• 30 marca 2016
  • komentarzy
  • 843 osób przeczytało
  • to!

Eskapada łódki i kruczy pościg

Była sobie dziewczynka o imieniu September, która miała pewną tajemnicę.

Tajemnice to delikatne sprawy. Mogą napełniać nas słodyczą, dzięki czemu czujemy się jak kot, który złapał wyjątkowo tłustego wróbla, nie obrywając przy tym zębem lub pazurem od innego kota. Ale mogą też w nas utknąć i powoli wkręcać się nam w kości, niczym wiertło w beton, i wrzeć w nich jak gorzka zupa. Wtedy to tajemnica ma nas, a nie odwrotnie. Możemy cieszyć się zatem, że September trafiła się tajemnica pierwszego rodzaju. Mogła nosić ją przy sobie jak parę ciepłych rękawiczek, które mogłaby wciągnąć, gdy zrobi jej się zimno, i ogrzać się wspomnieniem minionych dni.

Tajemnica September była następująca: September odwiedziła Krainę Czarów.

W ciągu wieków przydarzyło się to już wielu innym dzieciom na całym świecie. Napisano o tym wiele książek, wiele pokoleń dziewcząt i chłopców czytało je, robiło sobie drewniane miecze i wycinało z papieru centaury, czekając na swoją kolej. Ale dla September to oczekiwanie dobiegło końca zeszłej wiosny. Pokonała złą władczynię i wyzwoliła całą krainę od jej okrucieństwa. zyskała przyjaciół, którzy nie dość, że byli dowcipni, dzielni i mądrzy, to byli także wiwerną, wodnikiem i mówiącym lampionem.

Niestety, awanturnicze opowieści bardzo niewiele mówią o tym, jak zachować się po powrocie do domu. September przeszła głęboką przemianę, od dziewczynki, która rozpaczliwie pragnęła wierzyć w realność baśni, w kogoś, kto jest tej realności świadom. Taka zmiana nie przypomina, na przykład, zmiany fryzury. Raczej zmianę całej głowy!

Nie wpłynęło to dobrze na szkolne życie September.

O ile wcześniej September była po prostu i po cichu dziwna, na matematyce wpatrywała się w okno, a w czasie lekcji wiedzy obywatelskiej czytała pod ławką ilustrowane książki, o  tyle obecnie inne dzieci wyczuwały w niej coś dzikiego i obcego. Koleżanki z klasy nie potrafiłyby powiedzieć, co tak bardzo drażni je w September. Gdyby posadzić je w rządku na krzesłach i zapytać, co o niej sądzą, najprawdopodobniej stwierdziłyby jedynie, że September jest „inna”.

Nie zapraszały jej więc na urodziny, nie pytały, co robiła w czasie wakacji, tylko kradły jej książki i oczerniały przed nauczycielami. „September ściąga na matematyce”, szeptały poufnie. „September czyta stare, brzydkie książki na wuefie”, „September chodzi z chłopcami do kantorka przy pracowni chemicznej”. Wyśmiewały ją za plecami, aż trzęsły się im wstążeczki we włosach oraz sztywne falbanki przy spódniczkach sterczących niczym żywopłoty. Plotkowały, dzieliły się wrażeniami, a September stała zawsze na zewnątrz.

September miała do obrony jedynie swoją tajemnicę. Kiedy czuła się okropnie i samotnie, aż robiło jej się zimno, mogła sięgnąć po nią, niczym po rozżarzony węgielek, na który można podmuchać, by znów wydobyć jego blask i ciepło. A-do-L, jej Librowerna, który pocierał nosem o niebieski policzek Sobótki, by go rozbawić, zielony Wiatr depczący pole pszenicy swymi szmaragdowymi śniegowcami. Wszyscy czekają na jej powrót, który na pewno nastąpi już niedługo. Czuła się trochę jak jej ciocia Margaret, która po powrocie ze swoich wojaży nigdy nie była już taka sama. opowiadała o Paryżu, o jedwabnych spodniach, czerwonych akordeonach i buldogach, ale nikt nie rozumiał jej do końca. Słuchali przez grzeczność, aż ciocia popadała w zadumę i zatapiała wzrok w oknie, jakby miała za nim zobaczyć Sekwanę zamiast bezkresnych pól pszenicy i kukurydzy. September teraz dopiero mogła zrozumieć ciocię, więc postanowiła słuchać jej ze szczególną uwagą w trakcie następnej wizyty.

Wszystkie wieczory September wyglądały podobnie. Myła ten sam różowo-żółty zestaw do herbaty, zajmowała się tym samym małym i coraz bardziej zaniepokojonym pieskiem oraz słuchała dużego radia w obudowie z drewna orzechowego, wyczekując na wieści z frontu, o tacie. Radio w korytarzu wydawało się tak wielkie, że September miała wrażenie, iż są to ogromne drzwi, gotowe otworzyć się w każdej chwili i wpuścić do domu złe wieści. Gdy słońce co wieczór zachodziło nad prerią, wypatrywała skrawka zieleni na horyzoncie, mignięcia nakrapianej sierści w zbożu, znajomego śmiechu, mruczenia. Ale jesień wykładała kolejne złote karty dni i nikt się nie pojawiał. Mama w niedziele nie pracowała w fabryce samolotów, więc September pokochała ten dzień tygodnia. Siadywały sobie razem wygodnie przy kominku i czytały, podczas gdy piesek ciągnął je za sznurowadła. Albo mama wślizgiwała się pod wysłużonego forda A pana Alberta i tłukła narzędziami, aż September mogła przekręcić kluczyk w stacyjce i usłyszeć jak, silnik ponownie ożywa. Jeszcze niedawno mama czytywała jej książki o fejach, żołnierzach i pionierach, a teraz każda miała swoją lekturę – książkę albo gazetę – zupełnie jak mama i tata przed wojną. Niedziele były najfajniejsze. Dzień zdawał się nie mieć końca, a September rozkwitała w cieple szerokiego, szczerego uśmiechu swojej mamy. W niedziele nie cierpiała. Nie tęskniła za miejscem, w którym nie musiała tłumaczyć się z niczego przed dorosłymi. Nie marzyła o tym, by jej skromny posiłek złożony z mięsa z konserwy zmienił się w czarodziejską ucztę z cukierków, serduszek z piernika i fioletowych melonów pełnych wonnego jak wino deszczu.

W niedziele prawie nie myślała o Krainie Czarów. Czasami zastanawiała się, czy nie powiedzieć mamie o swoich przygodach. Czasami miała na to ogromną ochotę. Ale jakaś starsza i mądrzejsza część jej osoby radziła: „o niektórych rzeczach lepiej jest nie mówić”. obawiała się, że jeśli opowie o wszystkim głośno, wspomnienia znikną jak puch dmuchawca. Co by się stało, gdyby to wszystko nie było prawdą? Gdyby okazało się snem albo, co gorsza, objawem szaleństwa, jak w przypadku kuzyna jej ojca z Iowa City? Wszystkie takie możliwości były zbyt przerażające, więc wolała o nich nie myśleć.

Kiedy nachodziły ją te mroczne myśli, że być może jest głupiutką dziewczynką, która naczytała się książek, że może oszalała, September oglądała się za siebie… i przenikał ją dreszcz. Widziała tam bowiem dowód na to, że wszystko wydarzyło się naprawdę. Straciła swój cień, ponad falami odległej rzeki, nieopodal dalekiego miasta. Straciła coś bardzo realnego i nie mogła już tego odzyskać. Jeśli ktoś zauważy, że September nie rzuca cienia, będzie musiała powiedzieć. Ale dopóki jej tajemnica pozostawała tajemnicą, miała siłę, by znieść to wszystko – dziewczyny ze szkoły, długie zmiany mamy w fabryce, nieobecność ojca. Była w stanie znieść nawet podobne do odgłosu niegasnącego ognia trzaski w wielkim radioodbiorniku. Minął już prawie rok od chwili powrotu September z Krainy Czarów. Pobyt po drugiej stronie świata miał również pewne praktyczne skutki: spowodował, że dziewczynka zaczęła poznawać mitologię, starając się zorientować w kwestiach obyczajów fejów, dawnych bóstw, dynastii królewskich i innych czarodziejskich postaci. z lektur wyciągnęła wniosek, że rok nieobecności w Krainie Czarów stanowi jeden kompletny, wielki cykl słoneczny. z pewnością zielony Wiatr będzie znów podróżować po niebie i zabierze ją z powrotem do swego świata, śmiejąc się, podskakując i tworząc aliterowane sformułowania. A ponieważ Markiza została pokonana i z Krainy Czarów zostały zdjęte okowy, tym razem September nie będą czekały żadne ciężkie próby, żadne testy odwagi, lecz jedynie frajda, zabawa i desery jagodowe.

Ale zielony Wiatr nie nadchodził.

W miarę jak wiosna zbliżała się do kresu, September zaczęła martwić się na dobre. W Krainie Czarów czas płynie inaczej. A  co będzie, jeśli ona skończy osiemdziesiąt lat, zanim tam minie rok? A jeśli zielony Wiatr zastanie po powrocie staruszkę cierpiącą na gościec? oczywiście, September i tak z nim odleci, nie zawaha się ani przez chwilę, bez względu na to, czy będzie mieć osiemnaście czy osiemdziesiąt lat! Ale na starsze panie w Krainie Czarów czyhają różne niebezpieczeństwa – mogą złamać sobie kość biodrową w czasie jazdy na dzikim welocypedzie albo napadnie je obowiązek mówienia wszystkim naokoło, co mają robić, ponieważ to one mają zmarszczki. To ostatnie nie byłoby aż takie złe – być może September mogłaby zostać wspaniałą, starą, pomarszczoną wiedźmą i opanowałaby sztukę złośliwego chichotania. Ale musiałaby tak długo czekać! Nawet piesek o naburmuszonej mordce zaczął patrzeć na nią wyczekująco, jakby mówiąc: „Czy nie czas już na ciebie?”.

A może stało się najgorsze i zielony Wiatr o niej zapomniał? Albo znalazł inną dziewczynkę, równie zdolną do walki ze złem i mówienia mądrych rzeczy jak September? A co jeśli wszyscy obywatele Krainy Czarów po prostu powiedzieli „Dziękuję” i powrócili do swoich spraw, nie myśląc już nic więcej o swej małej ludzkiej przyjaciółce? A jeśli nikt po nią nie przyjdzie?

September skończyła trzynaście lat. Nie zawracała sobie nawet głowy zapraszaniem kogokolwiek na urodziny. Natomiast od mamy dostała plik kartek na żywność, związany aksamitną brązową wstążeczką. Mama gromadziła je przez wiele miesięcy. Masło, cukier, sól, mąka! A na dodatek w sklepie pani Bowman dała im paczuszkę kakao. September z mamą upiekły potem ciasto, a  podekscytowany piesek podskakiwał, by wylizać drewnianą łyżkę. Przysmak zawierał tak mało czekolady, że miał kolor kurzu, ale September smakował niesamowicie. Po skosztowaniu ciasta poszła z mamą na film o szpiegach. Mama kupiła jej torebkę popcornu, a także cukierki toffi. od tej obfitości aż zakręciło jej się w głowie!

Była to frajda prawie taka jak w niedzielę, zwłaszcza że September dostała jeszcze trzy książki opakowane w zielony papier, w tym jedną po francusku. Przysłał je tata aż z pewnej wioski we Francji, którą wyzwolił (w pewnością miał kogoś do pomocy, ale według September zrobił to własnymi rękami – być może używając złotego miecza i siedząc na grzbiecie dumnego, czarnego rumaka). Czasami September z trudem udawało się oddzielić w myślach wojowanie taty od własnego. Oczywiście nie potrafiła przeczytać książki, ale na okładce tata napisał: „Do zobaczenia niedługo, córeczko” i to sprawiło, że książka wydawała jej się najwspanialszą książką świata. Miała także ilustracje przedstawiające dziewczynkę w wieku September, siedzącą na księżycu i wyciągającą ręce, by złapać gwiazdy, albo stojącą na wysokiej księżycowej górze i rozmawiającą z dziwnym czerwonym kapeluszem z dwoma zawadiackimi piórkami, unoszącym się w  powietrzu. September kartkowała książkę uważnie po drodze do kina, starając się wymawiać obco brzmiące słowa i odgadnąć, o czym opowiada.

Kiedy dojadły z mamą urodzinowe ciasto w kolorze kurzu, mama wstawiła wodę na herbatę. Piesek zabrał się za niebywale smakowitą kość. September wzięła swoje nowe książki i wyszła w pole, by popatrzeć, jak zapada wieczór. i pomyśleć. Wychodząc i  zamykając za sobą drzwi do ogródka, słyszała trzaski i wiadomości płynące z radia. Pykanie i sykanie zakłóceń w eterze podążało za nią jak szary cień.

September położyła się na dywanie utkanym z zielonych zbóż. Spojrzała w górę, poprzez złoto-zielone źdźbła. Niebo świeciło głębokim błękitem i różem. Na tym wieczornym tle zapłonęła mała, żółta gwiazdka, niczym żarówka.

„To planeta Wenus”, pomyślała September. „Była boginią miłości. Przyjemnie jest wiedzieć, że miłość rozpoczyna wieczór i że rano gaśnie jako ostatnia. Miłość daje światło, przez całą noc. Ktokolwiek nazwał ją Wenus, zasłużył na piątkę”.

Możemy wybaczyć naszej bohaterce, że z  początku nie zwróciła uwagi na ten dźwięk. Po pierwsze, nie nasłuchiwała niczego dziwnego ani nie wypatrywała żadnych znaków. W końcu nie myślała teraz wcale o Krainie Czarów, tylko o dziewczynce rozmawiającej z czerwonym kapeluszem i o tym, co to może oznaczać, a także jakie to cudowne, że tata wyzwolił całą wioskę. Poza tym szelesty są dość częstymi odgłosami wśród pszenicy i traw. Słyszała je i widziała również, że lekki wietrzyk przewraca kartki jej urodzinowych książek. Nie zauważyła jednak łódki, dopóki ta nie przemknęła z  zawrotną prędkością ponad jej głową, sunąc po czubkach kłosów zboża niczym po falach.

September zerwała się na równe nogi i zobaczyła dwie postaci siedzące w małej, czarnej łódce, podskakującej lekko na falach pszenicy, niezwykle szybko poruszające wiosłami. Jedna z nich miała na głowie kapelusz z dużym rondem, śliski i ciemny, jak u rybaka. Druga wyciągnęła długą, srebrną rękę, dotykając puszystych kłosów. Jej ramię połyskiwało metalicznie. Była to szczupła damska ręka o żelaznych paznokciach. September nie widziała twarzy. Barki mężczyzny były szerokie, potężne i przysłaniały postać srebrnej damy. Widać było tylko jej ramię.
– Poczekajcie! – zawołała September, biegnąc za łódką najszybciej, jak potrafiła. umiała rozpoznać zjawiska rodem z Krainy Czarów, a  jedno z  nich właśnie uciekało przed nią w podskokach.
– Poczekajcie! Tu jestem!
– Lepiej uważaj na Alemana! – odpowiedział jej przez ramię mężczyzna w czarnej pelerynie. Jego twarz skrywał cień, ale głos brzmiał znajomo. Była w nim pewna niesforna chrypka, którą September prawie rozpoznawała. – Aleman już się zbliża w swoim powozie ze szmat i kości, i ma wszystkie imiona na swej liście. Srebrna dama zdawała się łapać wiatr swoją błyszczącą ręką.
– Przedzierałam się przez zasieki, zanim tobie wypadły mleczne zęby, staruszku. Nie próbuj robić na mnie wrażenia swoim slangiem, szermierką słowną i urokiem osobistym.
– Poczekajcie, proszę! – wołała za nimi September. W zasysających się boleśnie płucach zabrakło jej powietrza. – Nie nadążam!

Ale oni wiosłowali coraz szybciej ponad powierzchnią pola. zapadła już noc.

„Nigdy ich nie dogonię!”, myślała gorączkowo September ze ściśniętym sercem. Jak już wspominałam, dzieci są bez serca, ale nie dotyczy to już podrostków. Nastoletnie serca są surowe, świeże, szybkie, gwałtowne i nie znają swojej własnej mocy. Nie znają także rozumu i ograniczeń, a jeśli mam być szczera, to niektóre mocno dorosłe serca nigdy z tego nie wyrastają. Dlatego teraz możemy powiedzieć coś, co wcześniej byłoby nie do powiedzenia, a mianowicie że serce September ścisnęło się, ponieważ zaczęło w niej rosnąć, jak kwiat w ciemności. Możemy nawet poczuć dla niej nieco współczucia, ponieważ posiadanie serca prowadzi do wielu specyficznych cierpień u dorosłych.

September biegła zatem coraz szybciej, a jej surowe, niedojrzałe serce ściskała panika. Czekała tak długo, a teraz oni jej uciekali. Była zbyt mała, zbyt powolna. Jeśli przegapi swoją szansę, czy będzie mogła to znieść? Traciła powietrze i dysząc, poczuła łzy w kącikach oczu. W biegu sfrunęły jej jednak z policzków. Pędziła, depcząc zeszłoroczne kolby kukurydzy i pojedyncze niebieskie kwiatki.
– Tu jestem! – pisnęła. – To ja! Nie odpływajcie!

Srebrna pani zniknęła w oddali. September starała się z całych sił nie tracić jej z oczu, dogonić, biec szybciej, trochę szybciej. Schylmy się nad nią, depcząc jej po piętach, szepnijmy jej do ucha: „Nie poddawaj się, dasz radę, dogonisz ich, wyciągnij jeszcze trochę ręce!”.

September biegła jeszcze szybciej, pędziła przez trawy, nie widząc niskiego, porośniętego mchem murku, który przecinał pole, aż potknęła się i przewróciła. Wylądowała twarzą w trawie, tak białej, że wydawała się pokryta świeżym śniegiem, ale przyjemnie chłodnej i  niezmiernie słodko pachnącej, jak lemoniada.

Książka leżała, zapomniana, na nagle opustoszałej połaci trawy z  naszego świata. Poryw wiatru, leciutko pachnącego wszystkim, co zielone: miętą, rozmarynem i świeżym sianem, przewracał stronice coraz szybciej, jakby w pośpiechu próbując dojść do końca.

Mama September wyszła przed dom, szukając córki, z opuchniętymi od płaczu oczami. Ale na polu pszenicy nie było dziewczynki. Leżały tam jedynie trzy nowiutkie książki i trochę cukierków toffi w opakowaniu z woskowanego papieru. W ślad za łódką, która zniknęła już z zasięgu wzroku, odlatywała, kracząc, para kruków. W tle skwierczało i trzaskało radio.

 

O pewnej dziewczynce 2 (Harce) 500 px 72dpi RGB