• 11 stycznia 2016
  • komentarzy
  • 1955 osób przeczytało
  • to!

Architektura sakralna XXI w.

Rozmowa z architektem, Jakubem Turbasą, poświęcona współczesnej architekturze sakralnej.
Rozmawiają Małgorzata Gadomska, Rafała Groński i Sławomir Rusin

„Przewodnikiem” w rozmowie był był Hans-Georg Gadamer i jego koncepcja aktualności piękna.

Małgorzata Gadomska: Czy architektura współczesna jest blisko człowieka i czy obecne kościoły budowane są jeszcze z myślą o wspólnocie?

Jakub Turbasa: Współczesna architektura, także sakralna, bywa blisko człowieka. Niemniej jednak zarzut, że nie zawsze jest realizowana z myślą o wspólnocie, ma swoje uzasadnienie. W tym przypadku należałoby wspomnieć o zjawiskach i zmianach, które wiążą się nierozerwalnie z końcem XIX oraz początkiem XX wieku. Niewątpliwie nie dotyczyły one tylko zagadnienia architektury, która w swojej naturze jest poniekąd następstwem i odzwierciedleniem stanu kultury oraz zjawisk zachodzących w społeczeństwie. Na początku XX wieku pojawiły się głosy części teologów o pozytywnej roli desakralizacji. Twierdzono, iż „skoro Jezus uświęcił wszystko na ziemi, to nie ma sensu rozróżniać sfery sacrum i profanum”. Do tego o potrzebie nowej aranżacji przestrzeni liturgicznej dyskutowały osoby często niezwiązane z Kościołem.

XX wiek to także modernizm, czyli kierunek, który w teorii odrzucał tradycję i regionalizm, na rzecz jednego uniwersalnego języka. Charakter użytkowy architektury stał się elementem dominującym wobec formy i piękna – stąd budynki wielorodzinne zaczęto traktować jako ‚maszyny do mieszkania’, a kościoły jako ‚hale do odprawiania liturgii’. Poza tym pojawiło się wiele awangardowych kierunków w sztuce. Prawdopodobnie XX wiek wykształcił ich więcej, niż dziewiętnaście wieków nowej ery razem wzięte. I tak sztuka zaczęła się powoli oddalać od tradycji oraz kanonów. To wcale nie oznacza, że w tym okresie nie powstawały obiekty piękne i wzruszające. Liczba utalentowanych artystów jest prawdopodobnie analogiczna do tej z przeszłości. Problem jednak dotyczy obdarzonych mniejszymi zdolnościami. W przeszłości mieli się do czego odnieść, istniał kanon. Obecnie nie istnieją żadne obowiązujące ramy. Pełna dowolność jest darem, ale także potrafi niemiłosiernie obnażyć twórcę.

MG: U Gadamera pojawia się sztuka jako „gra”. Wymaga współgrającego, wciągnięcia odbiorcy w grę. Czy architektura współczesna wciąż wciąga nas w „grę”, czy współcześni ludzie dają się jeszcze wciągać w grę?

Niewątpliwie tak, choć za każdym razem, gdy w kontekście architektury (przede wszystkim sakralnej) pojawia się słowo ‚gra’, wzbudza to mój niepokój. Termin ‚gra’ kojarzy mi się z teatralnością. Oczywiście moglibyśmy się w tym kontekście odwoływać do niezwykłych barokowych świątyń, w których artyści przy pomocy zabiegów iluzji oszukiwali zmysł wzroku. Niemniej jednak coraz częściej można zaobserwować takie zjawisko – stojąc przed wejściem do nowo powstałego kościoła osoba zastanawia się tylko nad tym, czym jeszcze może go ta architektura zaskoczyć. Wręcz oczekuje takich doznań, owej ‚teatralności’. Prawda, jaką powinno wyrażać wnętrze świątyni schodzi na drugi plan.

Sławomir Rusin: Słowo „gra” wprowadza pewną niepewność, ale myślę, że też mówi jakąś część prawdy o samej liturgii, która jest miejscami również teatrem. Przypomina mi się jedna ze starożytnych anegdot o niewierzącym aktorze rzymskim, Genezjuszu, który miał odegrać prześmiewczo liturgię chrześcijańską. Rola tak go przemieniła, że z teatru wyszedł już jako wierzący. Stał się chrześcijaninem i poniósł potem śmierć męczeńską.

Skoro liturgia miejscami przypomina teatr, to architektura powinna być jego scenografią, nie konkurencją. Pojęcia takie jak gra, spektakl, przekaz, czy idea wprowadziły pewien zamęt. Jako architekci często staramy się usilnie stworzyć coś oryginalnego, czymś nowym zaskoczyć. A przecież równolegle zachwycamy się prostotą i wyrafinowaniem architektury sakralnej Petera Zumthora czy Johna Pawsona, którzy nie silą się na kreowanie nowości dla samej siebie, natomiast przy użyciu współczesnych środków wyrazu często reinterpretują. Taka architektura wyrasta z tradycji budowania, jest prawdziwa, logiczna.

2458972146_233ec785ee_o (1)

MG: Nowość i zaskakiwanie stało się mechanizmem kulturowym, tymczasem Gadamer ważne miejsce oddaje reinterpretacji. Ludzka ograniczoność wręcz zmusza nas do bycia w kontekście, „Sztuka i piękno nie tyle przekazują sens, co mają go chronić w czymś solidnym, by ten się ani nie ulotnił, ani nie wysączył, ale by został utrwalony” – mówi filozof.

Podczas jednego z kazań ojciec Jan Andrzej Kłoczowski wspomniał, że Tradycja jest doświadczeniem; doświadczeniem i mądrością poprzednich pokoleń. Ważne, aby to doświadczenie nie było jedynie ślepym naśladowaniem. Imitując historyczną architekturę, oszukujemy siebie i przyszłe pokolenia oraz działamy wbrew procesowi nieustannego Boskiego stwarzania.

MG: W sztuce, w pewnym momencie odwrócono się od mimesis, od świata naturalnego.

Tę zmianę, nie tylko w podejściu do architektury, doskonale ilustruje proces budowy współczesnych miast, osiedli, domów. W przeszłości przed podjęciem decyzji o ich lokalizacji obserwowaliśmy naturę – migracje ptaków, zwierząt, strony świata, koryta rzek… Obecnie ignorujemy przyrodę i jej prawa, odwracamy się od niej, a w rezultacie jesteśmy zaskoczeni, że ostatecznie to ona nas ‚ignoruje’. Posługując się językiem biblijnym – budujemy na piasku, nie skale.

SR: Przekonanie o tym, że natura powinna być poskromiona, posłuszna człowiekowi szczególnie mocno zauważalne jest w Europie i w Stanach Zjednoczonych. W tych rejonach mamy do czynienia z najbardziej zurbanizowanymi, przekształconymi przez człowieka terenami. Jeden z teologów uważa, że to nie tyle wina Biblii, która każe czynić człowiekowi ziemię sobie poddaną, ale poniekąd naszego pochodzenia. To Indoeuropejczycy, od których pochodzi większość ludów europejskich, uważali, że świat należy do człowieka.

Według Biblii człowiek ma się opiekować i troszczyć o świat natury, tak jak robi to Bóg. Jest więc znaczna różnica.

MG: To jest czas, żeby zapytać o symbol w architekturze. „Symbol” (z greckiego: symbolon) oznacza między innymi układ, przyjaźń, odnalezienie się pasujących niegdyś do siebie części. Czy architektura współczesna wciąż żywi się symbolem jako wyobrażeniem naszej przyjaźni z Bogiem? Czy symbol jest dla niej medium?

Wierzę, że tak. Choć XX wiek w teorii w dużej mierze odrzucał takie pojęcia jak piękno i symbol jako wartości, to jednak w praktyce były one i są stosowane. Podobnie jak to miało miejsce na przestrzeni wieków, symbolika przybiera różne formy. Dla pierwszych chrześcijan symbole takie jak ryba, czy znak ChiRo były świadectwem wiary oraz pełniły rolę identyfikacyjną, świadczyły o przynależności do wyznawców Chrystusa. Symbole w obrazach, rzeźbach, polichromiach poprzez piękno miały zbliżać do Prawdy. W średniowieczu za pomocą symboli edukowano (Biblia Pauperum). Przy użyciu widzialnych znaków próbowano przybliżyć rzeczywistość ukrytą. W samej architekturze pierwsze koncepcje bazylik planowano na rzucie krzyża łacińskiego, który swoją geometrią odzwierciedlał ciało ukrzyżowanego Chrystusa. Na przestrzeni wieków w architekturze i sztuce symbolika zaczęła się rozwijać oraz obejmować coraz więcej elementów – z czasem pojawiły się kopuły, wieże, dzwonnice, rzeźby, witraże, rozety… Poza względami funkcjonalnymi każdy z nich posiadał dodatkową, ukrytą treść.

Wszystko można by uznać jako naturalny proces i rozwój tej sztuki, gdyby nie fakt, że w XII wieku pojawił się św. Bernard z Clairvaux, który sprzeciwił się temu zjawisku – przerostowi formy nad treścią oraz przepychowi, który temu towarzyszył. Postanowił niejako powrócić do źródeł i opracował stosowany do dnia dzisiejszego schemat cysterskiej architektury klasztornej. Ograniczał on dekorację oraz symbolikę do absolutnego minimum: rzut kościoła na planie krzyża łacińskiego, brak kopuł, wież, dzwonnic, polichromii, rzeźb, nawet tynku na ścianach. Jedynym elementem ‚dekoracyjnym’ we wnętrzu mógł być krzyż, i to wyłącznie drewniany. Podobnie ma się sprawa symboli we współczesnych kościołach. Pojawiają się formy i wnętrza obfite w symbole, ale także istnieje odrębny nurt, bliższy architekturze cysterskiej, skłaniający się ku surowości i ograniczaniu liczby elementów – tzw. minimalizm.

Dziś na prostej geometrii bazuje przykładowo architektura świątyń zaprojektowanych przez Mario Botta. W kościele pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela w Mogno plan symbolicznie został oparty na prostokącie (figurze przypisanej człowiekowi, gdyż nie występuje ona w świecie przyrody), a wraz ze zmianą wysokości, stopniowo zmierza w kierunku formy idealnej, symbolu doskonałości i Boskości – koła. Ten prosty zabieg architektoniczny otwiera całe wnętrze ku Niebu, a okrągły świetlik o strukturze przypominającym szkielet liścia zdaje się być oknem w stronę Stwórcy. Człowiek naturalnie przyjmuje wyprostowaną, godną postawę oraz podnosi wzrok do góry w stronę krzyża i Nieba.

Elementy symboliki w sztuce nie muszą być dosłowne. Jednowymiarowy symbol, który już raz został odkryty powszednieje i przestaje pobudzać.

SR: Coraz trudniej o radość w odkrywaniu symbolu, bo częstokroć on już niczego ludziom nie mówi.

MG: U Gadamera symbol spełnia swoje przeznaczenie, gdy rozpoznajemy w nim „dobrego znajomego”, czyli głębszy sens. Wtedy zaczyna być czytelny i bliski. Czy nie jest tak, że przedstawienia współczesne są zbyt abstrakcyjne, dlatego niewiele przekazują?

Poza podstawowymi i czytelnymi elementami kościołów, takimi jak: krzyż, ołtarz, wizerunek Chrystusa, Maryi, Świętych – reszta znaków pozostaje niezrozumiała, ‚ekskluzywna’. To problem braku świadomości oraz deficytu wiedzy. Ale choć nie zdajemy sobie sprawy z większości symboli ukrytych np. w bazylice Mariackiej w Krakowie, w Bazylice św. Piotra w Watykanie, to jednak jest coś, co nas do nich przyciąga. Może to ich piękno?

„(Piękno) budzi w głębi nas, już poza zmysłami, pewien oddźwięk. Nieokreślony ślad absolutu, gnieżdżący się w głębi naszego bytu”. (Le Corbusier)

Małgorzata Gadomska: Na ile piękno interesuje współczesnych studentów, profesorów architektury? Czy jeszcze rozmawia się o tym pojęciu?

Prędzej czy później każda osoba, która oddaje się pracy twórczej, postawi sama sobie pytanie, czym jest piękno. Podczas rozważań pojawia się kolejne – czy piękno jest cechą danego przedmiotu, danej przestrzeni bądź obiektu, czy może jest ono związane z osobistym doznaniem. Trudność polega między innymi na tym, że wewnętrznie, w sposób zupełnie naturalny rozpoznajemy je, jednak gdy przychodzi opisać je słowami, nastręcza to pewnych trudności. Z jednej strony potrafi wzruszyć, a jednocześnie z drugiej daje poczucie wszechogarniającego spokoju, wrażenie, że wszystko zdaje się być na swoim miejscu. Prawdziwe dzieło jest w stanie przenieść odbiorcę ze świata postrzeganego zmysłami w rzeczywistość ukrytą. Le Corbusier, autor wielu przełomowych dzieł w architekturze m.in. kaplicy w Ronchamp oraz dominikańskiego klasztoru La Tourette, w książce W stronę architektury opisuje: „(piękno) budzi w głębi nas, już poza zmysłami, pewien oddźwięk. Nieokreślony ślad absolutu, gnieżdżący się w głębi naszego bytu”. Czytając jego rozważania na temat światła, architektury, jednolitego zamysłu w świecie oraz piękna, czasami trudno uwierzyć, że artysta uważał się za agnostyka. Natomiast samą definicję piękna pozostawmy filozofom.

SR: Czuję podobnie, że raczej nie uda nam się zdefiniować piękna, ale być może ważne jest, żebyśmy sobie powiedzieli, czym piękno jest dla nas osobiście. Może łatwiej będzie nam wówczas znaleźć jakąś płaszczyznę porozumienia. Dla mnie piękno z jednej strony niesie spokój, harmonię, a z drugiej – jednocześnie – zaskoczenie. To wejście w rzeczywistość, która jest nowa, świeża i jednocześnie daje mi poczucie spokoju, czuję się w niej bezpieczny. Nagle odkrywasz, że jest coś takiego i czujesz się w tym dobrze.

MG: Mało tego, mijając rzecz piękną, pozostajemy z poczuciem, że dotknęliśmy czegoś prawdziwego – zaskakująco prostego. Ale nasz kultura nie przepada za prostymi rozwiązaniami. Od lat mamy kult antyestetyki i zastanawiam się, czy w architekturze jest jeszcze miejsce na grzeczne, tradycyjne piękno?

W świecie sztuki prawdziwe piękno nie przemija. Natomiast środki wyrazu ulegają pewnym modyfikacjom. Obecnie nie projektujemy tak, jak to miało miejsce w okresie baroku, podobnie wtedy nie projektowano tak jak starożytności. Piękno i elegancja trwają, a style i moda przemijają.

W XX wieku pojawiały się nurty propagujące idee antysztuki oraz antyestetyki, takie jak dadaizm. Zrodziły się style będące w opozycji do piękna, które za bardziej wartościowe uznawały przypadkowość, dysharmonię czy dekonstrukcję. Także w architekturze. Zastanawiające jest to, czy w przyszłości, gdy już stronice manifestów wyblakną, a idee ulegną zapomnieniu, intencje artystów wciąż będą interesujące, a dzieła uznawane za piękne? Czas najlepiej weryfikuje.

Powracając do piękna, jego zagadnienie porusza w swojej książce Myślenie architekturą architekt, Peter Zumthor. Poświęca mu aż dwa rozdziały, z których jeden tytułuje pytaniem „Czy piękno posiada formę?”. Po czym ten autor kaplicy św. Benedykta w Sogn Benedetg przytacza czternaście opowiadań opisujących doznania piękna rozmaitych osób. Nie tworzy kolejnej teorii, lecz pozostawia czytelnika z otwartym pytaniem.

MG: To jest zbiór tak wielu doświadczeń prywatnych, osobistych, że jednak trudno mi mówić obiektywnie, nie mówiąc przez siebie.

JT: Podobnie uważam. Zresztą od pewnego czasu nurtuje mnie pewne pytanie. Cofnijmy się kilka lat wstecz i przypomnijmy sobie, co wówczas uznawaliśmy za piękne, a jak to się ma do chwili obecnej. Czy to piękno się zmienia, czy jednak my…

Rafał Groński: Dodam mały przypis do nieśmiertelności piękna. Przypomniały mi się słowa sławnego archeologa ks. Breuil, wypowiedziane w grocie Lascaux: „To Kaplica Sykstyńska prehistorii”. Niezwykłe, że sztuka stworzona przez człowieka prehistorycznego jest wciąż aktualna i wywołuje podobne doznania estetyczne u ludzi współczesnych jak perła renesansu włoskiego!

To ciekawe. Ogólną definicję piękna możemy odnaleźć w pierwszym traktacie o architekturze De architectura libri decem. W pierwszym wieku przed Chrystusem Witruwiusz sformułował trzy nieodłączne cechy architektury: trwałość, celowość oraz – właśnie – piękno. Trwałość to solidność i wytrzymałość. Celowość należy rozumieć jako użyteczność. Piękno zaś, cytuję „będzie zapewnione, jeżeli wygląd budowli będzie miły i wykwintny, a wymiary poszczególnych członów oparte będą na właściwych zasadach symetrii”. W tej formule symetrię należy rozumieć jako proporcje, czyli harmonijny stosunek poszczególnych elementów i miar względem siebie. Niestety, jak się okazuje, nawet najlepsza znajomość geometrii euklidesowej, zasady złotego podziału, harmonii, rytmu oraz ciągów matematycznych, nie wystarczy, aby zaprojektować piękną świątynię.

MG: Piękno najczęściej łączymy z emocjami, odruchowo marginalizujemy udział rozumu. Polskie kościoły współczesne bywają brzydkie, ale to, w czym niedomagają to chyba nieprzemyślana koncepcja, niezachowane proporcje. Na facebooku powstał profil Kościoły, które udają kury. Szydzi z kościołów budowanych po roku 90. W krótkim czasie polubiło to 9.375 osób.

Moim zdaniem to nie sam materiał decyduje o szlachetności dzieła, lecz dłonie i talent artysty, który dopiero może go w takowy przeobrazić. Wybudowanie kościoła z choćby najdroższych marmurów nie będzie żadnym gwarantem, że świątynia będzie piękna, a architektura szlachetna.

Powstają jednak i takie kościoły, które spotykają się z całkowitą dezaprobatą części wiernych, podczas gdy inni są nimi oczarowani. Jednym z najgłośniejszych przykładów ostatnich lat, wokół którego pojawiło się wiele kontrowersji, jest kościół pod wezwaniem św. Pawła w Foligno we Włoszech.

Foligno,_San_Paolo_Apostolo_02

SR: W Neviges, w Niemczech znajduje się kościół zaprojektowany przez znanego i cenionego architekta Gottfrieda Böhma. Kiedy do niego wszedłem wywarł na mnie bardzo złe wrażenie. To jest potężna, ciemna bryła betonu, w środku w ogóle nie widać sklepienia, gdyż ginie w mroku. Nie jest to miejsce, w którym chciałoby się przebywać. Czułem się tam bardzo źle, zresztą nie tylko ja, moi znajomi również. Takie było moje odczuwanie na poziomie emocji. Z drugiej strony, przewodnik po tej świątyni, franciszkanin był tą realizacją zachwycony, podobne opinie wygłaszają architekci. Odkrywają w tym kościele bogatą symbolikę, podziwiają rozwiązania. Tu pojawia się poziom rozumu. Jak w takiej sytuacji pogodzić ze sobą te oba poziomy?

Gottfried_böhm,_pilgrimage_church,_neviges_1963-1972_-_02

Prawdopodobnie właśnie z powodu rodzącej się niemożności, rozważając w swojej książce Myślenie architekturą kwestię „Czy piękno posiada formę?” architekt Peter Zumthor unika podania konkretnej odpowiedzi[1]. Zastanawiające jest, na ile rozum i wiedza pomagają, bądź utrudniają w doświadczeniu czystego piękna, i czy w ogóle są do tego potrzebne. Z pewnością dzięki nim łatwiej możemy odczytać ukryte treści np. wspomniane symbole, zrozumieć kontekst i okoliczności, w jakich powstawała świątynia oraz jakie mogły być motywacje autora konkretnego dzieła. Szerzej otwierają się przed nami drzwi świata niewidzialnych znaków i intencji. Samo doznanie piękna nierozerwalnie wiąże się z osobistym doświadczeniem.

RG: Petera Zumthora określa się mianem „mistyka”. Zastanawiam się nad powiązaniem pomiędzy uduchowieniem twórcy a pięknem jego dzieła. Czy ludzie, którzy projektowali wspaniałe katedry nie byli ludźmi modlitwy, a wznoszony kościół wyrazem ich wiary? W czasach średniowiecza całe miasta uczestniczyły w budowie swoich katedr – był to świadomy wkład wiernych w budowę Królestwa Bożego na ziemi. Świątynia odzwierciedlała stan ich ducha, głębię ich duchowości. Wydaje się, że współczesny, zabiegany człowiek nie znajduje czasu, by się zatrzymać i spojrzeć w głąb siebie (w przeciwieństwie do budowniczych gotyckich katedr). Być może dlatego obecnie powstaje tak niewiele pięknych kościołów?

MG: A może to kwestia nonszalancji w stosunku do przetartych ścieżek, traktowania tradycji jak formy z lamusa?

Faktycznie, od dłuższego czasu sztuka oddala się od tradycji. Za najistotniejsze kryterium dzieła najczęściej uznaje się nie piękno, lecz oryginalność. Natomiast wracając do kwestii miejsca, w antyku istniało takie pojęcie jak genius loci, które rozumiano jako duch opiekuńczy danego miejsca. Według części teologów w tym określeniu możemy także odnaleźć chrześcijański wymiar[2]. Nie sposób się nie zgodzić z tym, że w niektórych przestrzeniach lepiej się czujemy, głębiej je doświadczamy, łatwiej o skupienie i modlitwę.

Powstają jednak i takie kościoły, które spotykają się z całkowitą dezaprobatą części wiernych, podczas gdy inni są nimi oczarowani. Jednym z najgłośniejszych przykładów ostatnich lat, wokół którego pojawiło się wiele kontrowersji, jest kościół pod wezwaniem św. Pawła w Foligno we Włoszech. Autorami tej świątyni jest małżeństwo znanych i cenionych na świecie architektów Doriany i Massimiliano Fuksasów. Swoim projektem wygrali konkurs ogłoszony przez Konferencję Episkopatu Włoch na świątynię – symbol odrodzenia się miasta po tragicznym trzęsieniu ziemi w 1997 roku. Dla przeciwników budowli forma była trudna do zaakceptowania, zarzucano jej bowiem brak związku z dotychczasową sztuką bliską chrześcijanom. Pojawił się nawet, szerzej komentowany, list skierowany do papieża Benedykta XVI krytykujący podobne realizacje oraz apelujący o „pomoc w przywróceniu prawdziwie katolickiej sztuki i architektury sakralnej”[3]. Zwolennicy zaś (w tym wielu duchownych) zachwycało się kompozycją przestrzeni oraz blaskiem wnętrza. Bronili kościoła, starając się udowodnić, jak bliski jest posoborowym wskazaniom(m.in. prostocie, skromności, koncepcji miejsca). Wnikliwsza analiza kościoła pozwala dostrzec, że autorzy nie odcinają się od wielowiekowej tradycji, lecz jedynie odzierają z detalu te elementy, które przy obecnych możliwościach technologicznych mogą uchodzić za zbędne. Projekt nie powstał jako awangardowy, po to aby wywołać poruszenie, lecz jest nawiązaniem i połączeniem (uchodzącego za idealny) kościoła na planie centralnym z trójnawową bazyliką. Bryła jest jedynie elementem wynikowym. To sprowadzenie tradycyjnej formy kościoła do najprostszej, elementarnej formy.

MG: A może problem tkwi w użytym materiale – czy jest to szlachetny kamień, naturalne bale drewna, czy beton, który znamy z blokowisk? Być może beton nigdy nie będzie odpowiednim medium?

Nie sądzę, aby to był problem betonu. Beton powszechnie uznawany jest za materiał nie posiadający wartości estetycznej. Jednakże podobnie jak w przypadku każdego innego surowca tylko świadomy materii artysta jest w stanie wydobyć z niej prawdziwe piękno. Moim zdaniem to nie sam materiał decyduje o szlachetności dzieła, lecz dłonie i talent artysty, który dopiero może go w takowy przeobrazić. Wybudowanie kościoła z choćby najdroższych marmurów nie będzie żadnym gwarantem, że świątynie będzie piękna, a architektura szlachetna. Beton stosowali między innymi tacy mistrzowie jak Le Corbusier w kaplicy w Ronchamp, w koncepcji Dominikańskiego klasztoru La Tourette oraz kościele św. Piotra w Firminy, czy wenecjanin Carlo Scarpa w projekcie Grobowca Rodziny Brion. W tych realizacjach beton miejscami wręcz zachęca, aby go dotknąć, poczuć jego fizyczną obecność. Posiada różne odcienie oraz faktury. Traktowany jest jak kamień – miejscami polerowany, gdzie indziej zacierany, czasami ujawnia słoje odbitego drewnianego szalunku, który nadał mu ostateczny kształt. Zdaniem znakomitego polskiego konstruktora Stanisława Karczmarczyka, beton jest materiałem doskonałym, jedyną jego wadą jest to, że każdy może go zrobić.

Z wyjątkowego, tym razem białego, betonu został zbudowany Kościół Milenijny ku czci Boga Ojca Bogatego w Miłosierdzie w Rzymie. Poza czystą barwą swój szczególny wygląd zawdzięcza cementowi fotokatalitycznemu, dzięki któremu pod wpływem światła słonecznego sam się oczyszcza, wykorzystując proces fotokatalizy. Kościół Milenijny autorstwa laureata nagrody Pritzker (najważniejszego wyróżnienia w dziedzinie architektury za całokształt twórczości) Richarda Meiera, został wybrany na drodze międzynarodowego, zamkniętego konkursu, w którym wzięły udział największe tuzy świata architektury. Bryła milenijnej świątyni przypomina trzy wypełnione powietrzem żagle, które symbolicznie miały wprowadzić Kościół w trzecie tysiąclecie. Trzy skorupy to reminiscencja trójnawowych bazylik, ale także symbol Trójcy Świętej. Analizując ich geometrię dostrzeżemy, że są fragmentami trzech kul (form idealnych), bazujących na równej długości promieniach.

Wnętrze i formę świątyni współtworzy światło, które zostało przez autora potraktowane niemal jak materiał budowlany. Przy jego udziale, w zależności od pogody, pory dnia, roku, charakter wnętrza ulega przeobrażeniu. Ten kościół przełomu XX i XXI wieku nie jest tradycyjną architekturą składającą się ze ścian, kolumn oraz otworów okiennych, lecz ze sfer i płaszczyzn.

RG: Wspaniałym przykładem gotyckiej architektury światła jest paryska kaplica królewska Sainte–Chapelle. Filozofowie średniowieczni uważali za piękne przedmioty wyróżniające się dwoma cechami: odpowiednimi proporcjami oraz świetlistą jasnością. Witraż mógł spełniać obydwa te wymagania. Światło jest symbolem Chrystusa. Witraż wygląda pięknie, gdy przenika przez niego światło. Jest w tym ukryta niezwykła symbolika. O tyle my jaśniejemy pięknem, o ile jesteśmy przeniknięci światłem, którym jest Chrystus. Zaczynamy świecić Jego światłem. Za piękne uważano także przedmioty błyszczące – takie jak szlachetne kamienie czy złoto.

Wspomniany Kościół Milenijny w Rzymie można by porównać do kryształu, który wyrasta pośród betonowych, szarych bloków oraz, stojących na ulicach, śmietników. Wybór miejsca pod świątynię ku czci Boga Ojca Bogatego w Miłosierdzie nie był przypadkowy. Jeden z najważniejszych współczesnych kościołów Rzymu nie powstał w reprezentacyjnym miejscu wśród okazałych budowli, tylko do podziwiania. Świątynia znajduje się na obrzeżach Rzymu w skromnej dzielnicy Tor Tre Teste, która do momentu ukończenia budowli funkcjonowała jedynie jako podmiejska ‚sypialnia’. Nie było takiego budynku, ani przestrzeni publicznej, które integrowałyby mieszkańców.

Zrealizowany kościół zmienił to miejsce, nadał mu tożsamość.

RG: Wnętrze wspomnianego obiektu wyróżnia się wyjątkowo jasną przestrzenią, a w większości znanych mi kościołów panuje półmrok. Zastanawiam się, na ile taki półmrok jest potrzebny do skupienia się, do modlitwy? Czy architekci świadomie tworzyli niedoświetlone wnętrza, czy raczej był to efekt braku odpowiednich rozwiązań technicznych?

Współcześnie powstaje coraz więcej świątyń, w których rola światła jest dominująca do tego stopnia, że wnętrze może być postrzegane jako jednowymiarowe. Część krytyków zarzuca architektom koncentrowanie się w głównej mierze na jego wykorzystaniu. Zapewne w wielu przypadkach jest w tym sporo prawdy. Niemniej jednak światło w sferze religijnej od początku utożsamiane było z tym, co boskie, dobre i piękne. Pierwsze słowa wypowiedziane przez Stwórcę w Piśmie Świętym brzmią Niechaj stanie się światłość, a zaraz później Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności (Rdz 1, 3–4).Od IV wieku, czyli od momentu, kiedy chrześcijanie oficjalnie mogli stawiać świątynie, światło odgrywało w nich zasadniczą rolę. Wystarczy choćby wspomnieć obowiązującą przez wieki regułę sytuowania kościołów na osi wschód–zachód, która obecnie już nie jest obligatoryjna. Zwracano się ołtarzem oraz twarzami w kierunku światła – symbolu Stwórcy oraz miejsca ostatecznego objawienia się Chrystusa podczas paruzji[4]; za plecami pozostawiając zaś ciemność utożsamianą ze złem. Za pomocą światła kierowano uwagę wiernych w stronę wybranych miejsc. Co oznacza, że jedne były mocniej doświetlone, inne mniej, a jeszcze inne pozostawały w mroku, co również nabierało symbolicznego znaczenia. Wraz z rozwojem możliwości budowlanych i technologicznych dążono do możliwe jak największego doświetlenia wnętrz domów modlitwy. Pojawiały się stopniowo kopuły coraz większe otwory okienne, w gotyku okna z maswerkami, rozety, witraże, a współcześnie całe ściany wykonane ze szkła. Często przywoływano słowa samego Chrystusa Jam jest światłością świata (J. 8,12). Oczywiście nie można zapomnieć o bogatej symbolice, geometrii, kompozycji przestrzennej oraz wielu innych elementach, i sprowadzić całą architekturę kościołów tylko do światła. To byłoby dużym uproszczeniem.

Le Corbusier zdefiniował architekturą jako doprowadzoną do perfekcji grę brył w świetle[5]. Jednak, aby jakakolwiek forma mogła być dostrzeżona, poza samym światłem, potrzeby jest także cień. Podobnie jak w ciemności tak i w oślepiającej jasności nic nie dostrzeżemy.

MG: Poza tym gdyby chcieć faktycznie świadomie rozkładać akcenty w świątyniach, powinno w nich być po równo światła i przestrzeni mroku. Z wiarą, że zostaliśmy zbawieni, przeplata się konieczna bojaźń przed majestatem Boga. Mrok naturalnie jest wpisany w stworzenie, jest potrzebny.

SR: Żeby dostrzec światło.

RG: Półmrok prowokuje intymność. I nie wiem, czy świątynia jako miejsce naszego spotkania z Bogiem i we wspólnocie nie wymaga właśnie nastroju intymności. Może człowiekowi łatwiej zachować intymność, gdy zmysły są trochę przygaszone, dostrzegamy wówczas mniej szczegółów, możemy się więc bardziej skoncentrować na spotkaniu.

MG: Bóg szuka odpoczynku między ludźmi. Od czasów starotestamentalnych świątynia uważana była za miejsce odpoczynku Boga (beth menuha). Człowiek też tam potrzebuje odpocząć. Przymyka powieki, wycisza się.

SR: A z drugiej strony spotykasz się tam z Bogiem żywym.

[1] P. Zumthor, Myślenie Architekturą, Kraków 2010, passim.

[2] J. T. Królikowski, Chrześcijańska interpretacja ducha miejsca, Niematerialne wartości krajobrazów kulturowych, Sosnowiec 2011, s. 30-35. Tezę podejmuje za Debuyst F., 1997:Le genie chretien du lieu, Editions du Cerf, Paris oraz Guardini R., 1993: Lettere dal lago di Como. La technica e l’uomo, Morcelliana, Brescia.

[3] J. Walendzik-Stefańska, Czy istnieje kanon budowli sakralnej? Architektura współczesnego kościoła a potrzeby współczesnego użytkownika, „Ecclesia”, nr 4, 2011, s. 14.

[4] L. Bouyer, Architektura i liturgia, Kraków 2009, s. 28.

[5] Le Corbusier, W stronę architektury, Warszawa 2012, passim.

 

liturgiapl