• 18 marca 2015
  • komentarzy
  • 2112 osób przeczytało
  • to!

Wnuczka Raguela (fragm.)

Krzysztof Koehler

Na dworcu sporo pijaczków, meneli, ale też podróżnych. Chłopak siedzi przed wejściem. Myśli, co robić dalej. Pies koło niego. Przeszedł ostatnie kilkadziesiąt kilometrów. Robi się coraz zimniej. Boczne drogi. Drogi polne. Głód. Grzebanie po małomiasteczkowych śmietnikach. Nędza. Krótkie, szare dni. Sporo deszczów. Całe dnie ulewy. Dwa w sumie tylko nieudane noclegi. Jeden w leśnym domku, który nocą nawiedziła grupka pijanych. Drugi w altance pod miasteczkiem. Ciężkie, beznadziejne wyczekiwanie świtu.

Jednak pociąg. Poczekał, aż stanie i będzie miał ruszać. Najlepiej pospieszny. Kilkadziesiąt spokojnych kilometrów. Dopóki nie… Obszedł budynek dworca. Pojawił się na peronie prawie w chwili odjazdu. Wypatrywał dokładnie, gdzie stoi konduktor. Przeszedł peronem na przeciwległy koniec składu. Wskoczyli prawie, kiedy usłyszeli gwizdki. Najpierw pan. Po nim, wciągany na górę, pies.

W pociągu pełno ludzi. W przedziałach, na korytarzu. Chłopak nie wchodził głębiej. Ustawili się koło ubikacji. Psa trzymał na napiętym mocno sznurku. Przy nodze. Po jakimś czasie kucnął koło niego. Posadził go koło siebie. Pies dyszał, nerwowo rozglądając się na boki i wywalając język. Każdego, kto przechodził, musiał trącać pyskiem.

– Uważałbyś na niego! – kobiecy głos.
– Przepraszam.
– Nie przepraszaj, tylko pilnuj. Całą mi nogawkę uszargał.
Dopiero wtedy podniósł głowę. Kobieta. Elegancko ubrana.
– Żyjecie w chlewie, to myślicie, że wszyscy mają tak żyć.
– Nie żyję w chlewie.
– Nie pyskuj! Ty wiesz, ile ja na te spodnie musiałam się narobić?! Pracowałeś kiedykolwiek?
– Nie pani interes.
– Mówię: nie pyskuj. Nieroby!
– Coś tu nikogo innego nie widzę. Chyba że mówi pani do psa.
– Co za chamstwo! Myślisz, że co?
– Nic nie myślę. Słucham pani.
– To mnie posłuchaj! – Stała nad nim z wyciągniętym palcem. – Miejsce śmieci jest na śmietniku, nie w pociągu. Nie wiesz o tym?
– Nie jestem śmieciem.
– A co? Na mydło cię nie stać? To nie pchaj się między ludzi, łachudro jeden. Znam was dobrze, nieroby.
– Co, w oczach się pani mieni? Sam tu jestem!
– Co?! Będziesz się stawiał, gnoju?! Czekaj tu, idę po konduktora!
Odeszła, przeciskając się przez tłum na korytarzu. Dopiero teraz przyjrzał się ludziom stojącym wokół. Szare ubrania. Zmęczone twarze. Mężczyźni. Kobiety. Ludzie z wiosek jadący do miasta. Albo ludzie z biednych dzielnic wracający do mieszkań w blokach. Każdy osłonięty własnym staniem. Właściwie cisza, żadnych rozmów. Łoskot pociągu.

Przeciskała się z powrotem w towarzystwie konduktora. Wiedział, co będzie, więc czekał spokojnie na to, jaką wersją teraz go poczęstują. Lekki niepokój, bo pierwszy raz nie był sam. Spojrzał na psa.
– Trzymaj – usłyszał.
Podniósł głowę. Koło niego stał młody mężczyzna. W wyciągniętej ręce trzymał bilet i banknoty.
– Trzymaj – powtórzył.
Chłopak wyciągnął rękę. Kiedy tylko pieniądze i bilet znalazły się przy nim, mężczyzna ruszył w stronę konduktora.
– Wreszcie! – mówił głośno.
– Wreszcie pan jest. Już myślałem, że pojadę na gapę.
– Co? – Zdziwił się konduktor.
– No, bilet. Nie mam biletu. Chcę zgłosić. Znaczy zgłaszam.
– Zaraz. Pan poczeka. Zgłaszał pan?
– Nie zdążyłem. Próbowałem się do pana przedostać, ale widzi pan, co się dzieje!
– Pan poczeka. Zaraz wrócę. Gdzie ten przestępca? – To do kobiety.
– Tam siedzi! Widzi pan, z psem.
Konduktor docisnął się do chłopaka.
– Bilecik. – Proszę.
– Chłopak podał bilet, który dostał od mężczyzny.
– A pies?
– Co pies?
– No, opłata i bez kagańca.
– Nie wiedziałem, że trzeba.
– To będzie mandacik. Nie wolno z psem bez kagańca. I bez biletu. I ta pani skarży się, że ją pana pies ugryzł.
– Nie ugryzł. Oślinił.
– Co?
– No, dotknął jej pyskiem nogi.
– Ugryzł! A on się jeszcze wykłócał i mi groził.
– No to co będzie? Za zakłócanie i to, że psem bez biletu i kagańca.
– Panie, uspokój się pan – odezwał się mężczyzna w sportowej bluzie stojący obok.
– Ta pani bzdury opowiada. Facet siedzi grzecznie z psem. Cały czas tu stoję. My wszyscy. A ona się czepia, nie wiadomo czego.
– Co pan powiadasz? – kobieta stojąca obok.
– Tak było, jak mówi ten pan. Ten tu siedzi sobie z psem. Trzyma go przy nodze. A damula przechodzi i drze mordę.
– Wypraszam sobie, chyba pani ma mordę.
– Nie taką jak pani.
Kolejny z podróżnych: – Jak jej się nie podoba, niech siedzi w pierwszej klasie.
Konduktor do chłopaka: – Nie wiedział pan?
– No, nie pomyślałem, że trzeba. Psa mam od niedawna. Przyplątał się. Nie pomyślałem, że trzeba kaganiec.
– No, trzeba dokupić. I będzie po krzyku.
Konduktor sięgnął do torby. Przegrzebywał jej zwartość.
– Zaraz wrócę. Zapomniałem blankietu. A pani niech nie robi zamieszania – to do kobiety.
– Wypraszam sobie! Ten pies mnie ugryzł.
– To niech pani idzie do weterynarza – odparował jeden ze stojących. Ludzie parsknęli śmiechem. Konduktor uśmiechnął się z innymi, odwrócił się i ruszył w tłum.

Na peronie chłopak podszedł do mężczyzny.
– Dziękuję. To pana pieniądze – podał mężczyźnie banknoty.
– Nie. Zostaw sobie. Tobie się bardziej przydadzą. Mnie nie zabraknie.
Chłopak przyjrzał się rozmówcy. Eleganckie buty. Kurtka. Na głowie kapelusz.
– Myślałem, że tacy jak pan nie jeżdżą drugą klasą.
– Na szczęście niekiedy tak. Żaden pan. Jestem Rafał.
Chłopak też mu się przedstawił. Szli obok siebie peronem. Potem zeszli schodami do tunelu. Tunelem skierowali się do galerii. Chłopak patrzył na wszystko, co widział, jakby oglądał film. Zdjęcia z dzieciństwa. Milczał.
– Co jest? – zagadnął go Rafał.
– Co?
– Jakby powietrze z ciebie zeszło. Byłeś tu już?
– Tak.
– Niemiłe wspomnienia?
– Nie. Różne. Raczej miłe. Nie wiem do końca.
Mijali reklamy w szklanych gablotach. Ten sam kobiecy głos zapowiadający odjeżdżające lub opóźnione pociągi. Weszli do galerii. Przechodzili obok kawiarni, koło wodotrysków i ruchomych schodów. Lawina wspomnień oszołomiła chłopaka. Znowu, jak wtedy, tłum ludzi koło telewizorów. Wpatrzone w ekran twarze. Skupienie. Na ekranie w niebieskich przestworzach jakiś rodzaj kapsuły. Jak na filmach z kosmosu. Dwie nogi wystające na zewnątrz. Białe buty, biały skafander. Potem ręce. Absolutna niebieskość wokół tego wszystkiego. Na ekranie napis 39034 m. I cyfry 02.35. 01 i ciągłe przeskakiwanie najmniejszej. Stanęli w tłumie. Pies absolutnie wciśnięty w nogi chłopaka. Czuł przez ubranie i buty jego szybko bijące serce. Schylił się i pogładził go po grzbiecie. Kilka razu klepnął w łepek.
– Dobrze. Dobrze już.
Piesek popatrzył nań swymi czarnymi oczkami.

 

Wnuczka Raguela_500

Krzysztof Koehler

poeta, krytyk literacki, eseista