• 4 listopada 2015
  • komentarzy
  • 1485 osób przeczytało
  • to!

Niewidzialne dziewczęta

Już okrągły rok dzieli mnie od tamtego zdarzenia. W ten pamiętny dzień byłam jedną z pasażerek podmiejskiego pociągu, kursującego między przedmieściami oregońskiego Portland a dzielnicami położonymi w centrum miasta. Za oknami promienie słońca rozświetlały pogodne, jesienne popołudnie. Byłam pochłonięta lekturą książki, kiedy nagle kątem oka ujrzałam roziskrzone spojrzenie ciemnobrązowych oczu, wynurzających się ponad krawędzie stronic. Chociaż zniknęły równie szybko jak się pojawiły, nie musiałam długo czekać, by ponownie ujrzeć ich blask. Najwyraźniej siedząca naprzeciw dziewczynka liczyła, że znajdzie we mnie towarzyszkę do zabawy w „a kuku”.

Ździebko uchyliłam książkę i  puściłam do brzdąca oko. Widać towarzyszka podróży gorąco zapragnęła zareagować podobnym mrugnięciem – jednak, jak to bywa u dzieci w wieku przedszkolnym, jeszcze nie w pełni rozwinięte mięśnie mimiczne nie pozwoliły jej na grymas bardziej wyszukany niż nieporadne i nienaturalne przymrużenie oczu. Nieodłącznym jego elementem było dziwaczne pomarszczenie okolicy twarzy od czoła aż po policzki.

Te wielokrotne próby uwieńczenia serii dziwacznych min świadomym jednostronnym mrugnięciem dały mi dość czasu, by przyjrzeć się wychudzonej postaci dziewczynki. Rzuciły mi się w oczy jej nad wyraz obszerne, dresowe spodnie, na które spływała niepasująca do tego stroju wzorzysta sukienka sięgająca kolan. Na nogach dziewczynka miała mocno sfatygowane, spękane tenisówki zawiązane postrzępionymi sznurowadłami. W zestawieniu z tak ubogą garderobą jej gładziutka, brązowa cera i emanujące blaskiem oczy nabierały niezwykłej wyrazistości. Muszę przyznać, że ten kontrast zrobił na mnie ogromne wrażenie.

Matka dziecka siedziała przechylona do tyłu. Miała na sobie afrykańską, batystową sukienkę – ozdobioną motywami w barwach żółto-pomarańczowo-czerwonych – i dopełniającą ubioru gustownie dobraną chustę na głowie. Kobieta opierała głowę o szybę znajdującą się zaraz za siedzeniem, wpatrując się w pasmo drogi szybkiego ruchu, biegnącej wzdłuż torów.

Była krępa i przysadzista. Dziwne, bo chociaż cerę miała gładką i bez zmarszczek, to jednak jej ramiona były pochylone do przodu, a czoło miała poorane bruzdami. Taki wygląd nijak nie pozwalał na odgadnięcie jej wieku. Równie dobrze mogła mieć 25 co i 45 lat.

Miała ze sobą jeszcze jedno dziecko – też dziewczynkę, tyle że młodszą. Dziecko ubrane było w getry – w sposób widoczny nadgryzione zębem czasu, zdecydowanie za dużą sukieneczkę i mocno wysłużone adidasy. Żeby móc utrzymać równowagę a równocześnie uciąć sobie drzemkę, dziecko musiało ulokować się w szczelinie pomiędzy rozchylonymi kolanami matki. Przyglądałam się, jak ten malec, ze skąpo owłosioną główką i pucołowatymi policzkami, kurczowo trzyma się zwojów matczynej sukienki, nie chcąc pozbawić się ani chwili drzemki, a z drugiej strony starając się nie stracić równowagi. W naturalnym odruchu pomyślałam: przecież to biedactwo jest tak zmęczone, że ktoś musi je wziąć na ręce. Jakby na zawołanie dziecko otworzyło zaspane oczy, podniosło głowę i spojrzało na mnie. Następnie, w odpowiedzi na gest wyciągniętych ramion, dziewczynka wspięła mi się na kolana i po kilku chwilach smacznie spała z główką przytuloną do mojej piersi.

Wszystko to zdarzyło się tak szybko, że nawet nie zdążyłam zapytać matki, czy nie ma nic przeciwko. Ale kiedy dziewczynka spała już na moich kolanach, spróbowałam uzyskać aprobatę kobiety wymownym spojrzeniem. Mogłaby przecież mieć pretensję o tę samowolną inicjatywę podjętą przez, jak by nie było, obcą osobę. Na dźwięk mojego głosu, nie podnosząc głowy, poczęła wędrować wkoło oczami, jak gdyby próbowała podążać śladem echa. W końcu odkryła źródło dochodzącego głosu i utkwiła wzrok w mojej twarzy.

„Chyba nie ma pani nic przeciwko?” – zapytałam jej.
Rzuciła spojrzenie na córkę zanurzoną w głębokim śnie i posłała w moją stronę uśmiech osoby zmęczonej życiem.
„Skądże bym – odpowiedziała. – Nie przeszkadza”.
„Pani dziewczynki są takie słodkie” – kontynuowałam.
„Mówi pani?” – skomentowała jakby z niedowierzaniem.
Kiwnęłam głową. „Oczywiście, że tak”.
Raz jeszcze uśmiechnęła się. „Dzięki, dzięki”.
„A z jakich to stron?” – indagowałam dalej.
Nie zrozumiała, o co pytam, więc spróbowałam inaczej: „Skąd pani jest?”
„Somalia” – odpowiedziała.
„Czy to już wszystkie pani pociechy?” – zapytałam.
Uniosła w górę dłoń, sugestywnie prostując trzy palce i dodała: „Reszta do szkoła”.
„Jejku, aż piątka! Czy ktoś z rodziny pani pomaga?”
Odpowiedź była przecząca – właściwie to tylko potrząsnęła głową. Angielski nie był jej mocną stroną, lecz mimo to, używając prostych zwrotów wspomaganych gestykulacją, zdołała wyjaśnić, że wprawdzie przybyła tutaj wraz z mężem i piątką dzieci, ale wkrótce po przyjeździe mężczyzna pozostawił ich na łasce losu.

Kobieta miała ubogi zasób angielskich słów, co sprawiło, że podejmowane przez nią próby podzielenia się większą ilością szczegółów spełzły na niczym. Poprzestała więc jedynie na wymownym potrząśnięciu głową, zaś jej ramiona jeszcze bardziej przypominały wygięty ku przodowi kabłąk, jak gdyby dźwigała na swoich barkach ciężar ponad własne siły. „Za dużo to wszystko” – rzekła, dodając swemu wynurzeniu dramatyzmu przez wielokrotne powtórzenie tych słów: „Za dużo to wszystko”. Potem westchnęła, na nowo zatapiając się w bezrefleksyjnej, milczącej obserwacji płynnej panoramy zmieniającej się za oknem wagonu.

W tym czasie starsza z dwóch córek z uporem próbowała opanować sztukę mrugania jednym okiem, w końcu dała za wygraną. Widząc, że młodsza siostra smacznie śpi, a matka jest bardziej zainteresowana zaokienną topografią, czterolatka ześlizgnęła się z siedzenia i przeszła na moją stronę wagonu. Tak długo wspinała się i gramoliła, aż zdołała przycupnąć na skraju mojego niezbyt szerokiego krzesełka. Sięgnęła do kieszeni i wkrótce wyłowione stamtąd dwie kostki do gry powędrowały do mojej dłoni. Następnie, zgodnie z instrukcją dziewczynki, oba przedmioty znalazły się w nieprzejednanym oplocie mojej zaciśniętej pięści.

„Gra, gra moja – powiedziała. – To gra moja”. Tu zaczęły się usilne próby podważania i odginania moich palców, by za wszelką cenę dostać się do kostek. Śmiechu było przy tym co niemiara, bo ja posłusznie udawałam, że moje palce to splot nieprzejednanych szponów.

Z jednej strony zaangażowałam się na całego w zabawę wymyśloną przez dziewczynkę, z drugiej jednak odczuwałam, jak w moim wnętrzu rodzi się pełna obawy troska o całą rodzinę. Dotarło do mnie, jak poczułabym się przytłoczona i bezradna, gdybym w kraju oddalonym o prawie 20 tysięcy kilometrów z dnia na dzień została pozbawiona czyjegoś oparcia. Do tego jeszcze, nie znając języka i pozostając bez środków do życia, miałabym na głowie utrzymanie i wychowanie piątki dzieci. Od czego zaczęłabym, aby przetrzeć szlaki i przetrwać w rzeczywistości nijak nie przypominającej poznanego wcześniej obrazu świata?

W kontekście takich refleksji przyszła mi na myśl treść Złotej Reguły: „Wszystko więc, co chcielibyście, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie”. Gdyby role się odmieniły i to ja byłabym samotną matką stawiającą czoła trudom wychowania piątki dzieci w Somalii, i gdybym natknęła się w pociągu na przyjazną duszę, czego spodziewałabym się z jej strony? Odpowiedziałam sobie na to pytanie – pomocy. Chciałabym, żeby mi pomogła. Kiedy tylko Somalijka skierowała wzrok w moją stronę, natychmiast sięgnęłam do mojej torby po notatnik i coś do pisania i zapytałam: „Gdzie mieszkacie?”. Wypowiedziałam te słowa i poczułam ulgę, gdyż, mimo iż głęboko pragnęłam, by jeszcze w tym samym tygodniu móc ją odwiedzić, tak do końca nie dowierzałam, że w ogóle odważę się zapytać o adres. Udało się, ale zadowolenie z własnej śmiałości było tylko jedną stroną medalu. Równocześnie odczuwałam lekką obawę, czy aby nie wzmogłam lęku w kobiecie, która i tak bez mojej „nachalności” miała wiele powodów, by czuć się na celowniku losu. Moja rozmówczyni wyciągnęła zza pasa sukienki pogniecioną kopertę z odręcznie napisanym adresem i wręczyła mi ją bez słowa. Przepisałam i zwróciłam kopertę.
„Dziękuję” – powiedziałam.

Pociąg zbliżał się do następnej stacji. Kobieta obudziła młodszą, trzyletnią dziewczynkę, chwyciła obie za ręce, zamaszystym krokiem ruszyła do wyjścia. Przez zamykające się drzwi pociągu widziałam, jak cała trójka czeka na rogu ulicy, chcąc przejść na drugą stronę. Moja czteroletnia przyjaciółka wciąż obracała się za siebie i machała dłonią w moim kierunku. Pociąg ruszył, a gdy opuszczał przestrzeń peronu dotarło do mnie, że w zaciśniętej dłoni wciąż skrywam kostki do gry.

 

niewidzialne_dziewczeta_500pt_rgb_72dpi