• 10 listopada 2016
  • komentarzy
  • 270 osób przeczytało
  • to!

Zarys historii Legionów Polskich

W ostatnich dniach czerwca 1908 roku Kazimierz Sosnkowski założył we Lwowie tajny Związek Walki Czynnej, który miał za zadanie przygotowywać kadry oficerskie dla przyszłej armii polskiej. Współorganizatorami Związku byli tak znani później politycy czy wojskowi jak na przykład Władysław Sikorski, Witold Jodko-Narkiewicz, Walery Sławek, Marian Kukiel, Henryk Minkiewicz. Przypomnijmy. Polski wówczas nie było na mapie, a żadne z liczących się państw nawet nie dopuszczało myśli, że takie państwo może w ogóle powstać. Wbrew takiej logice, zdawałoby się niepodważalnej, skromna grupa młodych ludzi zakłada tajną organizację i planuje wyzwolenie swojej ojczyzny. Faktycznym inicjatorem powstania tej organizacji był Józef Piłsudski, który kończył pracę konspiracyjną w Królestwie Polskim, czyli w zaborze rosyjskim, i przenosił bazę pracy niepodległościowej do Galicji. Dlaczego właśnie tutaj? Odpowiedź można znaleźć między innymi we wspomnieniach Aleksandry Piłsudskiej, żony przyszłego Marszałka:

Piłsudski był realistą; widział rzeczy takimi jak są, bez żadnych upiększeń. Wojnę uważał za drogę do zdobycia przez Polskę niepodległości a do każdego z państw zaborczych odnosił się w zależności od tego, jaką rolę mogło ono odegrać na tej drodze. Dla współdziałania trzeba było wybrać takiego partnera, z którym współpraca przyniosłaby największe korzyści Polsce. Spośród zaborców jedynie Austria dawała, jaką taką gwarancję, że nie będzie przeciwstawiała się polskim aspiracjom wolnościowym.

Faktycznie. Autonomia galicyjska służyła oczywiście interesom austriackim i  pozwoliła przetrwać jeszcze około pół wieku zmurszałej monarchii, ale także umożliwiła Polakom, w  znacznym stopniu, rozwój narodowy. W dwóch pozostałych zaborach nie do pomyślenia były uroczystości patriotyczne, jakie na przykład organizowano we Lwowie czy Krakowie. Był jedną pośród tych nielicznych postaci w  naszej historii, którzy zamierzony cel osiągnęli. Zwyciężyli. Do odzyskania niepodległości w  1918  roku przyczyniło się wielu przywódców, polityków, wojskowych, całe rzesze społeczeństwa, ale to Piłsudski stał się symbolicznym uosobieniem tej niepodległości. Nieprzypadkowo. Dobitnie to podkreślał znakomity nasz poeta Kazimierz Wierzyński pisząc:

Dla młodych ludzi sprzed 1914 roku, dla których Polska była religią, a poświęcenie dla niej treścią życia, Piłsudski przyszedł jak po swoje. Stał się od razu ich przywódcą i symbolem wiary. Nie liczyli się na miliony, ale byli gotowi na wszystko, nawet na śmierć. Zginąć za Polskę, znaczyło tyle, co śnić o jak najwyższym obowiązku. Sny te krążyły po wszystkich domach w Polsce, mieszczańskich i robotniczych, pańskich i chłopskich. Młode głowy nie cierpią na bezsenność, a sny nie znają przywilejów klasowych.

Potwierdzenie tych słów znajdujemy chociażby we wspomnieniach pułkownika Józefa Herzoga, z końca maja 1915 roku, w tym czasie 14-letniego legionisty I  Brygady, z  uroczystości w Konarach koło Klimontowa:

W  pamięci utkwiła jedynie postać Piłsudskiego, skromnie stojącego z pochyloną głową, w siwym mundurze bez odznak, trudno mi opisać, dlaczego tak już wówczas kochanego i szanowanego. Prowadził nas przecież na śmierć, dawał trud, poniewierkę, narażał na głód i nędzę i w chłód, i w skwar, i w dzień i noc żądał jednakowego wysiłku, czasem zdawało się, że ponad ludzkie możliwości, wskazywał najcięższą drogę do Przyszłości, a nikt, nawet z bólu nie złorzeczył Mu, a przeciwnie, umierał czy cierpiał, czy znosił trudy dla Jego Imienia, bo On był dla żołnierzy żywym symbolem Niepodległości.

Pod kierownictwem Związku Walki Czynnej tworzyły się w Galicji legalne organizacje strzeleckie, działające za zgodą władz austriackich. Były to paramilitarne oddziały, w których młodzi ludzie mogli ćwiczyć naukę strzelania, taktykę wojskową, sygnalizację, musztrę. Pierwszy powstał „Związek Strzelecki” we Lwowie, następnie „Strzelec” w Krakowie; oba zarejestrowane w 1910 roku. Zaraz też związki strzeleckie powstawały w innych miastach Galicji. W czerwcu 1912 roku utworzono stanowisko Komendanta Głównego ZWC, które piastował Piłsudski. Odtąd datuje się nazywanie go Komendantem. Szefem natomiast powołanego także wtedy Sztabu Głównego został Kazimierz Sosnkowski; w związku z tym popularnie był nazywany właśnie Szefem, nawet później w Legionach, gdy pełnił już faktycznie pełnił taką funkcję w I Brygadzie. W terenie działały okręgi, obwody i szkoły strzeleckie. Ruch ten zorganizowany też był tajnie pod zaborem rosyjskim, także na zachodzie Europy (Belgia, Francja, Szwajcaria, Niemcy, Wielka Brytania). Równolegle do związków strzeleckich działały Polskie Drużyny Strzeleckie, zatwierdzone w 1911 roku. Zarówno strzelcy jak i drużyniacy szkolili swoich członków na podobnych zasadach. Pomimo pewnych oporów Drużyny zdecydowały się 29 lipca 1914 roku połączyć ze związkami strzeleckimi i podporządkować Piłsudskiemu. Razem wyruszyli na wojnę. Do czerwca 1914 roku związki strzeleckie liczyły 7 239 członków, natomiast Drużyny Strzeleckie 3 997 członków.

Piłsudski chciał mieć swoją force de frappe w nadchodzącej wojnie i nie być w niej tylko popychadłem. Dlatego podniósł hasło walki czynnej, organizował ją, rozpalał i porywał młodzież. Żądał od niej dużo. Wolność Polski wydawała się w tym czasie, krótko mówiąc, szaleństwem, trzeba było drążyć, przenikać inercyjną masę, ustawiać się na dwa fronty, przeciw sowim i obcym. Z drugiej strony „szaleństwo polskie” miało u nas wyrobioną tradycję i Piłsudski dobrze wiedział do jakich atawistycznych instynktów się odwołuje. Sądził przy tym, że akcja jego będzie dobrą szkołą dla młodych charakterów, z których miał budować przyszłość.

Dodajmy, że w tym czasie w Galicji działały także inne organizacje paramilitarne, które zasiliły następnie Legiony Polskie. Wśród nich były m.in. Polowe Drużyny Sokole, Drużyny Bartoszowe, Drużyny Podhalańskie. Służba w  oddziałach strzeleckich była bardzo wyczerpująca, ale też w ich szeregach znalazła się młodzież naprawdę ideowa. Jeden z drużyniaków, Marian Romocki-Malicki wspominał:

Ćwiczenia strzeleckie były dwojakiego rodzaju. Ćwiczenia przygotowawcze na Błoniach krakowskich i ćwiczenia w terenie. Ćwiczenia na Błoniach odbywały się 3 razy w tygodniu, zaczynały się o godz. 5.30 lub 6 rano, bez względu na pogodę i trwały godzinę, tak by akademicy zdążyli na wykłady. W jesieni i zimie było jeszcze zupełnie ciemno, gdy z Zygmuntem [Bończą-Karwackim] odbywaliśmy co drugi dzień kurs 2-kilometrowy biegiem, gdyż za wcześnie nie wstawaliśmy, a nagany przed frontem za spóźnienie słyszeć nie chcieliśmy. Ćwiczenia miały tę drobną stronę, że funkcje dowódców zmieniały się i każdy mógł dojść do wprawy w wydawaniu komend nabierał szybkiej orientacji, co umożliwiało wyławianie spośród nas ludzi, nadających się do samodzielnej pracy instruktorskiej w nowopowstających organizacjach prowincjonalnych. Ćwiczenia w terenie odbywały się w święta i najczęściej rozpoczynały się już wieczorem dnia poprzedniego, zaś powrót późnym wieczorem nazajutrz. W ten sposób można było przeprowadzić ćwiczenia nocne i dłuższe ćwiczenia obustronne. Był to jednocześnie egzamin wytrzymałości fizycznej, gdyż w ciągu doby przemierzaliśmy normalnie przestrzeń nie mniejszą niż 20 – 30 km, a  czasem 40  km i  więcej. Ekwipunek musiał być pełny, tj.  składać się z  przepisowej ilości ładunków, zaś tornister i chlebak wypełniony tak, by całość osiągała normalną wagę bojowego wyekwipowania, co z karabinem przekraczało często 30 kg. (…) Z ćwiczeń wracało się kompletnie zmęczonym; niektórych zmęczenie po prostu „zwalało z nóg”. Mimo to wszyscy musieli wrócić do lokalu Drużyny, by wyczyścić karabin do połysku (…) Skończywszy kurs żołnierski w Rabce, szkołę podoficerską i podchorążych, zostałem instruktorem wiejskich Drużyn Strzeleckich w dużej wsi Bibice i Węgrzce, leżącymi nad samą granicą obok Michałowic, o 7 km od Krakowa. Z karabinem na ramieniu przybywałem do wsi piechotą i po sumie rozpoczynałem ćwiczenia z musztry zwartej i bojowej. Zdawało mi się, że mam przed sobą postacie z „Wesela” Wyspiańskiego, lub też żołnierzy Kościuszkowskich w strojnych sukmanach. Miewałem na zbiórce przeciętnie około czterdziestu tęgich chłopów krakowskich, z właściwym sobie animuszem traktujących ćwiczenia. Jeden z nich był miejscowym komendantem i  na każdym ćwiczeniu musiał wobec mnie samodzielnie przerobić to samo ćwiczenie z oddziałem. To upewniało mnie, że wyrobiony przy mnie posłuch, potrafi utrzymać poza ćwiczeniami. Zastanawiało mnie skąd tak szybko zdobyłem sobie zaufanie wśród tych prostych ludzi skąd ten zapał do pracy, której celowości nie mogła zrozumieć często inteligencja. W okolicach Krakowa zbliżenie inteligencji do ludu, jakie zapoczątkowali Rydel, Tetmajer i Wyspiański dało ten rezultat, że do inteligencji odnoszono się z zaufaniem i między mną, akademikiem, a chłopem z Bibic i Węgrzec nie było tej przepaści, o jaką łatwo dzisiaj jeszcze w innych okolicach kraju.

 

 

szlak-bojowy-legionow-polskich