• 23 grudnia 2014
  • komentarzy
  • 2388 osób przeczytało
  • to!

Kto się boi polskości?

Ryszard Legutko

Odkąd pamiętam, z czczeniem polskości i tradycji niepodległościowej było zawsze coś nie tak. Z bardzo wczesnego dzieciństwa mam w pamięci obraz matki, która każe się mojej starszej siostrze uczyć grać na pianinie Witaj majowa jutrzenko, a jednocześnie z ostrożności przed sąsiadami zamyka okno. Wiedziałem już w wieku wczesnoprzedszkolnym, że tę piosenkę należy znać, ale lepiej się tym nie chwalić. Później przyszły czasy szkolne. Nie było w podręcznikach Piłsudskiego, Polska zdobyła niepodległość dzięki dekretowi Lenina o samostanowieniu narodów, 11 listopada był zwykłym dniem, a flagi narodowe trzeba było ściągać 2 maja, żeby nie wisiały trzeciego. W szkole o Polsce i polskości mówiono sporo, lecz zawsze w kontekście Polski Ludowej, która, jak nas uczono, stanowiła spełnienie tysiącletnich starań narodu o bezpieczeństwo, sprawiedliwość i dobrobyt. Inne wersje polskich opowieści wyeliminowano, strasząc, że to szkodliwe fantasmagorie, poprzez które tak wiele razy w dziejach stawaliśmy się ofiarą tych, którzy teraz byli naszymi przyjaciółmi. A poza tym, to przecież polska przedwojenna, rzekomo tak niepodległa, to zanim upadła, była rządzona przez faszystów, i dobrze się stało, że upadła. Na pierwszym roku studiów dowiedziałem się z wrogich ustrojowi publikacji, że polskość to straszna broń, bo użył jej Mieczysław Moczar przy pomocy pułkownika Załuskiego, twórców spektaklu Dziś do ciebie przyjść nie mogę oraz Ryszarda Filipskiego, który bał się Niemców nawet wtedy, gdy przynosili dary. Za Gierka wątek polskości wciąż istniał, ale milicjanci nadal przypominali o zdejmowaniu flag 2 maja. O ile Gomułka chętnie karmił nas historiami o Psim Polu i innych triumfach nad zachodnioniemieckimi rewanżystami, o tyle Gierek raczej nawiązywał do Kazimierza Wielkiego, który tak jak on budował drugą Polskę. Jeden i drugi – czyli Gomułka i Gierek, nie zaś Gierek i Kazimierz Wielki – byli zgodni w tym, że prawdziwy patriota to ten, który miłością obdarza Polskę Ludową, a całą resztę kocha o tyle, o ile służy to wzmacnianiu tej miłości właściwej. Później przyszła pierwsza Solidarność i właściwie wszystko było niemal normalnie. Patriotyczne obchody cieszyły się sporym wzięciem, choć oczywiście wisiała nad Polską groźba interwencji, a więc mitygowano się z narodowymi uniesieniami.

Uważano, zapewne słusznie, że lepiej niedźwiedzia nie drażnić groźbami ponownego marszu na Kijów i Moskwę. Koniec lat osiemdziesiątych – jeszcze przed upadkiem PRL-u – to dość niespodziewane pojawienie się w publikacjach antyustrojowych dwóch zagrożeń: przejęcia władzy w kraju przez Kościół oraz nasilenia polskiego nacjonalizmu. Gdy upadł w końcu stary ustrój, te zagrożenia jeszcze się zwiększyły, tym razem opisywane przez największe polskie media i najważniejszych polityków III RP. Pomińmy wątek teokracji, który zaprzątał przez kilka lat uwagę najtęższych polskich umysłów. Nacjonalizm – jak nas ostrzegano – także rósł w siłę, a Polacy wpadali w coraz większą megalomanię narodową. Dlatego wszelkie uroczystości, obchody czy komentarze okolicznościowe musiały obowiązkowo zawierać motywy europejskie, bo zaczęliśmy wówczas aspirować do Unii. Polak tak, ale – powoływano się na Norwida – przede wszystkim człowiek, a nade wszystko, i tutaj ujawniała się mądrość etapu – Europejczyk. Groźba nacjonalizmu nasiliła się dodatkowo, gdy w stolicy powstało dzięki Lechowi Kaczyńskiemu Muzeum Powstania Warszawskiego, które zostało potępione przez największe autorytety jako przejaw chorego, funeralnego oddania tradycji bogoojczyźnianej. Potępiono także wieszanie w miastach dużych portretów przedstawiających bohaterów czasów wojny. Budowa pomnika Dmowskiego wywołała burzę. Z czasem stawało się jasne, że w III RP nie można tak sobie czcić polskości i świętować wedle własnych fanaberii. Pod pewnym względem wróciliśmy do wzorców peerelowskich, jakkolwiek – wypada przyznać – nigdy od nich daleko nie odchodziliśmy. Jeśli czcimy polskość, to tylko politycznie słuszną, czyli taką, która uzasadnia dzisiejsze dogmaty polityczne. Wcześniej czciliśmy Psie Pole, bo to wzmacniało Gomułkę, oddawaliśmy hołd Kazimierzowi Wielkiemu, bo był on poprzednikiem Gierka. Teraz o Polsce trzeba wyłącznie mówić w kategoriach multi kulti, bo Europa jest też multi kulti. Nie wolno przywoływać Dmowskiego, bo to może popsuć nam stosunki z Niemcami. Niewskazane jest także pokazywanie żołnierzy płci męskiej, bo to nam utrwali stereotypy płciowe. Najlepiej czcić polskość w sposób, który od dziesięcioleci praktykowano u nas, czyli potępić faszyzm. A jeśli to za mało, to zawsze można wziąć kij bejsbolowy, znaleźć na ulicy jakiegoś faszystę przebranego w mundur Księstwa Warszawskiego i uprzednio opluwszy go, spuścić mu łomot. Niestety, od pewnego czasu ta wykładnia nie do wszystkich dociera i niektórzy urządzają uroczystości patriotyczne według własnego widzimisię. Wysokie urzędy są jednak czujne i będą się starały tę samowolę ukrócić. Śpiewać jeszcze będzie wolno, ale zapewne nie wszystko. W razie wątpliwości lepiej zamknąć okno.

Polecamy książkę Ryszarda Legutki „Polska, Polacy, suwerenność”

Ryszard Legutko