• 3 sierpnia 2015
  • komentarzy
  • 2065 osób przeczytało
  • to!

Kard. Stefan Wyszyński – codzienność

Marek Zając: Przez siedem lat był Ksiądz Prałat kapelanem kard. Stefana Wyszyńskiego, aż do jego śmierci w maju 1981 roku. Jaki był Prymas w sytuacjach zwykłych, codziennych

ks. Bronisław Piasecki: Postawę Prymasa cechował – powiedziałbym – pewien arystokratyzm. Wysoki, przystojny, zawsze wyprostowany mimo blisko osiemdziesięciu lat. Staranny w sposobie chodzenia, siedzenia na fotelu czy przy stole. Dyscyplina ruchów i gestów. Nie widziałem Go, by podbiegał. Pewien ascetyzm  i powściągliwość w sposobie bycia i jedzenia. A jednocześnie był naturalny, bezpośredni, ciepły, wręcz żartobliwy. Tę kulturę wyniósł z rodzinnego domu. To matka uczyła małego Stefana właściwej postawy, zachowania i odnoszenia się do ludzi.

Odznaczał się też kulturą słowa, precyzją i starannością w wyrażaniu myśli i formułowaniu zdań. Uważnie słuchał, nie mówił w pośpiechu. Nie podnosił głosu. Nie urywał zdań. Nie przerywał i nie polemizował z rozmówcą. Po prostu przyjmował jego stanowisko do wiadomości. Kiedyś na zjeździe księży w Niepokalanowie toczyła się ożywiona dyskusja na ważny temat. Prymas milczał. Zdziwiony zapytałem, dlaczego nie zajął stanowiska. Wyjaśnił: – Moja opinia ma swoją wagę, a nie chcę nikomu z góry narzucać rozstrzygnięcia. Niech inni drążą temat, ja wypowiem się na końcu.

Jak wyglądał typowy dzień Prymasa?
Wstawał o 5.00 – z jego zapisków wynika, że nawet w więzieniu nie zmienił planu dnia. Zaczynał od modlitwy.  Kiedyś zanotował: „Odwiedzam sanktuaria maryjne”. Ta duchowa wędrówka prowadziła Prymasa do kolejnych wizerunków Maryi z przypisanymi im przez tradycję różnymi charyzmatami: Matka Boża Miłosierdzia z Ostrej Bramy, Łaskawa – patronka Warszawy, Tęskniąca ze Starego Powsina, Trzykroć Przedziwna z Otwocka, Kalwaryjska… Potem szedł do pracowni, by zająć się dokumentami przygotowanymi przez kierownika sekretariatu, księdza prałata Hieronima Goździewicza. Dokumenty były do wglądu, do decyzji albo do podpisu. Na dużym stole, przy którym Prymas pracował, leżały teczki wszystkich pracowników sekretariatu. Kardynał przeglądał pisma i według kompetencji wkładał do poszczególnych teczek dokumenty z osobistą adnotacją w lewym rogu na pierwszej stronie, jak daną kwestię załatwić. Był bardzo dobrze zorganizowany i zawsze efektywnie wykorzystywał czas.

Potem szedł do kaplicy i następowała dłuższa chwila przygotowania do Mszy świętej. Zatrzymywał się przy swoim klęczniku, klęczał lub siedział w fotelu pogrążony w zamyśleniu i modlitwie. Odmawiał brewiarz albo czytał duchową lekturę. Nigdy nie szedł do zakrystii, by z marszu ubierać się do Mszy świętej. Liturgię odprawiał w głębokim skupieniu, starannie wypowiadał słowa i wykonywał gesty. Kiedy zastanawiam się, co najcenniejszego przejąłem od Prymasa – to styl bez wątpienia sprawowania Mszy świętej.

Zawsze starał się, żeby w liturgii uczestniczyli wierni.

Dlaczego?
Bo Eucharystia to serce wspólnoty Kościoła. Bolesnym dla Prymasa wspomnieniem były doświadczenia więzienne, kiedy musiał odprawiać Msze święte. w samotności, pod ścianą w pokoju, bez udziału wiernych.

Podczas Mszy świętych w domu na ogół służyłem kardynałowi, ale czasem też On służył mnie. Mam zdjęcia, jak umywa mi ręce, podaje ręczniczek. Kiedyś w zakrystii pomagałem Prymasowi zdjąć szaty liturgiczne, a  on energicznie się odwrócił i ucałował moją dłoń. Byłem zaskoczony, zdziwiony, nawet zażenowany. Ale Prymas tylko się uśmiechnął i bez słowa poszedł do klęcznika w kaplicy. Następnego dnia powtórzył gest, ale tym razem zacząłem się bronić. Powiedział: – Kiedyś car zaprosił na bankiet archireja. Gdy goście byli już na salonach, wszedł imperator i począł ich witać. Podszedł do duchownego i pocałował w rękę. Archirej zaczął się bronić, ale car spojrzał nań i rzekł: „Durak! Ja nie ciebie całuję, ja archireja całuję!”.

Po Mszy świętej niektórych gości zapraszał na śniadanie, przy stole toczyła się swobodna rozmowa. Po śniadaniu, o ile nie wyjeżdżał z domu np. na wizytacje czy spotkania, odbywały się audiencje. Ich rozkład był starannie opracowany. Przez szacunek dla rozmówcy Prymas chciał być odpowiednio przygotowany do spotkania. Nie lubił być zaskakiwany, wyjątek stanowiły sprawy naprawdę pilne.

W jakiej atmosferze przebiegały audiencje?
Prymas nie był wylewny ani spontaniczny, ale każdego traktował z wielką atencją. Z pierwszego spotkania wielu wychodziło z poczuciem, że Prymas trzymał ich na dystans. Może działo się tak dlatego, że chciał na początku rozpoznać człowieka i sytuację? Ale szacunek miał zawsze dla każdego. Mnie, wprowadzając w zakres moich obowiązków jako kapelana, powiedział: – Ty będziesz w moim imieniu przyjmował ludzi na progu domu. Każdy wchodzący ma być uszanowany i wysłuchany. Rozstrzygnięcia będą różne, bo nie wszystko da się załatwić i nie wszystkich da się zadowolić. Ale uszanować trzeba każdego.

Trzeba przy tym pamiętać, że zakres kompetencji Prymasa był bardzo szeroki. Przede wszystkim jako ordynariusz zarządzał dwiema archidiecezjami: gnieźnieńską, czyli prymasowską, oraz warszawską. Zwłaszcza ta druga była rozległa; ciągnęła się od Krośniewic do Kałuszyna. To ponad 200 km. Diecezja gnieźnieńska była mniejsza, za to daleko położona. Przy ówczesnych drogach i samochodach podróż z Warszawy do Gniezna zajmowała cały dzień. Ponadto Prymas był ordynariuszem Ziem Zachodnich i Północnych. Opole, Wrocław, Gorzów, Szczecin, Koszalin, Olsztyn…

Po wojnie przesunięcie granic Polski spowodowało wielką migrację ludności ze wschodnich ziem na Zachód. Często jechały całe parafie razem z księżmi i osiedlały się w nowych miejscowościach. Ale często w diecezjach brakowało duszpasterzy do opieki nad przesiedleńcami. Dlatego Prymas zwrócił się o pomoc do zakonów, które żywo zareagowały na jego apel. Do dziś wiele parafii w okolicach Szczecina czy Koszalina prowadzą różne zakony i zgromadzenia.

Zresztą księży diecezjalnych brakowało także w Warszawie. Dlatego Prymas prosił zgromadzenia zakonne, m.in. jezuitów z domu przy ul. Rakowieckiej, żeby zorganizowali parafię. Ale zakonnicy odpowiedzieli, że nie są do duszpasterstwa parafialnego. Po części słusznie, bo nie taki jest charyzmat synów św. Ignacego Loyoli, ale kard. Wyszyński nalegał. Sprawa oparła się o Stolicę Apostolską i do dziś przy Rakowieckiej mamy wspaniałą parafię i dobrze zorganizowane duszpasterstwo akademickie.

Kard. Wyszyński przewodniczył też obradom Konferencji Episkopatu Polski.
Tak, spotkania te odbywały się regularnie, chociaż formalnie konferencje episkopatu jako instytucja powstały dopiero po Soborze Watykańskim II. Prymas do końca życia był przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski.

Ale na tym nie koniec. Ponieważ komunistyczne władze nie pochodziły z wyboru i nie miały umocowania społecznego, kardynał był przedstawicielem narodu polskiego w kontaktach zewnętrznych. Utarła się praktyka, że ambasadorowie państw zachodnich – rozpoczynając i kończąc swą misję w Polsce – składali Prymasowi kurtuazyjną wizytę. Rządzących to irytowało, ale byli bezradni.

Prymas opiekował się też Polonią. W PRL było jedno biuro turystyczne: Orbis. Stałym punktem programu zwiedzania Warszawy przez Polonusów było spotkanie z Prymasem. Chociaż tych grup było sporo i liczyły po kilkadziesiąt osób, kard. Wyszyński chętnie wszystkich podejmował. Co ciekawe, podczas tych spotkań był zawsze lojalny wobec polskich władz.  Nigdy nie narzekał ani nie krytykował. Mówił: – Jak widzicie, żyjemy w Polsce skromnie. Jesteśmy na dorobku. Odbudowa to wielki wysiłek całego narodu i państwa. Sami mogliście zobaczyć, ile jeszcze zniszczeń jest w Warszawie. Potrzebujemy kilkudziesięciu lat, żeby dojść do stanu sprzed wojny. Na to potrzeba ogromnych środków. My jeszcze nie zaczęliśmy budować Polski, my ją na razie odbudowujemy. Uszanujcie to.

Przypominał Polakom mieszkającym poza Polską, że tutaj są ich korzenie, o które – chociaż przebywają za granicą – powinni się troszczyć.

Był odpowiedzialny za duszpasterstwo Polonii nie tylko na Zachodzie, ale też na Wschodzie. Wielu pracujących tam kapłanów uważało Prymasa za swego kanonicznego zwierzchnika. Składali sprawozdania z prośbą o przekazanie ich do Rzymu, prosili też o radę i wytyczne. Niektórzy księża na Wschodzie mieli uprawnienia, żeby w tajemnicy indywidualnie przygotowywać kandydatów do święceń kapłańskich. Działo się to za wiedzą i zgodą kard. Wyszyńskiego. Podobnie duchowni ze Słowacji z tzw. Kościoła podziemnego przyjeżdżali do Warszawy, a Prymas w tajemnicy udzielał Słowakom święceń diakonatu i kapłańskich. Tym samym kard. Wyszyński umacniał wiarygodność podziemnego Kościoła w tych krajach wobec Stolicy Apostolskiej. Prymas potajemnie konsekrował też bp. Jana Cieńskiego ze Złoczowa na Ukrainie.

Zdarzyło się, że w 1966 roku na polecenie Prymasa pojechałem do Lwowa, żeby spotkać się i przekazać ważne informacje prof. Mosingowi, wykładowcy biologii na tamtejszym uniwersytecie, który jednocześnie był zakonspirowanym kapłanem. W soboty i niedziele jeździł aż do Karagandy w Kazachstanie i tam odprawiał Msze święte, chrzcił, spowiadał… Takich katakumbowych kapłanów było wielu.

Do tego dodać trzeba jeszcze regularne wyjazdy Prymasa do Rzymu, które wymagały dłuższego przygotowania. Trzeba było opracować np. dossier o kandydatach do nominacji biskupich czy różnych bieżących sprawach zakonnych. Tak szeroki zakres różnorodnych kompetencji wymagał żelaznej dyscypliny organizacyjnej. Widać to było w jego pracowni, która zajmowała największy pokój na piętrze domu przy Miodowej. Na środku stał wielki, kilkumetrowy stół, przy nim krzesło. To znamienne: Prymas nie chciał fotela, wolał zwykłe, twarde krzesło. Na nim leżał koc. Ten sam przez trzydzieści lat, starannie prany i konserwowany przez siostry. Był osobny stół na dokumenty związane z archidiecezją gnieźnieńską, osobny na warszawską, i jeszcze jeden na dokumentację Konferencji Episkopatu. Warto dodać, że wszystkie meble zostały po kard. Hlondzie. Prymas zakazał kupowania nowych. W swoim mieszkaniu nie miał telewizora ani radia. Natomiast czytał dużo książek. Jedna leżała przy fotelu, druga przy łóżku, jeszcze inna w pracowni. Z prasy sięgał po tygodniki „Polityka” i „Argumenty”. Żartował, że w tym ostatnim najwięcej piszą o Kościele. Czytał też prasę zagraniczną.

Do dziś można też zobaczyć prymasowski tzw. czarny gabinet – nazywany tak od koloru stojących w nim mebli. Tam, na pierwszym piętrze, przyjmował biskupów i kapłanów, nielicznych świeckich. Natomiast grupy i różnych interesantów przyjmował na parterze w salonie, dużym lub małym.

Małym, z którego wychodzi się do ogrodu?
Nazywany był salonem papieskim ze względu na wiszące tam portrety papieży. Tam też Prymas przyjmował gości. Raz rozegrała się w nim następująca scena: przyszedł pewien ksiądz, poprosił o rozmowę i usiadł właśnie w tym małym saloniku. Milcząc, napisał kilka słów na kartce i wręczył Prymasowi. A kardynał głośno odczytał: – Ksiądz Iksiński napisał mi: „Będę pisał na kartce, bo w tym domu są podsłuchy”. Podejrzewaliśmy to, ale nie byliśmy pewni. Teraz jesteśmy.

Ksiądz zbladł: – Co oni teraz ze mną zrobią?

A Prymas na to: – Najwyżej głowę ci utną. Wielka szkoda?

Ksiądz otrzeźwiał. Zaczął się śmiać.

Wróćmy do rozkładu dnia Prymasa.
Przy obiedzie, jak zresztą przy innych posiłkach, obowiązywała zasada, że nie rozmawiamy o sprawach służbowych. Przy stole panowała swobodna atmosfera, nawet żartobliwa. Prymas chciał się na moment oderwać od przedpołudniowych rozmów i tematów. Poza tym nie prowadził życia towarzyskiego. Ani sam do nikogo nie wpadał na herbatkę, ani nikogo nie zapraszał. Nie było żadnych przyjęć. Nawet przy okazji takich wydarzeń jak pięćdziesięciolecie jego kapłaństwa siostry zaserwowały gościom zwykły obiad, tylko z przystawką i deserem. Pod tym względem Prymas był bardzo ascetyczny, higieniczny. Pilnował skromności posiłku, jadł niewiele. Kiedy wyjeżdżał do różnych parafii i diecezji, oczywiście każdy gospodarz chciał jak najgodniej podjąć dostojnego Gościa, ale kardynał zachowywał do tych wszystkich obfitości wyraźny dystans. Zresztą już wtedy, gdy był biskupem w Lublinie i wizytował parafie, gospodynie starały się dowiedzieć, jakim daniem mogłyby sprawić mu szczególną przyjemność. Prymas raz nieopatrznie powiedział, że lubi placki ziemniaczane. Odtąd niemal za każdym razem biskupa podejmowano… plackami. Nie wiadomo, czym by się to skończyło – na szczęście został przeniesiony na stolicę prymasowską do Gniezna i Warszawy…

W ostatnich latach życia wręcz mało co jadł. I to wcale nie wynikało z kłopotów zdrowotnych czy zaleceń lekarzy. To właśnie była asceza, uzewnętrzniona duchowość. Natomiast bardzo chętnie wszystko, co było na stole, dzielił między domowników i gości, np. kroił torty, które zwłaszcza w Wielkopolsce podawano często i to… na początku obiadu.

Alkohol?
Prymas nie pił alkoholu. Raz podczas wspomnianego już obiadu na pięćdziesięciolecie kapłaństwa widziałem kilka kropel wina w jego kieliszku. To wszystko. Zdarzyło się też, że podczas pobytu w Watykanie został zaproszony przez Pawła VI na obiad. Przy stole Prymas podziękował za wino, co wzbudziło zdziwienie gospodarza. Cóż, odmówić wina – to dla Włochów niezrozumiałe. Sam papież szybko się odnalazł i zaproponował: – Forse un po di vodka, ne abbiamo? To znaczy: Może troszeczkę wódki, bo też mamy?

Ascetyczna postawa dotyczyła też ubioru. Po domu chodził zawsze w czarnej sutannie z pektorałem, czyli biskupim krzyżem na piersi. Żartował, że chodzi wtedy „na cywila”. Całe lata posługi jako biskup i Prymas przechodził w palcie z czasów wojny, które we Włocławku otrzymał od biskupa Michała Kozala – późniejszego męczennika Dachau i błogosławionego. Nosił to palto także w czasach swego uwięzienia. Tak, jak pamiętam, nie miał żadnego garnituru. Na wakacjach chodził w czarnych spodniach, koszuli, w szarym sweterku, a także w starym, jasnym płaszczu z popeliny i furażarce. Widać ją na słynnych zdjęciach przy kaplicy na Bachledówce. Tę samą furażarkę nosił na swoich ostatnich wakacjach w Augustowie. Nie przywiązywał wagi do ubioru, ale dbał o jego czystość i schludność.

Prymas jeździł samochodami zagranicznymi – skromnymi, chociaż dość dobrymi jak na polskie warunki. Ale przecież auto było jego biurem. Spędzał w nim długie godziny, pracował, czytał, robił notatki. Przemieszczał się po całym kraju, a po podróży od razu stawał do pracy. Prymas nie kupował samochodów. To były dary Polonii. Raz otrzymał Citroena, ale auto miało zbyt ściętą sylwetką – i postawny, noszący kapelusz Prymas musiałby siedzieć pochylony. Innym razem z Stanów Zjednoczonych przysłano Chryslera, ale Kardynał oddał samochód do Sekretariatu Episkopatu dla gości zagranicznych. Powiedział: – Tak luksusowym autem wstydziłbym się pojechać na naszą wieś.

Moim zadaniem było dopilnować, aby na uroczystości czy wyjazdy zabrać mitrę, pastorał oraz inne szaty i  paramenty liturgiczne. Raz zdarzyło się, że pojechaliśmy na konsekrację nowego kościoła w Klarysewie pod Warszawą i zapomniałem wziąć księgę pontyfikału. Cóż, byłem dopiero początkującym kapelanem, ale na szczęście prymasowski ceremoniarz, ksiądz prałat Jerzy Zalewski miał pontyfikał kieszonkowy. Z tego miniaturowego wydania Prymas z trudem czytał, ale poświęcenie świątyni dokonało się w sposób ważny. Nawet mnie nie skarcił…

Ta sytuacja przypomniała mi jeszcze inne zdarzenie. Przez wszystkie lata spędzone u boku Prymas raz jeden spóźniłem się na poranną Mszę świętą. w kaplicy domowej. Dyskretnie stanąłem przy ołtarzu. Po śniadaniu Prymas zwrócił się do mnie: – Bronku, zajrzyj do swojej teczki w pracowni.

W teczce leżał piękny, szwajcarski budzik w czerwonym futerale.
Zresztą do szat prymasowskich kardynał też miał człowieczy stosunek. Kiedyś jechaliśmy w windzie tuż przed ważną uroczystością w katedrze warszawskiej. Miałem popularną w tamtych czasach komżę non-iron, którą włożyłem do kieszeni sutanny. Taką komżę można było wyciągnąć np. z torby i od razu założyć. Prymas pyta: – Gdzie masz komżę?

Wyjąłem z kieszeni. Spojrzał na mnie, potem wziął w ręce brzegi swojej purpurowej sutanny, uśmiechnął się i powiedział: – Widzisz, a Tatuś musi…

Wracając do programu dnia, po obiedzie Prymas szedł na spacer do ogrodu. Pilnował, żeby chodzić przynajmniej pół godziny. Bez względu na pogodę. Nawet w deszcz nie brał parasola, bo powtarzał, że oficer nigdy z parasola nie korzysta. Znał wszystkie drzewa, krzewy i kwiaty. W ogrodzie przyjaźnił się z wiewiórką, która zawsze czekała na niego. Następnie miał jeszcze chwilę na odpoczynek, jakąś lekturę. Od 16.00 znowu ruszała seria audiencji, spotkań i rozmów.

Kolację jedliśmy z reguły o 19.00. Wieczorem Prymas zajmował się dokumentami, przygotowywał listy pasterskie, korespondencję i inne teksty. Po 22.00 szedł spać. Dzień zawsze kończył modlitwą.

Kto zaliczał się do wąskiego grona domowników?
Za moich czasów w sekretariacie Prymasa pracował ks. prałat Hieronim Goździewicz (odziedziczony po kard. Hlondzie), jego bezpośrednim współpracownikiem był ks. prałat Stanisław Kotowski. Za sprawy prawne odpowiadał ks. prałat Józef Glemp, późniejszy następca Prymasa Polski. Ja odpowiadałem za kontakty osobowe. Administratorem domu i ekonomem był ks. prałat Franciszek Borowiec. W sekretariacie pracowały też cztery panie z Instytutu Prymasowskiego: Maria Okońska i Anna Rastawicka, odpowiedzialne za opracowywanie przemówień Prymasa, oraz Krystyna Szajer, osobista maszynistka, a także archiwistka Barbara Dembińska. Tworzyliśmy grupę, z którą kardynał siadał do stołu. Ponadto w sekretariacie był specjalny dział spraw zakonnych, który prowadził o. Bronisław Wilk, kapucyn. Po nim kierownictwo przejął jego współbrat, o. Gabriel Bartoszewski. Wspomagał ich ks. Leon Szała, salezjanin, a także br. Walenty ze Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego.

Dom prowadziły siostry elżbietanki. Osobistymi sprawami Prymasa zajmowała się starsza już siostra Maksencja, naprawdę urocza osoba. Kiedy Prymas wyjeżdżał, zawsze pakowała jego walizkę – skarpetki, koszule, rzeczy na zmianę itd. Kardynał dowcipnie kontrolował całą procedurę, pytając mego poprzednika na stanowisku kapelana, ks. prałata Władysława Padacza: – Władziu, a szczotkę do zębów zabrałeś?

Kiedyś Prymas opowiadał, jak podczas uroczystości w Ludźmierzu na Podhalu lunął deszcz i wszyscy przemokli do suchej nitki. Po liturgii wrócili na plebanię, kard. Karol Wojtyła stoi zmoknięty, na co Prymas mówi: – To zapraszam do mnie, ja mam tu w walizce pewne rezerwy.

Prymas starał się nie absorbować sobą. Pewnego razu przyszedł do kurii, chciał rozmawiać z jednym kapłanem, referentem działu. Zapukał do jego biura. Zza drzwi dochodziła ożywiona rozmowa towarzyska. Pewnie nie usłyszano pukania. Prymas postanowił nie przeszkadzać i odszedł.

Nawet wtedy, gdy prowadził wizytacje, robił wszystko, by nie skupiać na sobie uwagi. Chciał być traktowany jak zwykły gość. Ale jednocześnie nie chciał, aby ci autentycznie starający się ludzie poczuli się np. jego odmową dotknięci, upokorzeni. Raz podczas wizytacji w parafii Strachówka koło Radzymina, gdzie proboszczem był wspaniały młody kapłan, ks. Mieczysław Iwanicki, Prymas chciał zostać na nocleg. Gospodyni tak się przejęła, że przygotowała pierzynę i trzy poduszki. Tylko się uśmiechnął. Kiedy kobieta wyszła, zasnął pod samym kocem – nie zapomnę, jak z zapałem zdejmował te piernaty…

Prymas miał poczucie humoru?
Kiedyś powiedział do mnie: – Bronku, poproś w kurii o parafię gdzieś blisko lasu. Ty będziesz proboszczem, a ja będę ci pomagał…

Ale tu znowu odpowiedzi trzeba szukać w głębszych pokładach jego osobowości. Cechą dominującą osoby Prymasa był pokój wewnętrzny i równowaga emocjonalna. W języku laickim powiedzielibyśmy, że był osobowością zintegrowaną. Patrząc z kolei z perspektywy wiary, należałoby powiedzieć, że pełen był Bożego ładu. Zresztą to słowo – ład – było Stefanowi Wyszyńskiemu bardzo bliskie. Posługiwał się nim często, chociaż dziś pojawia się bardzo rzadko.

Bo trąci archaizmem?
Może tak, lecz pojęcie to ma głębokie znaczenie. Tu nie chodzi o zwykły porządek, ale o pewną harmonię. Stan, gdy wszystko jest na właściwym, przeznaczonym sobie miejscu. Ten wewnętrzny ład bierze się z bezwarunkowego zaufania Bogu, stąd pochodzi też prawdziwa wolność. Bo człowiek autentycznie wolny nie czuje się ograniczony ani skrępowany żadnymi względami ludzkimi. Nie lęka się i nie dba o to, jak wypadnie. Nie zastanawia się, co o nim powiedzą.

Wspominałem już, że w domu na Miodowej, a także w Choszczówce, zainstalowano podsłuchy – w telefonach i w ścianach. Zresztą także wśród rozmówców Prymasa zdarzali się tajni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa. Za ogrodem, przy ulicy Schillera w jednym z mieszkań była zainstalowana aparatura podsłuchowa i obserwacyjna. Prymas był nieustannie śledzony. Przy wielu wyjazdach Kardynałowi nieodłącznie towarzyszył drugi samochód – z reguły Wołga, a potem Fiat 125. Kiedy biskup Bronisław Dąbrowski pytał ministra spraw wewnętrznych, dlaczego tak się dzieje – padła odpowiedź: „My tylko pilnujemy. Jakby – nie daj Boże – coś by się stało Prymasowi, świat miałby do nas pretensje, że nie upilnowaliśmy”. Jak widać, nawet komuniści poczuwali się czasem do roli pomocników Pana Boga…

Podsłuch był prawdopodobnie także w jadalni. Kiedyś jechaliśmy do Zbroszy Dużej, do związanego z opozycją ks. Czesława Sadłowskiego. Prymas w czasie śniadania powiedział do kierowcy: – Jedź bocznymi drogami, bo te główne będą obstawione.
Ale na skrzyżowaniu za Grójcem, kiedy właśnie mieliśmy skręcić w boczną drogę, Kardynał powiedział: – Jedź prosto.
Zdziwiony kierowca mówi, że mieliśmy przecież jechać bocznymi drogami. A Prymas na to: – Teraz na głównych będzie spokojniej. Liczył na to, że podsłuch zadziała.

Do nas, domowników z Miodowej, mówił: – My musimy tak żyć, żebyśmy nic nie mieli do ukrycia. A co ja mam do powiedzenia w sprawach publicznych, mówię głośno na ambonie.

Mimo tego osaczenia Prymas pozostał wolny. Taka wolność rodzi radość, pogodę ducha, zdrowy dystans do siebie i innych, a także poczucie humoru. Dlatego mimo tylu ciosów, zadawanych przez antykościelną propagandę, Kardynał nie uciekał, nie kurczył się w sobie. Nie bał się, bo nie miał nic do ukrycia. Był w prawdzie wobec Boga i wobec ludzi. A tym, co mówiły złe języki, po prostu się nie przejmował.

Nie gorzkniał?
Nie, do samego końca nie popadł w zgorzknienie. A przecież starzejącego się człowieka zwykle ogarnia poczucie słabnących sił, nadchodącego kresu, zagrożenia. Dlatego czasem wręcz obsesyjnie stara się zabezpieczyć na przyszłość, gromadzi dobra. A Prymas wszystko rozdawał. Stosunek Prymasa do pieniędzy dobrze ilustruje następująca historia. Jedną z najbarwniejszych postaci podczas Soboru był abp Hélder Câmara z Rio de Janeiro. Niski, drobnej budowy ciała. Chodził w sandałach, przewiązany sznurkiem jak św. Franciszek. Wygłosił przemówienie, że biskupi powinni być ubodzy. Kiedyś podczas przerwy w obradach spotkał się z Prymasem, który Brazylijczyka serdecznie objął, podniósł do góry i powiedział: – No bracie, taki jesteś ubogi, a ja nie jestem przeciwny pieniądzom. Za pieniądze można tyle dobrego zrobić!

Pytał pan, czy miał poczucie humoru. Miał, często żartował. Chętnie słuchał i sam opowiadał anegdoty. Ale tu nie chodzi o chichot. Ważniejsze jest zrozumieć, skąd się to wszystko brało. I dopiero na tym tle zobaczyć np. taką scenę: czerwiec 1979 roku, Jan Paweł II odwiedza Gniezno. Symbol nie tylko polskości i historii Kościoła na naszych ziemiach, ale także – jak podkreślał Papież – Słowiańszczyzny.

W homilii mówił wtedy: „Czyż Chrystus tego nie chce, czy Duch Święty tego nie rozrządza, ażeby ten papież-Polak, papież-Słowianin, właśnie teraz odsłonił duchową jedność chrześcijańskiej Europy, na którą składają się dwie wielkie tradycje: Zachodu i Wschodu?”.  I wspominał chrzty kolejnych ludów słowiańskich: Chorwatów, Słoweńców, Bułgarów, Słowaków, Morawian, Czechów, Wiślan, Serbów, Rusinów, Obodrzyców, Weletów, Serbołużyczan, Litwinów…  
Mieliśmy wtedy poczucie, że na naszych oczach spełnia się wielka historia. Po liturgii dziesiątki tysięcy wiernych wciąż stały na placu między katedrą a domem prymasowskim aż do rynku. A Papież z balkonu w typowym dla siebie stylu prowadził dialog z młodzieżą. Żartobliwie, serdecznie, ciut uszczypliwie. Tymczasem Prymas milcząco stał tuż za ramieniem Jana Pawła II. W pewnym momencie przesunął się jednak do mikrofonu i ku zaskoczeniu wszystkich zaintonował: „Góralu, czy ci nie żal?”. Oczywiście zerwała się burza oklasków. Ten zaskakujący pomysł wziął się właśnie z jego spokoju i radości, że tu, w Gnieźnie, razem uczestniczymy w dziejowym misterium Kościoła i Narodu.

A zatem to wewnętrzne usposobienie i duchowa formacja Prymasa sprawiały, że był on człowiekiem pogodnym i skłonnym do radości. O taką atmosferę dbał też w domu na Miodowej. Kiedyś szedłem z holu na piętro i miałem trochę kwaśną minę, bo coś mi nie wyszło. Prymas akurat schodził z góry. Przystanął, spojrzał na mnie i powiedział: – No co jesteś taki nabzdyczony?

Zorientował się, że coś jest nie tak, ale nie chciał, żebyśmy psuli klimat panujący w naszym domu i rozładował to napięcie żartem. A ja do dziś sobie zapamiętałem, że chrześcijanin nie powinien być nabzdyczony. To zresztą też słowo typowe dla języka Prymasa: rzadko potocznie używane, ale bardzo soczyste, nawet nieco ironiczne.

Na spotkaniach przy stole czy na wakacjach często żartował. Ten humor miał charakter sytuacyjny, dziś już trudno przywoływać wiele z tamtych żartów. Prymas z różnych sytuacji potrafił wyprowadzić dowcip, cięty komentarz. Chętnie opowiadał anegdoty, odpowiednio ubarwiając ich treść. Szczególnie lubił humor góralski – w góry jeździł już w czasach włocławskich, znał gwarę i anegdoty opowiadał po góralsku, a nie jak ceper. Doskonale budował w tych dowcipach napięcie, dramaturgię. Z charakterystycznym akcentem opowiadał też kawały żydowskie.

Zresztą w tamtym czasie cała Polska żyła dowcipami. Mówiliśmy, że to przejaw równowagi i zdrowia psychicznego obywateli. Naprawdę źle byłoby dopiero wtedy, gdyby nikt już dowcipów nie opowiadał. A tak mieliśmy poczucie, że nie daliśmy się do końca złamać, przerobić komunistom na smutną szarą masę. Poczucie humoru było przejawem wolności. Jedna z członkiń Instytutu Prymasowskiego, nota bene pani doktor, miała zeszyt, w którym skrupulatnie zapisywała wszystkie zasłyszane dowcipy. Była prawdziwą perfekcjonistką. Prymas zapraszał ją do stołu. Siadała, otwierała zeszyt i raczyła nas kawałami, wywołując salwy śmiechu.

I jeszcze jedno: jeżeli Prymas opowiadał o sprawach ważniejszych, często również dodawał szczyptę ironii. Tę ironię spotykamy też w jego zapiskach, które starał się notować na bieżąco, jeszcze tego samego dnia przed zaśnięciem. Zawarte w nich opinie o niektórych ludziach brzmią nawet dość ostro. To zresztą jedna z przyczyn, dlaczego wciąż czekamy na ich wydanie. Po prostu musi przeminąć pokolenie naocznych świadków i uczestników tamtych wydarzeń.

 

Fragment rozmowy, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa M w formie książki