszedł w życiu do czegoś, nie zmarnował życia, żył godnie i dzisiaj godnie się z tym życiem rozstaje, dzień za dniem, wizyta za wizytą.

Na ile miłość do Mariolki jest jego siłą i czy jej starczy miłości dla niego?

Tego samego dnia, gdy go odwiedziłem w gabinecie, koło poludnia przyszedl do niego doktor Hassan. Pojawia się on u Samira za każdym razem, gdy tylko przyjeżdża do tego miasta z wykładami na miejscowym uniwersytecie. Studiował przez szereg lat na Zachodzie i po dziś dzień posiada szeroką orientację w tym, co się na świecie dzieje. Posiada również pewne fundamentalne przeświadczenie, na którym buduje wszystkie swoje konkluzje, że wszelkiemu złu winni są Żydzi. Według niego oni ponoszą główną odpowiedzialność za bałagan na świecie, gdyż w ich ręku jest światowa gospodarka, finanse i polityka największych mocarstw. Wdał się ze mną w dyskusję, ale wobec kategoryczności jego sądów i wygłaszania ich z pasją kaznodziei, pozwoliłem mu perorować nadal, aż do wyczerpania się baterii. Te niestety były w całkiem dobrym stanie. W pewnym momencie, kiedy wyjaśnił już szczegółowo swoje polityczne credo i nie napotkał żadnego widocznego oporu z mojej strony, przyjął, że ideowo jesteśmy sobie bliscy. Zainteresował się wówczas – przez moment – moją osobą. Kiedy dowiedział się, że jestem księdzem, zapytał bez ogródek, czy mam żonę i dzieci. Kiedy mu odpowiedziałem, że nie, ponieważ zakonnicy nie zakładają rodzin, aby dzięki temu mogli oddać się w sposób pełniejszy służbie Bogu, spojrzał na mnie zdziwiony a następnie z tym samym przekonaniem jak wcześniej, wypowiedział jedno słowo: ghashim – „głupek”. Nie było ono przemyślane, wypowiedział je zupełnie bezwiednie, bardziej jakby do siebie niż do mnie, ale przez to właśnie zrobiło ono na mnie jeszcze większe wrażenie.

Doktor Hassan próbował po chwili załagodzić sprawę, mówiąc coś o powabach kobiecych, o umilaniu sobie czasu i o ucieczce od samotności. Próbował dorzucić coś dowcipnego, ale nasza rozmowa nie bardzo się kleiła. Wreszcie porzucił wszystkie te usiłowania, spojrzał na zegarek i stwierdził, że niestety czas na niego. Kiedy podał mi rękę, poczułem, że jest trochę zmieszany. Wiedział, że zrozumiałem dobrze, iż dla niego powołanie zakonne, poślubienie Kościoła, oblubieńcze ofiarowanie się Bogu, służba bliźniemu, naśladowanie Chrystusa były czystą abstrakcją, rodzajem drętwej mowy gashima, który starał się, jak mógł, swoją głupotę przyozdobić w efektowne ale sztuczne pióra. Tak, jak gdyby było możliwe, aby racjonalnie usprawiedliwić coś, co ewidentnie przeczy zdrowemu rozsądkowi i znajduje się w opozycji do prawa natury.

Paradoksalnie, bardzo dobrze zrobiło mi to spotkanie, pozwoliło wyraźniej dostrzec rolę wiary w przeżywaniu mojego powołania.

Zygmunt Kwiatkowski SJ

polski jezuita, przez 30 lat pracował w Syrii, gdzie obserwował odrodzenie się klasztoru Mar Musa w górach Kalamun, przyjaźnił się z o. Paolo Dall'Oglio, orędownikiem dialogu chrześcijańsko-muzułmańskiego, który został porwany w Syrii w 2013 r.