• 11 maja 2017
  • komentarzy
  • 69 osób przeczytało
  • to!

Duchowy portret matki

„I was, wszystkie moje kochane i drogie dzieci, błagam i proszę: «Tak żyjcie, abyście zbawiły dusze swoje i rodziny waszej, to wtenczas będziecie mieć cel życia i nagrodę przy śmierci»” (19).

 

Listy Matki Anny Augustyn to niezwykła lektura. Czytając je, zapoznajemy się z jednej strony z dziejami zwyczajnej, typowej dla drugiej połowy dwudziestego wieku podkarpackiej rodziny, z drugiej strony zaś wchodzimy w wewnętrzny świat Autorki, w historię jej duszy. Listy ukazują bowiem jej głębokie autentyczne życie duchowe. Jest ono na tyle wyraźnie i jasno nakreślone, że na podstawie listów można namalować swoisty „duchowy portret Matki”.

I choć listy do dzieci pisane były pół wieku temu, w warunkach odmiennych od dzisiejszych, to zawarta w nich duchowość matki może stanowić inspirację dla współczesnych matek szukających Pana Boga i pełnienia Jego woli. Duchowość, odsłaniająca się w  listach, wyrastała z  codzienności życia i karmiła się codziennością. Cechą charakterystyczną listów Anny jest wzajemnie przenikanie się sacrum i profanum, intensywnego dążenia do świętości z codziennymi kłopotami, problemami i udrękami życia. Owo przeplatanie się sacrum i profanum jest najpiękniejszym rysem „duchowego portretu Matki”.

 

Zarys życiorysu

Anna Augustyn, z domu Bochenek, urodziła się 22 maja 1915 roku w małopolskiej wsi Ołpiny. Pochodziła z wielodzietnej rodziny małorolnych chłopów. Ukończyła siedem klas szkoły powszechnej, prowadzonej w jej rodzinnej wsi przez Zgromadzenie Sióstr Świętego Dominika, założone przez Marię Kolumbę Białecką. Mając osiemnaście lat, wyszła za mąż za Jana Augustyna, starszego od siebie o dziewięć lat, pochodzącego także z Ołpin. Nowożeńcy osiedlili się na przysiółku Sikorówka w swojej rodzinnej wsi, w nowo zbudowanym domu, wokół którego został założony sad i ogród. Tam przyszło na świat dziewięcioro ich dzieci.

Jan Augustyn w ciągu swojego życia imał się różnych prac, zajmował się między innymi drobnym handlem, kowalstwem, stolarką. Jednak zasadniczym źródłem utrzymania rodziny było gospodarstwo rolne. Dzieci zapamiętały go jako dobrego gospodarza, prawego, wymagającego, choć surowego i  zarazem wybuchowego człowieka. Na jego charakterze odcisnęły się niewątpliwie trudne przeżycia z czasów drugiej wojny światowej, kiedy otarł się o  śmierć. Ołpiny zostały mocno naznaczone okrucieństwem hitlerowców: wysiedleniem i wymordowaniem kilkuset Żydów oraz nieustannymi represjami i inwigilacją wsi w ciągu całego okresu nazistowskiej okupacji. Ofiarą donosu padła także rodzina Augustynów.

Syn Józef, relacjonując wspomnienia Matki oraz jej bliskiego krewnego, księdza Edwarda Bochenka, ołpińskiego rodaka, pisze: „Współpracujący z gestapo miejscowy chłop Stafin, przyszedł pewnego dnia w «odwiedziny» do naszego domu. Zatrzymał się przy kuźni, gdzie Ojciec pracował. Nagle dał się słyszeć odgłos żaren, którymi Matka ręcznie mełła zboże, co było surowo zakazane przez hitlerowców. Za dyskrecję donosiciel kazał sobie zapłacić większą ilością masła, którego Matka musiała szukać przez dwa dni po okolicznych wioskach. 

Druga sytuacja z okresu wojny miała tragiczny finał. Doniesiono na gestapo, że mój Ojciec wraz ze swoim młodszym bratem Józefem, który mieszkał jeszcze u swoich rodziców, handlują mięsem. W 1944 roku, pod koniec lutego, około godziny ósmej rano przyjechali Niemcy. Otoczyli dom dziadka, w którym przebywał mój Ojciec ze swoim bratem. Obaj zdążyli jednak wymknąć się z obławy. Podczas ucieczki, kilkadziesiąt metrów od domu, śmiertelnie został postrzelony brat Ojca, Józef. Ojcu udało się zbiec, w pobliżu był bowiem mały zagajnik oraz dom sąsiadów. Ojciec wpadł do sieni sąsiadów i przebiegł na drugą stronę domu. Zasłonięty na chwilę zabudowaniami sąsiada, uciekał dalej szczerymi polami. Niemcy zatrzymali przejeżdżającą furmankę, odpięli konia, ale ten nie pozwolił się dosiąść. Puścili się w pościg. Ojciec był szybszy. W tej ucieczce miał bardzo wiele szczęścia”.

Najstarszy syn, Franciszek, wspomina, że Ojciec „prawdopodobnie został ranny w nogę lub też sam się skaleczył, ponieważ na śniegu zostawiał małe ślady krwi. Niemcy koniecznie chcieli schwytać go żywego. Surowe ukaranie go miało być przestrogą dla całej okolicy. Niedługo potem gestapo aresztowało Matkę, która w tym okresie oczekiwała kolejnego dziecka. Okupanci osadzili ją w więzieniu w Jaśle. Usiłowali wymusić na niej zeznanie, gdzie ukrywa się Ojciec. Matka konsekwentnie odpowiadała, że nie wie, choć Ojciec nocą odwiedzał żonę i dzieci”. 

Anna Augustyn przebywała w więzieniu dwa tygodnie. Niemcy, nie mogąc uzyskać od niej jakiejkolwiek informacji o mężu, zwolnili ją, a nawet dali jej pieniądze na podróż. Był to – być może – swoisty akt litości, gdyż Anna była w piątej ciąży, a w domu pod opieką krewnej czekało na nią czworo małych dzieci. „Zwolnienie mamy z więzienia było swoistym drugim cudem – zauważa syn Józef. – Kiedy hitlerowcy aresztowali kogoś w takich okolicznościach, często wysyłali go do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Dom nasz był jednak do końca wojny pod szczególnym nadzorem. Niemcy co jakiś czas wpadali niespodziewanie z rewizją”. Dom odwiedzał donoszący na gestapo Stafin, który bijąc Annę dużym kawałkiem drewna, chciał ją zmusić do wydania miejsca pobytu męża.

Córka Józefa wspomina: „Matka wykazała w tym czasie wiele odwagi i heroizmu. Oczekiwała bowiem w tym czasie narodzin kolejnego dziecka. Tym dzieckiem byłam ja. Kilka miesięcy później urodziłam się szczęśliwie”. Jan Augustyn ukrywał się w tym czasie u zaprzyjaźnionej rodziny w sąsiedniej wsi.

Powojenne życie Anny naznaczone było narodzinami kolejnych dzieci, troskami materialnymi, ciężką pracą i  – z czasem – postępującą chorobą. Rodziny Augustynów nie oszczędzały wydarzenia losowe, chociażby pożar, który miał miejsce 9 września 1952 roku. Jak odnotowuje kronika straży pożarnej w Ołpinach, pożar trwał niemal sześć godzin, a ugaszenie go było niemożliwe z powodu braku wody. Spaliły się zabudowania gospodarcze wraz z całorocznymi plonami. Sam dom mieszkalny – jak wspominał syn Franciszek – ocalał od ognia tylko na skutek modlitwy: „Matka wyniosła obraz Serca Pana Jezusa i modliliśmy się. W miarę, jak wypalała się stodoła, ogień malał. Dom ocalał. Byliśmy przekonani, że sprawiła to Opatrzność Boża”. 

Najtragiczniejszym wydarzeniem była jednak śmierć syna Kazimierza 6 grudnia 1965 roku. Kazimierz uczył się w szkole zawodowej w Bieczu i zamieszkał w zabytkowej aptece, tak zwanym Domu z basztą, który w tamtym czasie był własnością rodziny Augustynów. Jan Augustyn nabył go w 1963 roku, zamierzając zamieszkać tam w przyszłości z całą rodziną. W pierwszą noc po przeprowadzce siedemnastoletni Kazimierz zatruł się gazem wydobywającym się z prymitywnej instalacji gazowej zamontowanej w Domu z basztą. Jego ciało znaleziono rano, blisko drzwi wejściowych. Śmierć Kazimierza stała się ciosem dla całej rodziny, a w sposób szczególny dotknęła Annę. Wywarła ona wielki wpływ na jej życie duchowe. Po tym tragicznym wydarzeniu rodzina porzuciła myśl o wyjeździe z Ołpin do pobliskiego Biecza i zamieszkania w Domu z basztą. Z czasem Jan Augustyn podjął decyzję o budowie nowego domu w Ołpinach, z czym Annie trudno było się zgodzić z powodu przepracowania, braku sił i choroby.

Do trudów życia, z jakimi mierzyła się Anna, dołączało się jej niełatwe porozumienie z mężem. Choć Jan był człowiekiem pracowitym, uczciwym i pobożnym, to dyskretne wzmianki w listach Anny świadczą o tym, że w codziennym pożyciu bywał trudny. Na wzajemne relacje Jana i Anny można jednak spojrzeć nie tylko jako na ich małżeński problem, ale także jako na odbicie epoki oraz jej uwarunkowań historycznych i społecznych, ze sztywnym podziałem ról w rodzinie i uprzywilejowanym miejscem męża i ojca. To mężczyzna był głową rodziny i to on miał wszelkie niemal przywileje. Kobieta, żona i matka, była mu zawsze poddana i zobowiązana do posłuszeństwa i uległości. W razie konfliktu małżeńskiego religia i społeczeństwo stawały raczej po stronie mężczyzny, nie kobiety.

Listy ukazują, że Anna z godnością znosiła trudności pożycia małżeńskiego. W listach do dzieci nie zajmowała się relacją z mężem, nie żaliła się i nie narzekała na niego, nie przenosiła też na dzieci swoich problemów. Mimo trudnych relacji z Janem doceniała jego rolę w życiu rodzinnym, a dzieci – jak wspominają one same – uczyła szacunku do ojca. Po jego śmierci pisze do córki Józefy: „Ja jako matka boję się bardzo tej odpowiedzialności za winy całej rodziny. Gdy jeszcze Tatuś żył, to ta odpowiedzialność spadała na nas razem” (38).

Niełatwy los nie przekreślał jej pogody ducha. Dzieci wspominają Annę jako osobę bardzo otwartą, szczerą i komunikatywną, z którą miały bardzo dobry kontakt. Wszystkie mówią też o jej głębokiej, ale i dyskretnej religijności. „Do dzisiaj widzę mamusię, widzę jej oczy, pogodną twarz, jej dobroć, uśmiech, życzliwość, skromność, jakąś czystość wewnętrzną. W tych ciężkich czasach, w jakich przypadło jej żyć, pamiętała o ludziach, którym było jeszcze ciężej” – relacjonuje syn Franciszek.

„Moją Matkę wspominam bardzo miło – pisze syn Stanisław. – Była osobą przystępną, dobrą i niezwykle wrażliwą. Nie troszczyła się o siebie, nie myślała o sobie. Często na jej ustach były słowa zaufania do Pana Boga. Widywałem ją niekiedy z różańcem w ręku. Była osobą bardzo wyrozumiałą, współczującą. Gdy widziała, że jestem zmęczony, mówiła ciepło: «Stasiu, idź sobie odpocznij i połóż się chwilę». Do ludzi była nastawiona bardzo życzliwie, ugodowo, pojednawczo, pokornie. Wobec Ojca była może nawet zbyt ugodowa. Nie lubiła jednak sprzeczek, kłótni. Miałem do niej wielkie zaufanie. Lubiłem się jej zwierzać. Opowiadałem jej o swoich trudnościach i kłopotach. Zawsze umiała wysłuchać, pocieszyć, dać dobrą radę. Lubiła czytać żywoty świętych. Była kobietą głębokiej duchowości i zawierzenia Bogu”.

W domu Augustynów panował klimat wiary. „Świadczyły o tym praktyki religijne rodziców – wspomina córka Stanisława – godzinki śpiewane rano, codzienna modlitwa, niedzielna Msza święta, nieszpory, uczęszczanie na nabożeństwa majowe, pielgrzymki do Kalwarii Zebrzydowskiej na Wielki Tydzień i na Matkę Boską Zielną, a także coroczne pielgrzymki do sanktuarium Matki Bożej w Tuchowie”. Praktyki religijne i cały klimat wiary wyraźnie przekładały się na troskę o ubogich, na co zwracają uwagę wszystkie dzieci.

Ubodzy, którzy przychodzili do domu, byli przyjmowani bardzo życzliwie. „Dziad – jak wówczas nazywano na wsi ludzi ubogich – wchodził do izby, klękał, odmawiał modlitwę, a następnie prosił o jakiś datek. Otrzymywał zwykle coś do zjedzenia, jakąś małą zapomogę i szedł dalej. Życzliwe przyjmowanie tych ludzi w  domu rodzinnym było rzeczą oczywistą” – wspomina syn Józef. Córka Stanisława w pisemnej relacji zauważa, że „mama dzieliła się z innymi, szczególnie z biednymi, wszystkim, co posiadała”. Józefa wspomina: „Mama była szczególnie wrażliwa na biednych i chorych. Odwiedzała ich zwłaszcza w niedziele, niosąc im radość i pociechę. Kiedy przyjeżdżałam na wakacje, to chodziłyśmy razem”. Podobnie ofiarnie jak Anna dzielił się z innymi jej mąż. On jednak nie wspierał pojedynczych osób, lecz hojnie łożył na instytucje i inicjatywy kościelne. 

Mimo że Anna Augustyn zajęta pracą domową i dziećmi niewiele miała czasu na czytanie i pisanie, synowie i córki podkreślają, że bardzo lubiła czytać. W domu Augustynów, jak wspomina syn Józef w książce Oni nas stworzyli, „były między innymi roczniki «Rycerza Niepokalanej», różne książeczki do nabożeństwa, jakieś pojedyncze książki religijne, a także cała duża szuflada różnych tekstów przepisywanych na maszynie, które regularnie przychodziły do Mamy pocztą z Krakowa od księży sercanów, z którymi Matka utrzymywała kontakt. Można tam było znaleźć między innymi listy Episkopatu przepisywane na cienkim papierze. Lektura Mamy miała zazwyczaj charakter religijny”. Anna Augustyn lubiła także pisać. Wypisywała z czytanych książek uderzające ją cytaty, układała modlitwy, pisała listy. Listy Matki to zasadniczy owoc jej „twórczości pisarskiej”.

W ostatnich latach życia Anna często chorowała. Zimą z powodu choroby nie opuszczała domu. Było to dla niej bardzo przykre ze względu na niemożność uczestnictwa we Mszy świętej i przyjmowania Komunii świętej. Zmarła 10 kwietnia 1980 roku w szpitalu w Tuchowie, niecałe dwa miesiące przed święceniami kapłańskimi syna Stanisława. Gdy szła do szpitala, przed swoją śmiercią, prosiła córkę Helenę, aby nie zawiadamiała o jej chorobie całej rodziny. Umierała cicho i spokojnie – tak jak żyła. Cztery lata wcześniej, 31 maja 1976 roku zmarł jej mąż, na dwa miesiące przed święceniami kapłańskimi syna Józefa. Małżonkowie Jan i Anna spoczywają na cmentarzu parafialnym w Ołpinach.