• 7 stycznia 2015
  • komentarzy
  • 2638 osób przeczytało
  • to!

Słuchaj swojego wstydu

Na pytania młodych odpowiada bp Grzegorz Ryś

Jak znaleźć dobrą żonę, dobrego męża?
Z chrześcijańskiego punktu widzenia małżeństwo jest powołaniem – i to powołaniem, które muszą odczytać jednocześnie dwie osoby. Chociaż człowiekowi – zwłaszcza współczesnemu – trudno to zrozumieć, powołanie jest wydarzeniem. Dzisiaj wydaje nam się, że powołanie jest zapisane w naszych predyspozycjach i pragnieniach. Każdy może w sobie nosić pragnienie małżeństwa i niemal każdy ma ku temu predyspozycje, a jednak nie wszyscy wybierają tę drogę. Pewnie trzy czwarte ludzkości, albo i więcej, ma w sobie pragnienia życia w małżeństwie, znalezienia męża, żony i przekazania życia dzieciom. To jednak nie wystarczy, musi się coś wydarzyć – trzeba spotkać tę drugą osobę, którą chciałoby się mieć za współmałżonka i za matkę czy ojca dla swoich dzieci. Co ważniejsze, ta druga osoba musi odkryć to samo w stosunku do nas. Ludzie wierzący przeżywają to wydarzenie razem przed Panem Bogiem. Próbują wspólnie odczytać, czy Pan Bóg „zadaje” im tego mężczyznę czy tę kobietę, i czy on czy ona jest dla nich wyrazem miłości Boga do nich. Dlaczego obecnie znalezienie tej drugiej osoby staje się problemem? Bo wielu ludzi szuka idealnych mężów i żon, a to jest postawienie sprawy na głowie. Doskonałość w małżeństwie jest celem, a nie punktem wyjścia. Ten błąd popełniają dzisiaj młodzi ludzie niemal masowo. Chodzą ze sobą latami i przez cały czas sprawdzają się nawzajem, czy to na pewno jest ten ideał czy nie. Po kilku latach są już tak zmęczeni tym wzajemnym testowaniem się, że w końcu się rozchodzą. W Liście do Efezjan święty Paweł pisze, że małżeństwo chrześcijańskie odwzorowuje stosunek Chrystusa do Kościoła (Ef 5,21-32). Ten tekst wydaje się bardzo teoretyczny, ale wszystko wskazuje na to, że Paweł miał rodzinę. W momencie, w którym spotkał Chrystusa, był już wdowcem. Wiedział jednak, co to znaczy być małżonkiem. Z perspektywy tego swojego doświadczenia Paweł pisze tak: „Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić” (Ef 5,25), aby go oczyścić i postawić przed sobą czysty , nieskalany, bez skazy. Z tego tekstu wynika, że gdy Chrystus wydaje samego siebie za Kościół, to ten Kościół wcale nie jest idealny, nieskalany. To dopiero małżeństwo z Chrystusem go uświęca. Małżeństwo jest sakramentem i źródłem łaski. Budując na tej łasce i na Chrystusie, dwoje ludzi połączonych tym sakramentem staje się coraz lepszym małżeństwem. Po kolei znikają między nimi skazy, mankamenty, niedoskonałości. I o to właśnie chodzi. Jeśli natomiast szukamy idealnego męża czy żony, to skazujemy się na porażkę, bo takich ludzi nie ma. Czasem komuś wydaje się, że znalazł kogoś takiego. Pobierają się, a tydzień po ślubie różowe okulary spadają. Wtedy jest dramat, bo „to nie tak miało być”, i się rozchodzą.  Małżeństwo chrześcijańskie musi być zbudowane na Chrystusie, a nie na naszych pragnieniach i oczekiwaniach. Trzeba odczytywać, czego chce Pan Bóg. To nas odróżnia w myśleniu o małżeństwie od ludzi niewierzących. To nie jest tylko ślub w kościele, który polega na tym, że dwoje ludzi podpisuje jakiś kontrakt, bierze na siebie pewne zobowiązania, a całe zajście odnotowane jest w książce. Jeśli mówimy, że małżeństwo jest sakramentem, to znaczy, że naprawdę jest widzialnym znakiem niewidzialnej łaski. Dzisiaj wielu ludzi żyje ze sobą bez ślubu. Księża nieraz mają pokusę, żeby myśleć na skróty, i pytają ich, czy są jakieś przeszkody do zawarcia małżeństwa. Tymczasem brak przeszkód to nie jest jeszcze powód, aby zawierać małżeństwo. Dlaczego oni tak naprawdę się nie pobierają, jeśli nie mają formalnych przeszkód? Dlatego, że nie mają wiary. To jest o wiele poważniejszy problem. To nie jest kwestia prawna. To jest kwestia wiary. Jeśli ktoś wierzy, to rozumie, że małżeństwo nie jest tylko formalnością, ale źródłem łaski, i wchodzi w nie po Bożemu. Jeśli zaś nie ma wiary, to choćby mu wszystkie przeszkody spod stóp usunąć i modły nad nim odprawiać, nic to nie da.

Dlaczego warto wytrwać w czystości przedmałżeńskiej?
Dla mnie przekonującym wykładem na temat miłości między mężczyzną a kobietą jest katecheza Jana Pawła II. Czasem zastanawiam się nad tym, co z nauczania Jana Pawła II zostanie w Kościele, i za każdym razem dochodzę do przekonania, że to będzie właśnie to, czego uczył o związku między kobietą a mężczyzną. Ile razy musiałem mówić na ten temat, używałem katechezy papieskiej i nigdy nie trafiłem na żaden opór po stronie słuchaczy. Punktem wyjścia jest stwierdzenie, że życie seksualne, erotyczne jest wartością w życiu człowieka. Papież używa pojęcia „mowa ciała” – przez ciało człowiek wyraża prawdę. Tak jak wyraża ją słowami, tak samo wyraża ją też ciałem. I tak samo jak człowiek może kłamać słowami, tak samo może kłamać w mowie ciała. Współżycie jest oddaniem się ciałem jednej osoby drugiej osobie. Jeśli podejmujesz współżycie, to w mowie ciała oddajesz się komuś w całości. Jeśli nie decydujesz się przy tym na małżeństwo, to twoje ciało kłamie. Dlaczego? Ludzie odkładają decyzję o małżeństwie, bo mają wątpliwości, czy to jest naprawdę ta osoba, z którą chcą spędzić całe życie. Małżeństwo jest całkowitym oddaniem się drugiej osobie na zawsze. Współżycie jest wyrazem tego oddania. Natomiast jeśli oddajesz swoje ciało we współżyciu, ale nie oddałeś siebie jako osoby, to ten gest jest fałszywy – uczyniony na wyrost, za wcześnie. Jan Paweł II głosił te nauki podczas katechez środowych, one zostały potem zebrane i wydane w książce pod tytułem Mężczyzną i niewiastą stworzył ich. Nie jest to łatwa lektura, ale warto się przez nią przebić. Jest w niej na przykład fantastyczne wyjaśnienie wstydu. Papież pisze, że wstyd jest reakcją obronną człowieka. Nie rozbieramy się przed byle kim, bo nie wiemy, co on zrobi z naszą nagością. Nie obawiamy się rozebrać przed lekarzem, bo wiemy, że to jest potrzebne, żeby mógł nas leczyć. Gdybyśmy jednak usłyszeli, że ten lekarz w inny sposób wykorzystuje nagość swoich pacjentów, to się już przed nim nie rozbierzemy. Jeśli się wstydzisz przed kimś rozebrać, to znaczy, że nie masz do niego zaufania. Najgłupsza rzecz, jaką może zrobić ten drugi człowiek, to przełamywać twój wstyd. Jeśli naprawdę chce go przełamać, niech się okaże kimś godnym twojego zaufania. Niejeden raz młodzi ludzie pytają, jakie gesty czułości są dozwolone przed ślubem, a jakie nie. Co jest grzechem lekkim, a co ciężkim w tej materii? Papież odpowiada na te wszystkie wątpliwości: „Słuchaj swojego wstydu”.

Dlaczego antykoncepcja w małżeństwie jest zabroniona, a naturalne metody zapobiegania poczęciu są akceptowane, a nawet chwalone?
Jeżeli chodzi o współżycie w małżeństwie, to od czasów Pawła VI nauczanie Kościoła jest niezmienne. Paweł VI napisał na ten temat encyklikę Humanae vitae, za którą był ostro krytykowany i która do dziś ma wielu oponentów. W tej encyklice jest przepiękny tekst o tym, że współżycie w małżeństwie służy przede wszystkim wyrażeniu miłości – i to jest jego pierwszy cel, a drugim jest prokreacja. Obydwa te cele są ze sobą związane, nie przez człowieka, tylko przez Pana Boga. Bóg jest dawcą życia, więc otwarcie na poczęcie dziecka jest aktem konkretnego zawierzenia Panu Bogu. Ten sposób myślenia nie przekonuje jednak kogoś, kto swoją wiarę przeżywa nie jako pełną zaufania relację z Bogiem, ale jako system zakazów i nakazów.

Czy istnieje pojęcie rozwodu kościelnego?
Nie. W Kościele istnieje za to pojęcie nieważności małżeństwa. Małżeństwo czyni zgoda narzeczonych i jeśli zostało zawarte w sposób ważny, to jest nierozerwalne. Mogą jednak wystąpić przeszkody w  uznaniu małżeństwa za ważne. Zależy to od tego, w jaki sposób narzeczeni złożą przysięgę. Jeżeli coś tę przysięgę małżeńską obciąża, na przykład zatajenie ważnej dla związku sprawy, to czyni te wzajemne zobowiązania nieważnymi. Kościół może wtedy orzec, że małżeństwo było zawarte w sposób nieważny. Małżeństwo w Kościele cieszy się życzliwością prawa i uznaje się je za ważne tak długo, dopóki Kościół nie przeprowadzi całej procedury i w sposób ostateczny uzna, że było nieważne od samego początku. Nie może sobie ktoś, ot tak, powiedzieć: „Aa, wydaje mi się, że ja chyba coś pokręciłem w trakcie składania przysięgi małżeńskiej. Tamtego dnia nie byłem do końca przytomny, wieczór wcześniej zabawiliśmy się z kolegami i nie wiem do końca, co przyrzekłem”. Takie stwierdzenie niczego nie unieważnia.

Polecamy: Czy wiara ma sens? Na pytania młodych odpowiada bp Grzegorz Ryś, Wydawnictwo M, Kraków 2014