• 9 września 2016
  • komentarzy
  • 631 osób przeczytało
  • to!

Eskapada, w ślad za Maskonurami

Pierwszy dzień lipca wstał z łóżka rozgrzany i w przekornym nastroju. September obudziła się tak wcześnie, że niebo miało jeszcze na wschodzie nieco różowawo-żółtego światła. September po cichu zamknęła za sobą drzwi. Wybierała się w stronę brzóz, rosnących w równym rządku wyznaczającym granicę działki rodziców. Miała na sobie swoje ukochane zielone spodnie robocze, które – musimy to przyznać – były już zbyt krótkie i mocno przetarte, oraz spraną koszulę zapinaną na guziki, w przyjemną czerwono-pomarańczową kratkę. Przy pasku, przy specjalnej szlufce, tkwił młotek, a w głębiach oliwkowozielonych kieszeni schowane było pudełeczko gwoździ, dwa cukierki ciągutki i książka o mitologii nordyckiej w papierowej okładce, zgięta w pół, aby się zmieściła. Słoik z monetami September trzymała w zagięciu łokcia. Zamierzała poczytać chwilę o jemiole i ośmionogich koniach, a następnie naprawić kawałek płotu, który zdmuchnęła niedawna burza. Płot ów oddzielał ziemię, na której stał dom jej rodziców, od znacznie większej działki pana alberta. Poprzedniego dnia tata wspomniał o płocie ze smutkiem w głosie, mówiącym, że nie ma sensu naprawiać ogrodzenia, skoro na całym świecie sprawy mają się tak źle i ciągle pada deszcz. Po naprawieniu płotu September planowała pożyczyć forda od pana alberta i pojechać do miasteczka, żeby zrobić zakupy według listy sporządzonej wspólnie z mamą. listy zakupów dali jej także państwo albertowie, państwo Powellowie i pani Whitestone, do których planowała podjechać w drodze do sklepu. September zdecydowała się także wydać trochę zarobionych pieniędzy na kompas i może kilka innych rzeczy przydatnych w Krainie Czarów. Z listami zakupów starannie złożonymi w kieszeni September spoglądała na widniejącą w oddali wstążkę kędzierzawych brzóz, których białe pnie odcinały się wyraźnie od tła nieba, niczym duże litery. Ich cień zdawał się zapraszać swoją czernią, głębią i chłodem. September czekał długi spacer, a ona nie umiała gwizdać melodyjek ani robić niczego podobnego, co umiliłoby jej czas. Wyjęła z kieszeni książkę, aby po drodze czytać, kątem oka kontrolując nierówności drogi. September potrafiła robić w czasie lektury dosłownie wszystko: chodzić, szczotkować konia, wyrywać chwasty z grządki z ziołami oraz myć filiżanki i sosjerki, na których już prawie nie widać było wzorków. Książka była napisana nieco drętwym językiem, ale nie miało to znaczenia, skoro opowiadała o walkiriach i kozach dających miód zamiast mleka. Pewna dama o imieniu Skadi wybierała sobie właśnie męża, spoglądając jedynie na nogi wszystkich bogów po kolei, kiedy na kartki książki padł głęboki cień. September musiała teraz przejść wzdłuż płotu, by odnaleźć zniszczony przez burzę fragment. Przy dziurze w ogrodzeniu leżał zerwany drut i przewrócone sztachety. September wyjęła z kieszeni jeden z cukierków i wsadziła go do ust.

Historia o boskich nogach, ciągutka i poranne słońce nie pozwoliły jej zauważyć dość potężnej osoby i jeszcze potężniejszego psa, spacerujących wzdłuż ogrodzenia, po drugiej jego stronie. Trzeba jednak podkreślić, że poruszali się bardzo cicho. Właściwie nie tyle szli, co sunęli cichutko, znikając i pojawiając się ponownie kilka kroków dalej. To, że September w końcu spostrzegła panią i psa, należało zawdzięczać temu, że spotkali się akurat przy wyrwie w ogrodzeniu. Kiedy bowiem September dostrzegła dziurę i podniosła wzrok znad historii o Skadi, spojrzała wprost w strzelające iskrami, lodowato niebieskie oczy olbrzymki i wysokiego, bardzo znudzonego charta.

September nie była w stanie stwierdzić, czy kobieta rzeczywiście była tak duża, czy też raczej takie wrażenie stwarzała zbroja, którą miała na sobie. Jakże jednak porażająca musiała być jej siła, skoro dźwigała na sobie tak olbrzymi ciężar! Metal okrywał w całości jej wysokie i jednocześnie potężne ciało. Zbroja wykonana była z ciężkiego niczym rusztowanie parowozu żelastwa, pozwijanego w węzły i poskręcanego mnóstwem śrub i lśniących nitów. Na środku puklerza, na wysokości serca, błyszczała i migotała wielka górnicza lampa, rzucająca bledziutkie, niebieskie iskry. Buty wykonane były z odpowiednio pozaginanych szyn kolejowych. Na barkach piętrzyły się olbrzymie płyty, zrobione z fragmentów grubych rur pozbijanych nitami. Dłonie, dwukrotnie większe od dłoni September, okrywały płytki z ciętego dymnego diamentu. Ich szlifowane krawędzie odbijały światło, przez co zmieniały co chwilę kolor z lodowatej czerni na oślepiająco biały i z powrotem. Nawet włosy kobiety były splątaną masą przewodów elektrycznych, związanych w wielki węzeł. Kilka pasemek powiewało na wietrze, strzelając iskierkami, które opadały ze skwierczeniem na ziemię. Kobieta trzymała w dłoni wielką, staroświecką latarnię, w której zamiast płomienia widać było dziwny kłąb czerni. W drugiej ręce dzierżyła wielki hak, skręcony z bardzo wielu kawałeczków różnych metali, przywodzący na myśl misternie rzeźbioną kość starożytnego wieloryba.

Chart, wielki niczym lew i o podobnie leniwej aparycji, patrzył na dziewczynkę oczami równie jaskrawoniebieskimi jak u jego pani. W przeciwieństwie do niej nie był jednak okryty żadną zbroją. Jego miękka sierść falowała swobodnie na wietrze. Była szaro-biała z czarnymi plamkami. Pies miał typowy dla swojej rasy żałośliwy i płochy wyraz pyska.

September stała i patrzyła. Kobieta o okablowanej głowie także spojrzała na nią, zupełnie bez obawy. Nic dziwnego, September była przy niej taka mała, a w dodatku nie strzelała iskrami niczym konfetti. Po chwili kobieta zniknęła. Powietrze w miejscu, gdzie przed chwilą stała, trzaskało i drgało jeszcze przez chwilę, a potem nastała cisza.

Chart siedział. Spojrzał powłóczyście na September i wydawał się obojętny na ludzką istotę. Jego mina mówiła: „Jestem taki zmęczony! o, czy to jest zapach ciągutek?”. Pies wstał, wygiął grzbiet w łuk, szybko przeciągnął się i podreptał dalej wzdłuż płotu. September pobiegła za nim – niepotrzebnie, ponieważ elektryzująca pani z trzaskiem pojawiła się ponownie kilka kroków dalej. Uniosła swój hak, którym zdawała się łapać coś niewidzialnego, unoszącego się w letnim powietrzu, szarpiąc i wykręcając go, jak gdyby zdobycz próbowała się wyrwać. Na jej czole pojawiły się krople potu.

– Dzień dobry! – odezwała się niepewnie September. Czy ta kobieta była z Krainy Czarów? Z pewnością wyglądała czarodziejsko i roztaczała wokół siebie czarodziejską aurę. Powietrze dookoła tej dziwnej postaci aż wrzało od gorąca i czuć było w nim zapach rozgrzanego metalu, ale także, co absurdalne, wszystkiego, co rośnie: grzybów, listków mlecza, żywicy sosnowej. Skąd ktoś taki mógł się wziąć? September nigdy nie widziała nikogo podobnego do niej. Z pewnością można było stwierdzić, że kobieta potrafiła pojawiać się i znikać, a to już mogły być czary.

Chart schwycił zębami koniec długiego haka. Warcząc, ciąg- nął i wraz ze swoją partnerką wyrwali coś niewidzialnego, co zdawało się tkwić gdzieś pod niebem. Pani otarła sobie pot z czoła zwyczajną kraciastą chusteczką. Wzór na niej bardzo przypominał ten na koszuli September.

– Dzień dobry, dziecko, choć na moim zegarku jest północ, a mój nastrój podpowiada mi, że ta noc naprawdę jest okropna – wsunęła swą wielką, okrytą diamentami dłoń pod płytę zbroi, skąd wyjęła kawałek czegoś w kolorze jasnoczerwonym, i rzuciła to coś psu. Chart podskoczył, aby to złapać, i schrupał radośnie. – Jeszcze dużo pracy przede mną i zbyt wiele lin do naprawienia. Taki już mój los. – Uśmiechnęła się, zmęczona. Jej błyszczące zęby miały kolor miedzi.

September nie miała pojęcia, co powiedzieć. a w takich sytuacjach zwykle z ust same wyskakiwały jej słowa, których nie chciała wcale mówić głośno.

– Nie jest pani Wiatrem – powiedziała wprost i od razu spiekła raka.

– To ci się udało – odpowiedziała ponuro kobieta i znów zniknęła. September zazgrzytała zębami z frustracji. Rozejrzała się i pobiegła wzdłuż ogrodzenia, aż znów zobaczyła elektryczną postać. Chart pisnął i także tam podbiegł.

– a kim pani jest? – zapytała September, znów trochę zbyt bezpośrednio. Nabrała w płuca powietrza i spróbowała ponownie: – Potrafię się grzecznie zachować, naprawdę. Tylko kiedy się dobrze zachowuję, maniery nie pozwalają mi powiedzieć tego, co chcę. I chciałam tylko zapytać, czy pani pochodzi z Krainy Czarów. Na pewno pani jest stamtąd!

Kobieta znów wymierzyła swój hak w niebo, lecz tym razem poruszyła nim tylko lekko i opuściła go z wyrazem zadowolenia na twarzy. Wydobyła kolejny kawałek czerwonej substancji, włożyła go sobie do ust jak bryłkę tytoniu i zaczęła powoli przeżuwać.

– „Pochodzi” to niewłaściwe określenie. Przedrostek „po-” tu nie pasuje. Przedrostki to szczwane bestie, nie ma z nimi żartów. Czy pochodzę z Krainy Czarów? Nie, nie można tak tego określić. „Po-” pasuje tu jak pięść do nosa. Czy ja  p r z e c h o d z ę   przez Krainę Czarów? Już lepiej, ale nadal pudło. Czy  w c h o d z ę  w Krainę Czarów? Czy  u c h o d z ę  przed Krainą Czarów? To nie to! Problem z przedrostkami polega na tym, że zachowują się jak pinezki. Chcą przypiąć się precyzyjnie w jedno miejsce, określić dokładną relację z tym czy owym. Przedrostki to strażnicy czasu i przestrzeni, a z czasem i przestrzenią, łagodnie mówiąc, wdałam się kiedyś w sprzeczkę, jeszcze w szkole. od tej pory nie jesteśmy już przyjaciółmi. Przedrostki chcą osadzić cię na miejscu, te małe przypinki. W moim zawodzie nie można sobie pozwolić na to, by coś się do ciebie przyczepiało. Dotyczy to także słów. Słowa są najgorsze. Wszystko opiera się właśnie na nich. Są ich całe stada, całe hordy atakujące twoją robotę jak roje mrówek. Jeśli się zatrzymasz, dopadną cię. Dlatego ja się nie zatrzymuję.

Roziskrzyła się na niebiesko i znów zniknęła. Chart spojrzał na September swymi przeszywającymi oczami.

– Ja myślę, że  z a c h o d z i m y  na Krainę Czarów – powiedział powoli. Jego głos był delikatny jak opadający pył. Trzeszczący od iskier głos kobiety zabrzmiał znów tuż-tuż, zanim September znów ujrzała blask niebieskiej lampy na jej sercu. Była dokładnie w tym samym miejscu, gdzie widziała ją wcześniej.

– Nie przemieściła się pani! – stwierdziła z zaskoczeniem.

– Ależ tak, przemieściłam się – odparła opancerzona kobieta. Przebyłam sto tysięcy mil. Załatałam linię na Podstacji Wrzeciennej. a teraz wymienię zawór tu, na Stacji Granatowej. Tylko że to wcale nie tutaj. Mnie tu nie ma. o tym właśnie mówiłam. Jestem po drugiej strony szczeliny. Tutaj linia jest po prostu tak przestarzała, że widzisz mnie chwilami, choć nie powinnaś – jej elektryzujące niebieskie oczy zwęziły się. Nachyliła się w stronę September, wskazując na nią swoim potężnym palcem. – a powinnaś być już w łóżku, młoda damo, i to bez kolacji. Szpiegowanie działania mechaniki heisenbergowskiej przez dziurkę od klucza! Co za czasy! – po chwili jednak roześmiała się. – Nie rób takiej miny. Ja sobie żartuję. Nie przeszkadza mi to, że mnie widzisz. Nam liniowym w ogóle niewiele przeszkadza.

– Czym zajmuje się liniowy? – zapytała September stłumionym głosem, czując ulgę, że ma możliwość zadania konkretnego pytania.

– Tym czym ja. Jestem Buma. Mój wierny towarzysz to Beatrycze. Jest Kondem. Na formalnych zaproszeniach na przyjęcia tytułują go „Kondensatorem”. Jest moim uziemieniem, trzyma linę, kiedy pracuję.

– Ale Beatrycze to imię żeńskie.

Buma wzruszyła ramionami.

– Jemu się podoba. To nie moja sprawa, jak mój Kond chce się nazywać. ale, ale, coś mi się widzi, że mnie specjalnie zagadujesz, czy mam rację? Mów wprost, o co ci chodzi – Buma zaklekotała swoją zbroją, która następnie zasyczała, gdy jej właścicielka sadowiła się na ziemi obok płotu. – No, dobrze, spróbuję ci to wytłumaczyć, choć nie mam ochoty. liniowy pracuje na linii. linii dzielącej od siebie światy. Kiedy nie chcesz, żeby krowy ci się rozbiegły i żeby pociąg nie przerobił ich na hamburgery, albo żeby nie połamały sobie nóg na korzeniach, stawiasz płot. Gdyby nie było linii, wszyscy przeskakiwaliby sobie między światami, jakby grali w klasy. Można by było w każdej chwili dać susa ponad kredową linią i jeszcze zaprosić wszystkich przyjaciół. Bałagan i nic więcej. W przeszłości widziałam takie przypadki.

– Ale i teraz ludzie przeskakują – nieśmiało zauważyła September.

–Och, pewnie, że tak! I to jak często! Dlatego ciągle mam pracę! linia zawiera wiele słabych punktów. Jest stara i podejrzewam, że ci, którzy ją zakładali, nie mieli czystych intencji. Ciągle trzeba ją konserwować. W czasie naszej rozmowy załatałam czternaście wystrzępień, wymieniłam przepalony transformator, zwinęłam dwadzieścia luźnych linek, zaszpachlowałam siedem rozbitych węzłów i zacerowałam dziurę wielkości stanu Montana – tu Buma żartobliwie przymrużyła oko. – Mam nadzieję, że jesteś na tyle bystra, żeby wiedzieć, że tych słów używam tylko po to, żeby pomóc ci zrozumieć, o co mi chodzi, ponieważ znasz tylko takie pojęcia jak „Montana”, „transformator” i „kondensator”. To tylko przenośnia.

– Oczywiście – odparła September, która wcale nie zrozumiała metafory.

– Nie pochodzę z Krainy Czarów. Nigdy tam nie byłam. ale widziałam ją przez witrynę sklepową, wiesz? Ja przechodzę pomiędzy światami i dbam o linię. Tutaj, dość dawno temu, była duża wyrwa. Mówię o moim „dawno”, nie o twoim. I mówiąc „tutaj”, nie mam na myśli waszej farmy czy stanu Nebraska. Po prostu tutaj, pi razy drzwi, razy Pluton, razy balon z helem. ludzie przenikają w obie strony jak wystrzeleni z rakiety. Wcale mi się to nie podoba, oj nie. W tych stronach linia zawsze była słaba. Wada strukturalna. a w zeszłym roku prawie całkiem się zerwała, jeśli się nie mylę. Strefy czasowe to moja zmora, przyznaję uczciwie. W zeszłym roku prawie straciłam swój odcinek i teraz muszę wszystko łatać.

– W zeszłym roku! Z zeszłym roku byłam w Krainie Czarów! I mój cień wysysał z niej magię! Minotaurzyca powiedziała mi, że jeśli mojemu cieniowi się uda, to granice znikną zupełnie.

– Minotaurów należy słuchać. osoby o czterech żołądkach mają bardzo dobry kontakt z rzeczywistością. linia była w strzępach. Doszło do tego, że można było potknąć się o mur i wylądować czort wie gdzie. a kiedy pojawia się taki chaos, pojawiają się bandyci. Są gorsi od myszy. Jeśli widzisz któregoś z nich na własne oczy, znaczy to, że już jest za późno. Beatrycze dobrze sobie radzi z odpędzaniem ich, ale cóż on jeden może zdziałać? Przeciekanie jest jednym z uniwersalnych praw fizyki. Pytanie tylko, co konkretnie przecieka i którędy.

Buma splunęła. Z jej ust wystrzeliła czerwona błyskawica. September patrzyła pod nogi.

– Czy ja jestem bandytką? Przekraczam linię. Zrobiłam to dwukrotnie. licząc powroty, to czterokrotnie.

Buma spojrzała na nią znacząco. September schowała ręce w kieszeniach. Podniosła jednak wzrok i spojrzała liniowej w oczy. Nie czuła się winna. Nie chciała udawać, że jest jej przykro. Pomyślała, że to z pewnością musi czynić z niej bandytkę.

Oczy Beatryczego rozbłysły jak żarówki. Chart zawył przeciągle, głucho, gwiżdżąco, zupełnie jak parowóz.

– Nadchodzą – warknęła Buma, wstając. Jej metalowa zbroja rozłożyła się na powrót jak układanka.

– Kto?

Preria nadal była cicha i zielona. Słychać było tylko porywy wiatru gnącego zboże w polu i ciemnozielone szczyty brzóz.

– Porwał cię Wiatr? Nienawidzę ich. To kryminaliści, zbiegowie i porywacze dusz. Durna, nadęta zgraja. Gdyby nie Wiatry, mogłabym już cieszyć się emeryturą w jakimś pięknym zakątku tuż poza czasem i przestrzenią. Beatrycze, wstawaj! Daj głos!

Chart usiadł na swoim wielkim zadzie i zaszczekał. Raz, drugi, trzeci. Jego głos nie przypominał już gwizdka parowozu, lecz straszliwy mosiężny dzwon. September zakryła uszy dłońmi. Było to dobre posunięcie, ponieważ pół sekundy później rozszalał się potężny wicher, stawiając zboże na sztorc i prawie je wyrywając. Powietrze wydawało się odrywać od ziemi, a następnie spadać na nią znów z impetem, gubiąc jednocześnie mnóstwo rozkrzyczanych, lamentujących i kwiczących stworzeń.

Maskonury.

Jeden po drugim, zwinięte w puszyste kule armatnie, trzepotały skrzydełkami, by spaść z powrotem na swoje puszyste brzuszki, odbijając się od siebie i tworząc załamującą się falę. Ich okrągłe dzioby lśniły jasnym pomarańczem i złotem. Niektóre były bardzo małe, nie większe od karty do gry, inne zaś duże jak psy myśliwskie. Gdy się zbliżały, ich czarne oczy mieniły się zielenią, czerwienią i fioletem, co nie przypominało September oczu żadnych zwykłych ptaków. Jeden po drugim unosiły się z powrotem, poruszając swymi błoniastymi łapkami, jak gdyby wspinały się na jakąś górę.

Ponad nimi unosiła się roztańczona dziewoja odziana na niebiesko, przeskakująca z gracją z grzbietu jednego ptaka na drugi i szczerząc zęby w uśmiechu. Miała na sobie jedwabne spodnie w kolorze indygo, tak szerokie, że można by je wziąć za spódnicę. Fałdy szeleszczącego materiału migotały bladoniebieskimi gwiazdkami. Ręce ozdobiła długimi, turkusowymi rękawiczkami, a na nogach pyszniły się wysokie, szafirowe buty, sznurowane z sopelkami zamiast haftek. Ciężki, srebrny pas przecinał w talii błękit długiego płaszcza, pięknie rozkloszowanego jak sukienka i przetykanego granatową nicią. Płaszcz ten był obszyty kożuszkiem zdartym z jakiejś zwariowanej, niemożliwie jagodowej owcy. Długie lazurowe włosy unosiły się w powietrzu. Wystawały spod kobaltowej czapki, też obszytej kożuszkiem. Na czapce widniał dziwny lodowy szpic jak na pikielhaubie. W dłoni trzymała niebieską fajkę, z której buchały wielkie kwadraty, trójkąty i romby chabrowego dymu, przez które przeskakiwały maskonury.

Wśród zawodzeń maskonurów dał się słyszeć sygnał klaksonu. Pośrodku stada podskakiwał, częściowo niesiony, częściowo ciągnięty przez ptaki, ford pana alberta.

– Ależ to mój samochód! – krzyknęła September. – To znaczy, to samochód pana alberta! – poprawiła się. Była oburzona, że ktoś inny niż ona zabiera go, nawet jeśli były to magiczne maskonury. – Co one z nim robią? Przecież rozwalą go w drobny mak!

– Złodzieje! – odparła z odrazą Buma. Dzierżyła swój hak bojowo, jakby był toporem. Beatrycze warczał. Brzmiało to jak obracanie się potężnych trybów gdzieś pod ziemią.

Kobieta w błękitach dostrzegła September i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Jej czarne oczy błyszczały. Zbliżała się do ogrodzenia. Powietrze wokół liniowej i jej Konda wirowało. Było tak rozgrzane, że parzyło nogi September. ona nie cofnęła się jednak.

– Dziewczynka na horyzoncie! – krzyknęła nieco po żeglarsku niebieska bandytka i zasalutowała.

September odpowiedziała tym samym gestem. Na jej twarzy błyskawicznie jak iskierka pojawił się uśmiech. Przecież ta dziewczyna musiała być Niebieskim Wiatrem, może nieco spóźnionym, ale w końcu przybyłym tu po nią. September od razu przebaczyła jej opieszałość. Serce waliło jej jak młot, pragnąc wyrwać się na swobodę.

– Wiatr na horyzoncie! – zawołała. Rozmowa o bandytach i ochronie linii przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. September roześmiała się i gwałtownie zamachała rękami. – Czy przybyłaś, by mnie porwać do Krainy Czarów? – zapytała, nie mogąc oprzeć się pokusie wymówienia tego właśnie zdania.

Niebieska przechyliła głowę i głośno huknęła. Maskonury odpowiedziały swoim szwargotem. September dostrzegła jeszcze, że każdy ptaszek odziany był w solidną, lśniącą zbroję podobną do tych, jakie widziała na ilustracjach w książkach o hiszpańskich odkrywcach nowych lądów. Zbroje wykonane były z lodu i okryte śniegiem. Czarne pióra sterczały wokół hełmów jak pióropusze.

– To nie było moim zamiarem – Niebieska wzruszyła ramionami. – Kraina Czarów to okropne miejsce. Po co miałabyś tam lecieć? – roześmiała się. echo śmiechu odbiło się od drzew, rozrywając się na pojedyncze głoski.

I wtedy zdarzyło się kilka rzeczy naraz.

 

o-pewnej-dziewczynce-ktora-wzleciala-nad-kraine-czarow-i-przeciela-ksiezyc-na-pol

 

Fragment książki: „O pewnej dziewczynce, która wzleciała nad Krainę Czarów i przecięła księżyc na pół”