• 21 października 2015
  • komentarzy
  • 2074 osób przeczytało
  • to!

Papież niespodzianek- zrozumieć Franciszka

W nocy po wyborze nie mógł zasnąć. Po kolacji w Domu św. Marty jego bracia kardynałowie – bo pozostał przy tej formie zwracania się do kardynałów – udali się do swoich sypialni. Jednak gdy oni ułożyli się już do snu, Franciszek otworzył drzwi swojego pokoju i wyszedł na korytarz. Zdjął białą papieską sutannę i przebrał się w czarne spodnie i czarny płaszcz – w takim stroju zazwyczaj podróżował metrem po Buenos Aires. Watykańscy urzędnicy usłyszeli od nowego papieża zaskakujące pytanie, czy jest jakiś wolny samochód, bo chce się udać na przejażdżkę. Wezwano kierowcę i ten sam człowiek, który kilka godzin wcześniej mówił o sobie z naciskiem, że jest tylko biskupem Rzymu, teraz małym, niczym się niewyróżniającym samochodem przemierzał ulice miasta, przyglądając się świętującym tłumom.

Następnego ranka wyszedł ze swego pokoju o piątej czterdzieści pięć w czarnym pulowerze, spodniach i butach i skierował się do kaplicy w tymże Domu św. Marty. Pracownicy ochrony spoglądali po sobie zdumieni. A gdzie strój papieski? A może zapomniał, że jest papieżem? Nic z tych rzeczy. Zainicjował sposób postępowania, pokazujący personelowi w Watykanie, że papież będzie robił to, co zawsze robił Bergoglio. A Bergoglio zaczynał dzień od dwugodzinnej modlitwy przed tabernakulum. Po modlitwie i śniadaniu, które spożył w towarzystwie sześciu innych kardynałów, podobnie jak on rannych ptaszków, i po raz kolejny korzystając ze zwykłego samochodu, a nie papieskiej limuzyny, przyjechał tuż przed ósmą do pochodzącej z V wieku bazyliki Matki Boskiej Większej. Miał z sobą niewielki wianek z białych i żółtych róż. Tutaj, w tym najstarszym kościele w Rzymie poświęconym Matce Bożej, Franciszek modlił się za mieszkańców tego miasta, tak jak im obiecał poprzedniego wieczoru. Najpierw zatrzymał się przed pochodzącym z Bizancjum wizerunkiem Matki Boskiej jako Salus Populi Romani – Ocalenie Ludu Rzymskiego. Modlił się także przed ołtarzem, przy którym pierwszą mszę odprawił założyciel jezuitów, św. Ignacy Loyola, a także przy grobie św. Piusa V, papieża i dominikanina, który zapoczątkował zwyczaj noszenia białej sutanny przez biskupa Rzymu, ponieważ nie chciał zrezygnować ze swego dominikańskiego habitu. Kiedy pracownicy ochrony chcieli zamknąć na czas jego pobytu kościół przed wiernymi, Franciszek zaprotestował: „Zostawcie ich. Ja też jestem pielgrzymem”. Jednak pracownicy ochrony za jego plecami i tak zrobili swoje i wyprosili ludzi ze świątyni. Watykańska machina nie wyzbędzie się swoich dawnych nawyków bez walki. Wychodząc z bazyliki, dostrzegł księży w konfesjonałach i zwrócił się do nich ze słowami: „Bądźcie łagodni. Bądźcie miłosierni, dusze wiernych potrzebują miłosierdzia”. Na koniec zatrzymał się na podwórku pobliskiej szkoły, żeby pozdrowić dzieci, które tłumnie wyległy mu na spotkanie.

W drodze powrotnej do Watykanu Franciszek poprosił kierowcę, żeby zatrzymał się przy domu noclegowym, w którym mieszkał przez dwa tygodnie poprzedzające konklawe. Wysiadając na wykładanym elegancką kostką dziedzińcu zdobionego pozłacanymi stiukami budynku, pokonał kilka schodów i mijając lekko zaśniedziałe popiersie papieża Pawła VI, skierował się do recepcji. Poprosił o przyjście wszystkich członków personelu, żeby – jak powiedział – podziękować za troskliwość i opiekę, których doświadczył w ciągu dwóch ostatnich tygodni. Następnie wręczył recepcjoniście swoją kartę kredytową, by zapłacić za pobyt. „I proszę nie zapomnieć dopisać do rachunku rozmów telefonicznych” – dodał. Skołowani pracownicy domu noclegowego zaczęli oponować i mówić, że jako papież nie musi płacić. „Przeciwnie – odparł Franciszek – właśnie dlatego muszę dawać dobry przykład”. Gdy przygotowywano rachunek, papież powiedział, że pójdzie na górę do swojego pokoju spakować rzeczy. Zanim jednak to zrobił, spytał recepcjonistę, czy ma już żarówkę do lampki nocnej, która przepaliła się w jego pokoju, o czym informował recepcję. Przyniesiono zatem żarówkę. Gdy Franciszek już wyszedł z pokoju z czarną sfatygowaną walizką i starą teczką i zapłaciwszy rachunek, udał się z powrotem do Watykanu, okazało się, że żarówka została wymieniona.

Po powrocie do Watykanu Franciszek otrzymał klucze do apartamentów papieskich w Pałacu Apostolskim, znajdującym się tuż obok Bazyliki św. Piotra. Zgodnie z tradycją zostały one zapieczętowane, gdy opuścił je Benedykt XVI. Franciszek złamał pieczęcie, by – jak sądzili ludzie z jego otoczenia – wziąć w posiadanie swój nowy dom, podobnie jak czynili to wszyscy papieże od czasów Piusa X, który wprowadził się tutaj jako pierwszy w 1903 roku. Apartamenty papieskie składają się z gabinetów biskupa Rzymu i jego dwóch osobistych sekretarzy, kaplicy i pokojów mieszkalnych dla papieża, sekretarzy i osób, które prowadziły mu dom – w czasach Benedykta były to cztery prowadzące życie konsekrowane członkinie ruchu Comunione e Liberazione. Reakcja Franciszka po złamaniu pieczęci wprawiła personel Watykanu w osłupienie. Rozejrzawszy się po apartamentach, oświadczył krótko: „To są pomieszczenia dla trzystu ludzi. Nie potrzeba mi aż tyle miejsca”.

Podobną reakcję wzbudził u niektórych kardynałów swoją homilią wygłoszoną podczas mszy na zakończenie konklawe, odprawianej w Kaplicy Sykstyńskiej. Powiedział wtedy: „Kiedy idziemy bez krzyża […] nie jesteśmy uczniami Pana: jesteśmy światowi, jesteśmy biskupami, kapłanami, kardynałami, papieżami, ale nie uczniami Pana”. Kardynałowie nie byli przyzwyczajeni do tego, by ktoś, a zwłaszcza papież, sugerował im, że nie są prawdziwymi uczniami Chrystusa. Nie tylko słowa papieża Franciszka zbiły niektórych z tropu, ponieważ kazał on ponadto przestawić ołtarz w Kaplicy Sykstyńskiej, tak by mógł celebrować mszę twarzą do zgromadzenia. Tymczasem papież Benedykt w ostatnich latach wrócił do starej praktyki celebrowania mszy ad orientem, czyli plecami do ludu, co było normą przed II Soborem Watykańskim. Franciszek dał wyraźnie do zrozumienia, że z praktyki przedsoborowej zrezygnowano ze słusznego powodu, po to by wierni czuli się bardziej włączeni w liturgię Kościoła. Nawet jeśli kiedyś w to wątpił, przyswoił sobie tę prawdę w slumsach Argentyny.

Franciszek wykorzystał także okazję, jaką była pierwsza papieska msza, by wysłać inne sygnały. Dzierżył w dłoni pastorał Benedykta, co miało być oznaką ciągłości, ale nie włożył żadnej z jego ozdobnych mitr, wybierając zamiast tego prostą mitrę, z brązowym wykończeniem, na cześć św. Franciszka. Najbardziej uderzające było jednak to, że zamiast wygłosić przygotowaną dla niego przez Sekretariat Stanu homilię po łacinie (jeszcze jedna szacowna tradycja), mówił z głowy, po włosku, przedstawiając refleksję nad dopiero co czytanym fragmentem Ewangelii; co więcej, mówił, stojąc przy pulpicie, jak każdy ksiądz parafialny, a nie siedząc na papieskim tronie, jak robili to wcześniej papieże.

Kolejne dni pokazały jeszcze wyraźniej, jakie będą priorytety nowego pontyfikatu. W piątek, czyli dwa dni po wyborze, Franciszek zadzwonił do generała Towarzystwa Jezusowego, zakonu, który go uformował. Rzym i reszta świata musiały się przyzwyczaić do nowego precedensu, że oto papież sam dzwoni, dokąd chce. Recepcjonista w rzymskiej siedzibie jezuitów, Borgo Santo Spirito, nie wierzył własnym uszom, słysząc w słuchawce słowa: „Dzień dobry, mówi Franciszek, biskup Rzymu. Chciałbym rozmawiać z ojcem generałem”. Telefon papieża był odpowiedzią na list gratulacyjny, który właśnie otrzymał od przełożonego zakonu, ojca Adolfa Nicolása. Generał napisał bardzo ciepły list, mający odsunąć w przeszłość napięcia między zakonem a człowiekiem, który został pierwszym papieżem jezuitą. „Halo, tu Bergoglio” stało się zwrotem otwierającym wiele relacji dziennikarskich o tym, jak papież Franciszek dzwoni do starych znajomych w Rzymie i Argentynie i do sklepikarzy czy kioskarzy w Buenos Aires. Nowy papież bratał się z ludźmi, jak nie czynił tego dotąd żaden następca św. Piotra.

Tego samego dnia w przemówieniu do Kolegium Kardynalskiego, kończącym konklawe, papież Franciszek dał wyraz optymizmowi i intensywności swojej wiary. Wyraził w nim uznanie dla decyzji papieża Benedykta XVI o rezygnacji z urzędu, widząc w niej „odważny i pokorny gest”. Potem dodał, że kardynałowie są – jak mu powiedziano – „kapłanami Ojca Świętego”. Wspólnota, przyjaźń i bliskość, które zrodziły się między nimi w ostatnich dniach, będą służyć dobrze Kościołowi w przyszłości. Powinni wrócić do swoich diecezji i, nie poddając się goryczy, pesymizmowi i zniechęceniu, przez które diabeł chce ich usidlić każdego dnia, powinni kontynuować swoją posługę „ubogaceni doświadczeniem tych dni, tak bardzo napełnionych wiarą i kościelną komunią”.

W następną sobotę miał miejsce kolejny precedens. Papież zaprosił przedstawicieli światowych mediów akredytowanych w Rzymie, by relacjonować przebieg konklawe, na konferencję prasową. Jeszcze jako arcybiskup Buenos Aires starał się o dobre relacje z mediami, które w jego przekonaniu odgrywały kluczową rolę w rozpowszechnianiu orędzia Kościoła. Chociaż rzadko udzielał wywiadów, często nieofi cjalnie wypowiadał się dla prasy i przekazywał codziennie, a czasem dwa razy dziennie, informacje swemu doradcy prasowemu. Szef watykańskiego biura prasowego, ojciec Federico Lombardi, zresztą także jezuita, który rzadko kiedy widywał się z Benedyktem XVI, miał obecnie bezpośredni dostęp do papieża. Franciszek dał do zrozumienia służbom prasowym Watykanu, że to, co zamierza powiedzieć podczas swojej pierwszej konferencji prasowej, uważa za szczególnie ważne. To właśnie tym dwom tysiącom dziennikarzy opowiedział, co sprawiło, że wybrał imię Franciszek. To wtedy obwieścił to, co miało być głównym wątkiem jego pontyfi katu. „Chciałbym ubogiego Kościoła dla ubogich” – powiedział.

Zakończył konferencję jeszcze jednym wyraźnym sygnałem. Już wcześniej mówił o szacunku, jaki żywi dla ateistów, a na końcu spotkania powiedział: „Ponieważ wielu z was nie należy do Kościoła katolickiego, a inni to osoby niewierzące, udzielam tego z serca płynącego błogosławieństwa w milczeniu, każdemu z was, szanując sumienie każdej osoby, świadom zarazem tego, że każdy i każda z was jest dzieckiem Boga”. Te słowa zastąpiły tradycyjne błogosławieństwo, na które czekali dziennikarze katoliccy. Wielu niekatolików przywitało radośnie tę zmianę, widząc w niej dowód większej wrażliwości na osoby niewierzące.

Następnego dnia, w niedzielę, Franciszek wysłał kolejny sygnał wskazujący na jego intencje. Wówczas, dwa dni przed ofi cjalnym rozpoczęciem pontyfi katu, po raz pierwszy przewodniczył modlitwie Anioł Pański z balkonu Bazyliki św. Piotra. Zgodnie z dotychczasowym zwyczajem papież powinien przemówić w wielu językach. Chociaż Franciszek zna hiszpański, włoski, francuski, niemiecki, trochę angielski, a nawet ukraiński, mówił w czasie tego południowego spotkania z wiernymi tylko po włosku. To, co chciał w ten sposób pokazać, podkreślił dwa tygodnie później, kiedy po raz pierwszy udzielał błogosławieństwa wielkanocnego. Zgodnie z tradycją Watykan przygotował pozdrowienia dla wiernych w sześćdziesięciu pięciu językach, ale Franciszek postanowił, że nie będzie ich czytać. Znowu mówił tylko po włosku, podkreślając po raz kolejny, że chce być postrzegany nie jako papież, ale jako biskup Rzymu, i dając do zrozumienia, że rezygnuje z imperialnej koncepcji papiestwa i pragnie powrócić do historycznych korzeni tego urzędu.

Tego rodzaju koncepcja znalazła jeszcze wyraźniejsze odzwierciedlenie w samej inauguracji pontyfi katu. Przede wszystkim nowy papież zdecydował się nie wybierać specjalnych czytań na mszę inauguracyjną. Na szczęście zbliżał się dzień, który miał dla niego wielkie osobiste znaczenie: we wtorek 19 marca przypadała uroczystość św. Józefa, patrona kościoła z czasów młodzieńczych Bergoglia, w którym po raz pierwszy usłyszał głos powołania, a także patrona Colegio Máximo, gdzie odbył zasadniczą część swojej jezuickiej formacji. Decyzja, by pozostać przy czytaniach z dnia, korespondowała z miłością Franciszka do kalendarza świętych, a także z przeświadczeniem, że Boga należy znajdować w tym, co zwyczajne, a nie w tym, co szczególne. Chociaż na inaugurację pontyfi katu przybyli przywódcy polityczni i religijni z całego świata, Franciszek zrobił wszystko, co mógł, by zredukować wystawność tej uroczystości. Włożył tę samą mitrę i ornat, których używał, odkąd był biskupem. Jego pierścień papieski należał wcześniej do sekretarza papieża Pawła VI; był z pozłacanego srebra, czym różnił się od pierścieni jego poprzedników, wykonanych w całości ze złota. Stonował liturgię, a towarzysząca jej muzyka była znacznie prostsza niż za czasów Benedykta XVI, mającego upodobanie do koronek i łaciny. Poprosił, by homagium nie składał każdy kardynał z osobna, ale by złożyło je symbolicznie sześciu kardynałów, po dwóch z każdego stopnia: dwóch kardynałów biskupów, dwóch kardynałów prezbiterów i dwóch kardynałów diakonów.

Znacznie ważniejsze było dla niego to, że to pierwsza inauguracja pontyfikatu, w której miał uczestniczyć naczelny rabin Rzymu. Już pierwszego dnia swego pontyfi katu Franciszek wysłał zaproszenie do przewodniczącego wspólnoty żydowskiej w Rzymie, Riccarda Di Segniego, odwołując się do idei II Soboru Watykańskiego. Zaprosił także Bartłomieja, patriarchę Konstantynopola, który stał się tym samym pierwszym od bez mała tysiąca lat przywódcą Kościoła prawosławnego obecnym na inauguracji pontyfikatu. To śmiały krok, i to z obu stron, i może on być zwiastunem ocieplenia relacji ekumenicznych między Kościołem prawosławnym a Kościołem rzymskokatolickim. Chcąc wyrazić swoją wdzięczność za przyjęcie zaproszenia, papież Franciszek nakazał, by Ewangelia podczas liturgii słowa w czasie mszy inauguracyjnej została odśpiewana nie po łacinie, lecz po grecku. „Nigdy nie zapominajmy – powiedział Franciszek – że prawdziwą władzą jest służba i że także papież, by sprawować władzę, musi coraz bardziej pełnić tę posługę”.

Gdy dni przechodziły w tygodnie, papież Franciszek pokazywał raz za razem, przez znaki i symbole, że nadeszła zmiana, i to ogromna zmiana. Być może najbardziej radykalną z jego decyzji było postanowienie, by nie przeprowadzać się do Pałacu Apostolskiego, gdzie w apartamentach papieskich może mieszkać trzysta osób, i pozostać w Domu św. Marty, urządzonym po spartańsku i wybudowanym w XX wieku domu noclegowym dla księży i biskupów przybywających do Watykanu na spotkania i konferencje. Decyzja ta, podobnie jak jego dawne postanowienie, by poruszać się po Buenos Aires autobusem i metrem, wynikała po części z pragmatyzmu. Pozwalała mu pozostawać w bliskim kontakcie z innymi księżmi i biskupami bez ryzyka, że watykańscy urzędnicy odetną go od informacji z zewnątrz. Był to równocześnie mocny sygnał wysłany do świata, mówiący o jego nadziei „ubogiego Kościoła dla ubogich”: mówiący także Kościołowi, że jest oto papież, dla którego miarą prawdziwości przesłania ewangelicznego jest autentyczność. Franciszek wzmocnił swój przekaz, decydując się pozostać w czasie najbardziej upalnych letnich miesięcy w Rzymie i nie przenosić się do zapewniającej więcej chłodu letniej rezydencji papieskiej w Castel Gandolfo położonej wśród wzgórz, na południe od miasta. Jak powiedział Lombardi, był to jego znak solidarności z ubogimi, których nie stać na wakacyjne wyjazdy.

Takie i podobne gesty pojawiały się jedne po drugich. Na swoją poranną mszę zaprosił kiedyś ogrodników i osoby sprzątające, pracujących w Watykanie. W niedzielę przewodniczył liturgii w tamtejszym kościele św. Anny, do którego na msze uczęszczali pracownicy Watykanu; stanął przed świątynią, by się z nimi przywitać, jak robią to zwykli księża. Ktoś sfotografował go ukradkiem telefonem komórkowym, gdy siedzi pokornie w ostatnim rzędzie ławek w kaplicy w czasie medytacji poprzedzającej mszę, miast zająć eksponowane miejsce przed ołtarzem. Po Watykanie poruszał się pieszo, nie korzystając z samochodu. Całą godzinę po audiencji środowej spędzał na rozmowach z osobami na wózkach inwalidzkich albo kazał kierowcy swojego papamobile zatrzymać się, by mógł uścisnąć jakąś osobę niepełnosprawną. Kiedy tłumy skandowały jego imię, powiedział, że powinny skandować imię Jezusa. Obrał sobie prosty papieski herb, postanawiając zarazem – co uderzające – nie umieszczać go na żadnych sztandarach, jak czynili to jego poprzednicy. Odbył krótkie spotkanie z członkiniami stowarzyszenia Babć z Plaza de Mayo poszukującymi dzieci i wnuków zaginionych w czasie rządów junty wojskowej w Argentynie, dla których nie znalazł czasu, gdy był arcybiskupem Buenos Aires. W samym Watykanie pokazał, że nie podoba mu się panująca dzisiaj w świecie zasada przyznawania różnych bonusów, i zabronił wypłaty tysiąca pięciuset euro – sumy, którą tradycyjnie otrzymywał każdy pracownik Watykanu przy zmianie pontyfi katu. Przestał wypłacać roczne uposażenie w wysokości dwudziestu pięciu tysięcy euro należne dotąd każdemu z pięciu kardynałów wchodzących w skład rady nadzorczej Instytutu Dzieł Religijnych, czyli watykańskiego banku. Odblokował proces kanonizacyjny zamordowanego salwadorskiego arcybiskupa Oscara Romero. W przemówieniu do osób przygotowujących się do służby dyplomatycznej w Watykanie ostrzegł je przed hołdowaniem ambicjom i karierowiczostwem. A poza tym nie było praktycznie tygodnia, by prasa nie publikowała kolejnej relacji o jego telefonach zaczynających się od słynnego „Halo, tu Bergoglio”.

Nie wszyscy jednak byli pod wrażeniem nowego papieża. Jego przeciwnicy polityczni w Argentynie uważali jego zachowanie i decyzje za błazenadę. Estela De La Cuadra, której rodzina apelowała do Bergoglia o pomoc, kiedy był jeszcze prowincjałem jezuitów, w 1977 roku, w związku z porwaniem jej brzemiennej siostry Eleny, oświadczyła:. „W rzeczywistości nie ma w nim pokory. To jego płacenie za hotel to zwykłe zagranie pod publikę”. Z kolei odrzucenie przez obecnego papieża działań Benedykta na rzecz wskrzeszenia tradycji oburzyło katolickich ultrakonserwatystów. Christian Bouchacourt stojący na czele Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X w Ameryce Południowej potępił prostotę Franciszka, uznając ją za upokarzającą i uderzającą w godność Kościoła. „Rorate Caeli”, jeden z blogów tradycjonalistów, dając wyraz swemu oburzeniu, zebrał wszystkie przewiny obecnego papieża: Franciszek zdjął publicznie stułę; usunął rząd świec, które Benedykt kazał umieścić między celebransem a zgromadzeniem; recytuje, zamiast śpiewać, niektóre modlitwy; nie kazał diakonowi uklęknąć przed sobą, gdy go błogosławił przed czytaniem Ewangelii; wygłasza homilię bez mitry; podczas liturgii splótł dłonie, zamiast trzymać je równo złożone; nie przyklęknął podczas konsekracji; udzielił pocałunku pokoju nie tylko koncelebransom, ale również diakonom. Co gorsza, uskarżali się tradycjonaliści, tego rodzaju wpadki nie ograniczały się wyłącznie do liturgii. Poprosił kardynałów, żeby zamiast czerwonej sutanny nosili czarną; rozmawiając z patriarchą Konstantynopola, siedział nie na tronie, a w zwykłym fotelu; wbrew temu, co nakazuje protokół, posługiwał się telefonem; przyjmując prezydent Argentyny, pił publicznie yerba mate, gdy tymczasem papieże nie powinni publicznie pić lub jeść, z wyjątkiem sprawowania Eucharystii; chciał, by generał jezuitów zwracał się do niego po prostu po włosku „tu” („ty”) zamiast „Wasza Świątobliwość”; na dokumentach podpisywał się po prostu „Franciscus”, pomijając skrót „PP” (Pontifex Pontifi cum). Co więcej, nie nosił czerwonych butów, białych skarpetek ani nawet spinek do mankietów! Oburzeni ultrakonserwatyści widzieli w tych godnych pożałowania błędach całkowitą protestantyzację urzędu papieża.

Franciszek jednak miał w zanadrzu jeszcze większe skandale. Wprowadził zwyczaj, że na odprawianą przez siebie codziennie o siódmej rano mszę w liczącej około pięćdziesięciu miejsc kaplicy Domu św. Marty zapraszał różnych gości i pracowników Watykanu. Wygłaszał zawsze przy tej okazji z głowy homilię poświęconą czytaniom z danego dnia. Homilie te cechują się spontanicznością, Franciszek używa w nich potocznego języka i porównań, co zresztą stało się wyróżniającą cechą także innych papieskich kazań. Mówił na przykład, że „Kościół nie może być niańką, która opiekuje się dzieckiem tak, aby je uśpić”, a miast tego powinien być dla nich matką. W innej homilii ośmieszył wyobrażenie „boga w sprayu” – wyobrażenie bezosobowej „duchowej kąpieli w kosmosie” rodem z New Age, a więc w Bogu, który „miałby być wszędzie po trosze”. Ostrzegał osoby niepodzielające jego wiary w to, że zło, podobnie jak dobro, jest siłą osobową: „Kto nie modli się do Boga, modli się do diabła”. Następnie krytykował „chrześcijan satelitów”, których postępowaniem kierują „rozsądek” i „rozwaga światowa” miast Ewangelii. Przy innej okazji była mowa o księżach, którzy „zamieniają się w swego rodzaju kolekcjonerów antyków albo nowinek”, zamiast być pasterzami „pachnącymi jak owce”. Szaty liturgiczne księdza podczas mszy nie są „jedynie dekoracją i upodobaniem do bogatych strojów, lecz obecnością chwały naszego Boga”. II Sobór Watykański był „pięknym dziełem Ducha Świętego” i nie można cofnąć czasu, zaś ci, którzy sprzeciwiają się zmianie, powinni miast tego zapytać siebie: „Czy po pięćdziesięciu latach wypełniliśmy wszystko to, co Duch nam powiedział na Soborze?”. W innej homilii podczas mszy, w której uczestniczyli pracownicy Banku Watykańskiego, powiedział, że ich instytucja jest potrzebna jedynie w pewnej mierze, przypominając im zarazem, by nigdy nie tracili z oczu tej historii miłości, którą Kościół ma do przekazania ludziom. Podczas spotkania z pracownikami Kongregacji Nauki Wiary egzekwującymi poprawność nauczania w Kościele wypowiedział się żartobliwie o początkach tej instytucji, co bynajmniej nie rozbawiło niektórych spośród obecnych, wywołało za to uśmiech na twarzach słuchaczy Radia Watykańskiego nadającego relację z tego wydarzenia. W ogóle należy pamiętać, że ofi cjalny organ prasowy Watykanu „L’Osservatore Romano” dokonuje redakcji papieskich homilii z Domu św. Marty, natomiast Radio Watykańskie z radością je upowszechnia w oryginalnej formie, w nowym duchu otwartości, jaki zapanował w Rzymie.

Te mówione z głowy homilie, które udostępniało Radio Watykańskie, były następnie w różny sposób rozpowszechniane przez dziennikarzy. Różne ośrodki medialne podkreślały w nich to, co odpowiadało ich interesom politycznym, kościelnym lub świeckim. Proponowane interpretacje były często stronnicze, nacechowane ignorancją lub świadomie kłamliwe, jak wówczas, gdy Franciszek oświadczył, że Jezus odkupił każdego, nie wyłączając ateistów, do których ten papież powiedział: „Czyń dobro, a znajdziemy wspólny grunt”. Media zareagowały nonsensownymi komentarzami na temat zbawienia, nieomylności nauczania papieskiego, nieba i piekła. Wydaje się jednak, że ryzyko opacznej interpretacji nie zniechęci papieża do stosowania w swoich homiliach stylu określanego przez św. Augustyna jako sermo humilis, zgodnie z którym nawet najbardziej przyziemne i potoczne wyrażenia mogą stać się święte, jeśli wykorzystamy je w służbie Bogu. W wypadku Franciszka jego spontaniczne wypowiedzi znajdują potwierdzenie w jego wizji Kościoła, kiedy mówi: „wolę raczej Kościół poturbowany, poraniony i brudny, bo wyszedł na ulice, niż Kościół chory z powodu zamknięcia się w sobie”.

Zachowanie i słowa papieża zmieniły zasadniczo nastroje w Rzymie. „Dzisiaj Rzym jest beztroski i uśmiechnięty – powiedział mi jeden z kardynałów. – Atmosfera znacznie się zmieniła”. Jeden z biskupów kurii oznajmił coś podobnego: „Wielu członków Kościoła czuje, że potrafi ą teraz powiedzieć coś, czego nie ośmieliliby się powiedzieć wcześniej”. W podobnym tonie wypowiedział się jeden z teologów: „My, teolodzy moralni, obawialiśmy się tego, kto będzie nowym papieżem, ale teraz jesteśmy już spokojni”.

Wszystkie te znaki i formy komunikacji proponowane przez papieża Franciszka były do tego stopnia uderzające, że po stu dniach od konklawe, kiedy watykaniści zaczęli jak zwykle w takich wypadkach przedstawiać pierwsze oceny pontyfikatu, wielu z nich zawyrokowało, że pomimo tych znaków i symboli nie nastąpiła w tym czasie żadna znacząca zmiana. Nie było to do końca prawdą. Jedna z pierwszych decyzji Franciszka, wskazująca na charakter jego polityki, dotyczyła podjętych wcześniej ze strony Watykanu działań mających przywołać do porządku zakonnice w Stanach Zjednoczonych. Konserwatyści w kurii twierdzą, że amerykańskie siostry zakonne zbyt wiele uwagi poświęcają kwestiom niesprawiedliwości społecznej i ekonomicznej, nie angażując się dostatecznie mocno w przeciwdziałanie aborcji czy małżeństwom osób tej samej płci, a nawet wchodząc w dialog z radykalnymi feministkami kwestionującymi nauczanie Kościoła. Media donosiły, że papież Franciszek potwierdził wcześniejszy zamiar Watykanu, by ukrócić niewłaściwe działania zakonów żeńskich w Stanach Zjednoczonych. Jednak oświadczenie Franciszka było niejednoznaczne, a ponadto inne sygnały z Watykanu wskazywały, że przyjęto zasadę „pożyjemy, zobaczymy”. Że tak właśnie było, wynikało z relacji po spotkaniu papieża z księżmi i zakonnicami z Ameryki Łacińskiej, z których można się było dowiedzieć, że Franciszek dał do zrozumienia uczestnikom spotkania, iż nie powinni się zbytnio martwić, jeśli zajmie się nimi Kongregacja Nauki Wiary, i kontynuować swą dobrą pracę gdzie indziej.

Nie było natomiast żadnej niejednoznaczności w zdecydowanym pierwszym kroku, który papież Franciszek uczynił na drodze do reform w kierowaniu Kościołem. Kiedy papież umiera lub zrzeka się urzędu, wszystkie osoby kierujące różnymi organami administracyjnymi w Kościele automatycznie tracą pracę, aż do wyboru jego następcy. Tradycyjnie jedną z pierwszych decyzji nowo wybranego papieża jest przywrócenie zdecydowanej większości urzędników kurii na ich stanowiska na pięcioletnią kadencję. Jednak Franciszek nie podejmował przez kilkanaście dni żadnej decyzji, trzymając kurię w zawieszeniu. A kiedy wreszcie wydał oświadczenie, informowało ono, że osoby stojące na czele różnych kongregacji i rad papieskich mają kontynuować swoje urzędowanie donec aliter provideatur – aż do czasu podjęcia innych postanowień. Papieski rzecznik prasowy, Federico Lombardi, przekazał mediom następujący komunikat: „Ojciec Święty chce dać sobie pewien czas na refleksję, modlitwę i dialog, nim kogoś powoła lub dokona definitywnego potwierdzenia swojego wyboru”. Kluczowym terminem w komunikacie było słowo „dialog”. Co znaczące, nie było w nim jakiejkolwiek wzmianki o posiadającym największą władzę departamencie kurii, czyli Sekretariacie Stanu, którego zwierzchnik pełni w Watykanie funkcję odpowiadającą funkcji premiera.

Początkowo wielu komentatorów wskazywało na istniejącą wśród jezuitów niepisaną zasadę mówiącą, że przełożony powinien przez pierwsze sto dni po objęciu urzędu dowiedzieć się jak najwięcej o wspólnocie, zanim zacznie wprowadzać zmiany. Jedna z kluczowych technik rozeznawania w ignacjańskich Ćwiczeniach duchowych to Las Dos Banderas – Rozmyślanie o dwóch sztandarach. Jego celem jest sprawdzić czystość intencji podejmującego decyzję. W trakcie tego rozmyślania pytamy siebie, czy czasami się nie oszukujemy i czy nasze rzekome działanie w służbie Bogu nie jest zamaskowanym podążaniem za wartościami tego świata wraz z jego iluzjami bezpieczeństwa, reputacji i władzy. Papież Franciszek spędził cały miesiąc na medytacji, po czym obwieścił, że „idzie za sugestią, która pojawiła się w trakcie kongregacji generalnych poprzedzających konklawe”. Powołał do życia Radę Kardynałów, bezprecedensowy i nieformalny gabinet składający się z ośmiu kardynałów pochodzących z różnych rejonów świata, którzy mają mu doradzać, jak kierować Kościołem i reformować Watykan.

Oficjalne oświadczenie mówiło o projekcie „rewizji Konstytucji apostolskiej Pastor bonus dotyczącej kurii rzymskiej”. To skłoniło media do tego, by przyjrzeć się bliżej grupie ośmiu kardynałów (ochrzczonej przez amerykański tygodnik „National Catholic Reporter” grupą „G8”) mającej być narzędziem reorganizacji kurii w związku z ostatnimi skandalami, jakie wstrząsnęły Watykanem. Jeden z dziennikarzy żartował: „Przychodzi do głowy słynna odpowiedź Jana XXIII na pytanie, ilu ludzi pracuje w Watykanie. «Mniej więcej połowa» – odparł wówczas papież”. Jednak decyzja Franciszka była znacznie bardziej radykalna, niż sugerowały to informacje mówiące o konieczności zmniejszenia kościelnej biurokracji. Reforma kurii była drugim zadaniem wspomnianej grupy. Pierwszym było „doradzać papieżowi w kierowaniu Kościołem powszechnym”. Bliższe przyjrzenie się ośmiu kardynałom wybranym przez Franciszka sugerowało, że ich wskazówki będą miały zdecydowanie radykalny charakter. Poglądy tej ósemki były różne, ale łączyła ich ogromna niezależność myślenia. Żaden z nich nie pracował nigdy w kurii, siedmiu posiadało ogromne doświadczenie w kierowaniu diecezją i tylko jeden był Włochem. Niektórzy z nich należeli do najgłośniej wypowiadających się krytyków obecnego systemu biurokratycznego Watykanu, zabierających głos w czasie dyskusji poprzedzających konklawe.

Koordynatorem grupy mianowany został kardynał Oscar Rodríguez Maradiaga, arcybiskup diecezji Tegucigalpa w Hondurasie, człowiek o umiarkowanych poglądach i krytyk nierówności ekonomicznej, dla którego sprawą pierwszorzędną jest sprawiedliwość społeczna. Nie bez znaczenia było to, że wszedł na krótko w konfl ikt z Watykanem w 2001 roku. Był prezydentem organizacji charytatywnej Kościoła katolickiego Caritas Internationalis, gdy watykański sekretarz stanu, kardynał Tarcisio Bertone, nie zgodził się na to, by sekretarz generalny tej organizacji, pani Lesley-Anne Knight, pełniła tę funkcję przez kolejną kadencję, gdyż zdaniem Bertonego zasadniczy cel działania Caritas widziała ona w pomocy ubogim, nie zaś w szerzeniu nauczania katolickiego. Rodríguez Maradiaga stanął po jej stronie, ale przegrał, bo nie miał mocnego poparcia w Watykanie. Teraz układ sił uległ zmianie. Gdy tylko Rodríguez Maradiaga dowiedział się o swojej nominacji, poinformował dziennikarzy, że „z pewnością” zajmie się kontrowersyjnym Bankiem Watykańskim.

Międzynarodowa grupa doradców została bez wątpienia powołana do życia po to, by zapewnić papieżowi Franciszkowi globalną i zróżnicowaną perspektywę. Połowa jej członków to przewodniczący Konferencji Episkopatów na swoich kontynentach. Kardynał Reinhard Marx, arcybiskup Monachium, był przewodniczącym Konferencji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej. Kardynał Laurent Monswengo Pasinya był arcybiskupem Kinszasy i byłym przewodniczącym Konferencji Episkopatów Afryki. Kardynał Oswald Gracias, arcybiskup Bombaju, był przewodniczącym Konferencji Episkopatów Azji. Kardynał Francisco Javier Errázuriz Ossa z Chile to były przewodniczący Komisji Episkopatów Ameryki Łacińskiej. Kardynał Sean Patrick O’Malley, arcybiskup Bostonu, to jeden z najważniejszych członków Komisji Episkopatu Stanów Zjednoczonych. Kardynał George Pell, chociaż od strony doktrynalnej jest konserwatystą, był także jednym z najgłośniejszych krytyków złego zarządzania Watykanem. Natomiast kardynał Giuseppe Bertello był dyplomatą zarządzającym Państwem Watykańskim. Wszyscy kardynałowie to silne osobowości. Nie byli to potakiwacze gotowi mówić papieżowi to, co chciałby usłyszeć. Pierwsze spotkanie grupy z nim zaplanowano na październik 2013 roku, ale już znacznie wcześniej biskupi w swoich regionach zaczęli się kontaktować z członkami „G8”, aby przedstawić im kwestie, które ich zdaniem powinni poruszyć podczas spotkania z Franciszkiem. Były to właśnie te perspektywy i punkty widzenia – mówił Rodríguez Maradiaga – które zazwyczaj nie docierają do papieża.

Powołanie Rady Kardynałów to jednak coś więcej niż tylko gest sugerujący, że teraz Rzym będzie odpowiedzialny przed lokalnymi Kościołami, a nie odwrotnie. Jest to nawet coś więcej niż tylko znak Franciszkowej gotowości, by odpowiedzieć na krytykę i sugestie kardynałów wyrażane w przemówieniach przed konklawe. Może to być zalążek nowego, bardziej kolegialnego systemu kierowania Kościołem i przekazania większych kompetencji regionalnym bądź krajowym Konferencjom Episkopatów. „Ten ruch reprezentuje znaczącą zmianę układu sił w kierowaniu Kościołem katolickim i może utorować drogę do nowego sposobu rządzenia w formie reprezentatywnego gabinetu, który zastąpi model monarchii absolutnej, zdaniem wielu już dzisiaj bezużyteczny” – opiniował międzynarodowy tygodnik katolicki „The Tablet”. Zamiarem papieża jest, jak się wydaje, wprowadzić w czyn pragnienie II Soboru Watykańskiego dotyczące przegrupowania sił w Kościele, które przez ponad pięćdziesiąt ostatnich lat pozostawało w głównej mierze w sferze teorii. Komentatorzy reprezentujący różne skrzydła Kościoła wydawali się zgodni co do tego, że mamy do czynienia z ogromną zmianą. Włoski liturgista zdecydowanie opowiadający się za dawną tradycją, profesor Mattia Rossi, redaktor periodyku „Liturgia culmen et fons”, przedstawił z dezaprobatą powołanie Rady Kardynałów jako krok prowadzący do „rozmontowania papiestwa” i zastąpienia autorytetu spoczywającego na fundamencie mocy Boga i stabilności hierarchii apostolskiej grząskim gruntem kolegialności. Alberto Melloni, profesor historii chrześcijaństwa na uniwersytecie w Modenie i ekspert na II Soborze Watykańskim, reprezentujący przeciwne skrzydło myśli kościelnej, widzi w powołaniu grupy kardynałów „najważniejszy krok w historii Kościoła ostatnich dziesięciu wieków”.

Nie był to jedyny znak, że możemy mieć do czynienia z czymś więcej niż tylko symboliczną zmianą. Papież Franciszek powiedział bowiem także, że planuje wprowadzić zmiany w międzynarodowym Synodzie Biskupów i zgodnie z intencjami II Soboru Watykańskiego ma zamiar uczynić go ciałem o bardziej kolegialnym charakterze. Ten zamiar Soboru nie mógł się ziścić za sprawą zdecydowanego twierdzenia Josepha Ratzingera, stojącego wówczas na czele Kongregacji Nauki Wiary, że Konferencje Episkopatów nie mają „żadnego znaczenia teologicznego”, będąc jedynie zgromadzeniami biskupów, a łączna waga teologiczna ich opinii była jedynie sumą opinii poszczególnych jej członków. Franciszek przeciwnie, w przemówieniu do piętnastoosobowego gremium XIII Rady Zwyczajnej Sekretariatu Generalnego Synodu Biskupów w czerwcu 2013 roku powiedział: „ufamy, że Synod Biskupów będzie się nadal rozwijał, aby jeszcze lepiej sprzyjać dialogowi i współpracy biskupów między sobą i z biskupem Rzymu”.

Były także inne oznaki wskazujące, że papież dąży do wcielania w życie w większym stopniu zasady pomocniczości – zakorzenionej w katolickiej nauce społecznej reguły mówiącej o tym, że decyzje i działania należy podejmować na najniższym możliwym poziomie struktury społecznej i organizacyjnej. W maju 2013 roku Franciszek wygłosił przemówienie do członków Konferencji Episkopatu Włoch. Zrywając po raz kolejny z tradycją, nie odwołał się ani razu do bieżących problemów politycznych we Włoszech, co zazwyczaj przy tej okazji robili papieże. Było to jak dotąd najkrótsze odnotowane przemówienie papieskie – trwało zaledwie dwanaście minut – co sprawiło, że watykanista Andrea Tornielli nazwał je końcem epoki, w której Kościół postrzegał siebie jako politycznego gracza. Papież w przemówieniu powrócił do najważniejszych kwestii duszpasterskich. „Dialog z instytucjami politycznymi [Włoch] zależy od was – powiedział Franciszek włoskim biskupom – nie od papieża”. A zasada pomocniczości mówi, że prawo i obowiązek podejmowania i działania należy cedować niżej. Po spotkaniu jeden z biskupów powiedział, że od tej pory, gdy zagrożone będą niezmienne wartości katolickie, w ich obronie powinni występować nie biskupi, lecz świeccy. „Jeśli idzie o życie polityczne, lepiej będzie dla nas, biskupów, trzymać się od niego na dystans – powiedział arcybiskup Luigi Negri z archidiecezji Ferrara-Comacchio. – Należy uszanować autonomię laikatu”. Zmiana ta, jak mówi włoski socjolog Luca Diotallevi w rozmowie z Johnem Allenem, dziennikarzem „National Catholic Reporter”, otworzyła na nowo „ogromną przestrzeń dla laikatu”, pozwalając ludziom świeckim przejmować inicjatywę wszędzie tam, gdzie stykają się wiara i polityka. Inne zmiany, które można było zauważyć już w pierwszych tygodniach nowego pontyfikatu, obejmowały także sugestie dotyczące przemyślenia na nowo roli Kongregacji Nauki Wiary, która powinna rozszerzyć, a nie ograniczać interpretację II Soboru Watykańskiego, co czyniła przez ostatnie dwa pontyfikaty. Prefekt Kongregacji Nauki Wiary, Gerhard Ludwig Müller, dał do zrozumienia w czerwcu 2013 roku, że wojna między teologią wyzwolenia a Rzymem dobiegła końca i że teologia wyzwolenia powinna być od tej pory uważana za „jeden z najważniejszych prądów teologii katolickiej w XX wieku”. Franciszek zasygnalizował także, że pragnie zredukować liczbę włoskich diecezji; jest ich obecnie dwieście dwadzieścia pięć, znacznie więcej, proporcjonalnie rzecz biorąc, niż w jakimkolwiek innym kraju.

Także serdeczność i szczerość rozmów Franciszka z nowym arcybiskupem Canterbury Justinem Welbym skłaniały niektórych do spekulacji, że papież chce pozwolić umrzeć śmiercią naturalną ordynariatowi anglikańskiemu powołanemu do życia przez Benedykta XVI. Franciszek od dawna akceptuje różnorodność i wcale się jej nie lęka.

W ciągu pierwszych tygodni swego pontyfikatu ten papież zrywał z każdą kolejną tradycją, starając się usunąć narosłą przez wieki skorupę i dotrzeć do tego, co autentyczne. Być może najbardziej znaczącym zerwaniem z dotychczasowym precedensem była decyzja, by pierwszej w jego pontyfi kacie mszy wielkoczwartkowej nie celebrować, jak to od wieków czynią papieże, u św. Jana na Lateranie. Papieska archibazylika św. Jana na Lateranie to najstarszy i najwyższy rangą rzymski kościół katedralny i katedra biskupa Rzymu. Uroczystości liturgiczne Wielkiego Czwartku upamiętniają wieczór poprzedzający ukrzyżowanie, kiedy Jezus obmył nogi swoim uczniom, odwracając w ten sposób radykalnie zwyczajową relację między przywódcą a jego naśladowcami. Co najmniej od końca dwunastego stulecia papieże w Wielki Czwartek obmywają stopy dwunastu księżom lub diakonom. Większość teologów katolickich jest zdania, że prawo kanoniczne wyklucza z tego obrzędu kobiety.

Tymczasem papież w swój pierwszy Wielki Czwartek jako biskup Rzymu wzgardził prastarą bazyliką i udał się do więzienia dla młodocianych przestępców, Casal del Marmo, gdzie obmył stopy dwunastu więźniom. Siedemdziesięciosześcioletni papież, klęcząc na kamiennej posadzce w stroju diakona, mył stopy: czarne, białe, mężczyzn i kobiet, z tatuażami i bez tatuaży – a na koniec każdą z nich pocałował. Właścicielami stóp byli katolicy, prawosławni, muzułmanie i ateiści. A wśród dwunastu młodych ludzi były dwie kobiety. Żaden z papieży nie mył dotąd stóp kobiecie, a w dyskusji, jaka rozgorzała po tym, co zrobił Franciszek, widać było jak w soczewce spór o charakter jego pontyfi katu. Liberałowie przyjęli ten gest jako znak większej otwartości Kościoła. Konserwatyści nie posiadali się z oburzenia z powodu odsunięcia na bok tradycji i złamania prawa kanonicznego. W przepisach liturgicznych napisane jest „viri” (mężczyźni) – mówi monsignore Andrew Burnham, przed nawróceniem się na katolicyzm członek Komisji Liturgicznej Kościoła Anglii. „Lekceważenie przez biskupa Rzymu przepisów liturgicznych to poważna sprawa rodząca liczne, czasami wysoce niepożądane, konsekwencje”. Konserwatyści ubolewali nad wątpliwym przykładem papieża. Jednak jeden z wyższych rangą kurialnych biurokratów, widząc dobrze, skąd wieje wiatr, wzruszył w reakcji ramionami. „Papież wcale nie łamie reguł – powiedział do mnie – on je po prostu zmienia”.

Franciszek, który jako arcybiskup Buenos Aires mył i całował stopy narkomanów i pacjentów chorych na AIDS, zanim obmył stopy dwunastu młodocianym przestępcom, zwrócił się do nich ze słowami: „To symbol, to znak. Mycie waszych stóp oznacza, że jestem, aby wam służyć. […] Pomagajcie sobie nawzajem. Tego uczy nas Jezus. Oto co ja robię. I czynię to z całego serca. Czynię to z mojego serca, bo to jest mój obowiązek, jako kapłana i biskupa. Muszę wam służyć”. Po zakończeniu ceremonii dał każdemu z nich czekoladowe jajko i colombę – tradycyjne włoskie ciasto wielkanocne w kształcie gołębicy. Więźniowie podarowali papieżowi drewniany krucyfiks i klęcznik wykonane własnoręcznie w więziennych warsztatach. Opuszczając więzienie, Franciszek powiedział młodym ludziom: „Nie pozwólcie pozbawić się nadziei”. 

Słowa te to nie tylko przekaz skierowany do penitencjariuszy Casal del Marmo, lecz do całego świata. „Jest w pełni świadom tego, że musi być w pewnym sensie papieżem rewolucyjnym nie tylko dla Kościoła katolickiego, ale dla całej ludzkości” – słyszę od rabina Abrahama Skórki, który zna Jorge Maria Bergoglia prawie od dwudziestu lat. Mamy już pierwsze oznaki tego, że może mu się to udać. „Cztery lata pontyfi katu Bergoglia wystarczą, by zaszły zmiany – mówi kardynał Cormac Murphy O’Connor, były arcybiskup Westminster i stary przyjaciel nowego papieża. – Prośmy jednak Boga, żeby pozostawił go z nami znacznie dłużej”.

 

rozwiazywanie_front