• 19 maja 2015
  • komentarzy
  • 2147 osób przeczytało
  • to!

Zbyt zajęci, by uklęknąć

Ronald Rolheiser OMI

Nasza kultura nie jest, w wyniku naszego wyboru ani też z przyczyn ideowych, nastawiona negatywnie do modlitwy, samotności czy tego, co ukryte w naszym wnętrzu. Nie jesteśmy też, jak sądzę, bardziej podli, pogańscy czy przestraszeni tym, co głęboko ukryte w naszych sercach, niż ludzie w dawnych czasach. Tym, co odróżnia nas od przeszłości, nie jest nasza niemoralność, ale nasze zabieganie. W przeważającej ilości wypadków nie siadamy do modlitwy, ponieważ po prostu nie znajdujemy na nią czasu.

Być może najlepszą rzeczą, do której można by porównać nasze roztargnione i pełne pośpiechu życie, jest myjnia samochodowa. Kiedy stawiasz samochód w takiej myjni, wyłączasz silnik, zabierasz ręce z kierownicy i zdejmujesz stopę z hamulca. Robisz to, ponieważ myjnia „wciągnie” cię sama.

Codzienność postępuje z większością z nas dokładnie tak samo – „wciąga” nas. Posiadane przez nas smartfony i radia wysyłają nam bodźce, zanim nawet całkowicie się obudzimy. Wielu z nas wymienia SMS-y ze znajomymi, sprawdza Facebooka, odbiera e-maile, ogląda wiadomości czy słucha muzyki lub radia, zanim jeszcze weźmie prysznic lub zje śniadanie. Droga do pracy przebiega według podobnego schematu: bombardowani wciąż nowymi bodźcami i cały czas zajęci, słuchamy radia, rozmawiamy przez komórki i układamy plan dnia. Po powrocie do domu znowu zajmuje nas telewizja, rozmowy, różne codzienne czynności i troski wszelkiego rodzaju. W końcu kładziemy się do łóżka, w którym jeszcze czytamy lub oglądamy przez jakiś czas telewizję. Wreszcie – zasypiamy. Nasuwa się pytanie: kiedy pośród tego całego zamieszania poświęciliśmy czas na rozmyślanie, modlitwę, chwilę zastanowienia i oddechu, okazanie wdzięczności za życie, za miłość, za zdrowie, za Boga? Dzień po prostu nas „wciągnął”.

Prawda jest taka, że modlitwa nie przychodzi nam łatwo, ponieważ jesteśmy żądni doświadczeń. Autor książek z dziedziny duchowości, Henri Nouwen, ujął to trafnie: „Chcę się modlić – powiedział – ale nie chcę też, żeby ominęły mnie inne rzeczy – telewizja, filmy, spotkania z przyjaciółmi, korzystanie z życia”. Ponieważ nie chcemy przegapić niczego, co oferuje nam życie, modlitwa rzeczywiście wymaga dyscypliny. Kiedy siadamy czy klękamy do modlitwy, nasze naturalne pragnienie doznań zostaje niejako pominięte i w związku z tym zaczyna protestować.

Jak na ironię jednak większość z nas tęskni za samotnością. Żyjąc pod coraz większą presją, coraz bardziej zmęczeni, coraz częściej rozmawiający o wypaleniu, marzymy jednocześnie o samotności. Wyobrażamy ją sobie jako spokojne i zaciszne miejsce, gdzie moglibyśmy spacerować nad jeziorem, podziwiać zachody słońca lub beztrosko ćmić sobie fajkę w bujanym fotelu przy kominku. Co ciekawe jednak, także w tym przypadku wyobrażamy sobie samotność jako czas i miejsce podejmowania kolejnych aktywności, jako czas i miejsce, w których „coś się robi”.

W istocie samotność jest stanem świadomości. To szczególny sposób bycia obecnym i uważnym w każdym momencie życia. Jest to utrzymywanie takiego refleksyjnego nastawienia w codzienności, które budzi w nas uczucia wdzięczności, podziwu, pokoju i zadowolenia, a także pragnienie modlitwy. Samotność jest poczuciem, obecnym pośród spraw powszednich, że życie jest cenne, święte i satysfakcjonujące takie, jakie jest.

W jaki sposób możemy zadbać o samotność? W jaki sposób tak zapanować nad życiem, aby nas po prostu nie „wciągało”? Jak zacząć kłaść fundamenty pod modlitwę w naszym życiu?

Pierwszym krokiem jest „wypłynąć na głębię”, czyli zatrzymać się i zacząć trwać w ciszy i spokoju w Bożej obecności – w samotności, milczeniu i modlitwie. Jeśli będziesz to robił po raz pierwszy, zaplanuj na modlitwę piętnaście minut. Z czasem może uda ci się wydłużyć ten czas do trzydziestu Pamiętaj, Twoje serce zostało stworzone, aby spocząć w Bogu. Jeśli św. Augustyn ma rację, a z pewnością ma, możesz liczyć na to, że twoje niespokojne serce samo wprowadzi cię w głębszą modlitwę. Ten rodzaj modlitwy nie pozostawi cię z pustymi rękami – prowadzi on zawsze do głębokiej przemiany.

Walcząc z nudą
Modlitwie nieodłącznie towarzyszą wzloty i upadki. Kiedy staramy się modlić systematycznie, zdarza się, że chodzimy po wodzie, a innym razem idziemy na dno jak kamień. Nieraz mamy głębokie doświadczenie realności Boga, a czasem nie jesteśmy w stanie w ogóle wyobrazić sobie, że On istnieje. Niekiedy żywimy wzniosłe uczucia względem Bożej dobroci i miłości, a czasami nie znajdujemy w sobie niczego poza znudzeniem i rozproszeniami. Zdarzy się czasem, że do naszych oczu napłyną łzy – żałujemy wtedy, że nie możemy zostać na modlitwie już na zawsze – a innym razem spoglądamy ukradkiem w kierunku zegara, żeby sprawdzić, ile jeszcze zostało nam do końca.

Zazwyczaj żywimy naiwne i mające niewiele wspólnego z rzeczywistością przekonania dotyczące tego, czym jest modlitwa i co trzeba zrobić, żeby w niej wytrwać. W samym centrum tych przekonań stoi myśl, że modlitwa ma być zawsze interesująca, żarliwa, przynosząca duchowe zrozumienie i gwarantująca poczucie, że rzeczywiście porządnie się modlimy. Klasyczni autorzy z dziedziny duchowości zapewniają nas, że o ile powyższa teza może być prawdą na początku naszej modlitewnej praktyki – kiedy przeżywamy okres „miesiąca miodowego” w naszym duchowym wzroście – to jednak okazuje się ona coraz bardziej fałszywa, w miarę jak wchodzimy głębiej w modlitwę i życie duchowe. To, że tak jest, nie oznacza jednak, że cofamy się w modlitwie. Często świadczy o czymś wręcz odwrotnym.

Poniższa analogia może dodać nam otuchy, kiedy zmagamy się z nudą i poczuciem, że w trakcie naszej modlitwy nie wydarza się nic szczególnego.

Wyobraź sobie, że masz matkę w podeszłym wieku, która jest skazana na pobyt w domu pomocy społecznej. Jesteś dobrym dzieckiem i każdego wieczoru po pracy przyjeżdżasz na godzinę, by spędzić z nią czas, pomóc jej w wieczornym posiłku, podzielić się wydarzeniami dnia czy też zwyczajnie pobyć z nią jako syn lub córka. Otóż nie sądzę, abyś, poza rzadkimi przypadkami, miewał z nią częste, budzące silne emocje lub chociażby interesujące rozmowy. Z zewnątrz twoje wizyty będą wyglądały na rutynowe i suche. Przez większą część czasu będziecie bowiem rozmawiać o przyziemnych i codziennych sprawach. „U dzieci wszystko w porządku”. „Marek wpadł w zeszłym tygodniu”. „Mamo, twoje jedzenie jest naprawdę bez smaku. Jak znosisz te wszystkie potrawy z torebki?” „Nie, nie padało bardzo, tylko przelotna mżawka”. Biorąc pod uwagę, że jesteś człowiekiem zajętym i pochłoniętym wieloma sprawami w swoim własnym życiu, naturalne jest, że od czasu do czasu rzucisz okiem na zegarek.

Ale jeśli wytrwasz w tych regularnych wizytach, miesiąc po miesiącu, rok po roku, to poznasz swoją mamę głębiej niż kogokolwiek innego, a ona tak samo pozna ciebie. Stanie się tak, ponieważ w relacji o tak wysokim stopniu poznania prawdziwa więź wytwarza się pod powierzchnią naszych rozmów. W ten sposób poznajemy siebie nawzajem – poprzez samo przebywanie ze sobą.

Z modlitwą jest tak samo. Jeśli modlimy się wiernie każdego dnia, rok w rok, możemy spodziewać się niewielkiej dawki entuzjazmu, sporej ilości nudy oraz ciągłych pokus, by spojrzeć na zegarek. Pod powierzchnią jednak wzrastać będzie prawdziwie intymna relacja – głęboka i coraz mocniejsza więź z Bogiem.

modlitwa_nasza_najglebsza_tesknota_3d_z_tlem

Ronald Rolheiser OMI

Oblat Maryi Niepokalanej, teolog duchowości, autor książek