• 23 grudnia 2015
  • komentarzy
  • 1468 osób przeczytało
  • to!

O pewnej zimowej, syryjskiej nocy

Zygmunt Kwiatkowski SJ

Moja cela pogrążała się w coraz głębszym mroku, z każdym momentem zapadając się weń coraz głębiej. Znikały stopniowo z nieba wszystkie białe chmury przyjmując najpierw tylko na obrzeżach kolor czerwony, potem nasycając się nim coraz mocniej, aż stały się krwisto czerwone. Ale potem kolory zaczęły więdnąc i blednąć, pozbywając się jednocześnie trójwymiarowości, aż w końcu zamieniły się w ciemniejącą brudną plamę. Na koniec niczego już za oknem nie było widać. Nic tylko czerń, gdyż tej nocy nie było księżyca ani gwiazd, co zdarza się na pustyni tylko zimą.

Wiatr po zapadnięciu ciemności stał się natychmiast jakiś inny. Zaczął wiać gwałtowniej, zupełnie jakby ktoś go uruchomił przyciskiem elektrycznym. Stał się głośniejszy i jakiś bardziej groźny. Tym bardziej, że oprócz jego powiewów, przechodzących czasem w głośne wycie, pojawiać się zaczęły również jakieś dziwne uderzenia, jakby ktoś walił do drzwi z wielką siłą, chcąc się dostać do wnętrza domu. Był to pewnie jakiś kawałek blachy albo rury, która gdzieś wystawała i uderzała o kamienną ścianę klasztoru. Głos był jednak nieprzyjemny, a jego efekt potęgowały jeszcze momenty ciszy, które następowały od czasu do czasu. Wtedy słychać było tylko stękanie poczciwego, żelaznego piecyka, który nie tylko dbał o ciepło w mojej celi, ale dodawał mi również ducha swoją wierną, przyjazną obecnością.

Tej nocy w całym tym zamczysku oprócz mnie jednego nie było żadnej żywej duszy. W jego mrocznym cielsku paliło się tylko jedno jedne światło – którym było okno mojej celi, zawieszonej nad przepaścią.

Stopniowo jednak, czułem to wyraźnie, następował jakiś przypływ ciepła, jakby efekt cichej melodii, która pojawiła się w mojej świadomości nie wiadomo skąd i uwalniała mnie od wewnętrznego napięcia. Zaczął mnie ogarniać pokój. Moja samotność przestała być dramatyczna czy groźna. Pojawiła się nawet jakaś dziwna radość, podobna do mistycznego uniesienia. Zostałem przeniesiony w jakiś nowy wymiar egzystencji, którego inność polegała na odczuciu Bożej obecności, jak łagodnego powiewu, który nie wiadomo skąd przyszedł i dokąd się udaje, ważne jest, że mnie nawiedził i mnie nie porzucał. Przyszedł, aby pozostać ze mną, a wraz z nim wszystko się zmieniło, chociaż materialnie przecież wszystko było takie samo. Za oknem była ciągle ciemność, a w szybach pobłyskiwało światło mojego piecyka. Wiatr zrywał się raz po raz, ale jego odgłosy nie były przeze mnie odbierane jak poprzednio. „Jeśli Bóg z nami, to któż przeciwko nam?” – przyszło mi na myśl pełne wiary stwierdzenie świętego Pawła. Miałem wrażenie, że, jak ptak, siedzę w bezpiecznym gnieździe, na bardzo wysokim drzewie. Mogłem znów powtórzyć wielokrotnie dzisiaj recytowany w duszy werset: „Niech łaska Twoja napełnia szczęściem wszystkie dni mojego życia w Twoim domu, Panie”. Stało się tak, jak mówi ten werset – zdałem sobie z tego sprawę z całkowitą pewnością. Dusza moja była pełna pokoju i wdzięczności za to, że znajduje się w domu Pańskim.

Siedząc w ciemnym pomieszczeniu, w którym widać było tylko błyski, dobywające się z drzwiczek żelaznego piecyka, czułem w duszy pogodną światłość, jaką pewnie czuje niemowlak wtulony w ramiona troskliwej matki albo – idąc za skojarzeniem wziętym z dzisiejszej medytacji z „Pieśni nad Pieśniami” – jak oblubieniec, opierający swoją głowę na łonie ukochanej. Nie wiem, jak długo trwał ten stan wewnętrznego uniesienia i pogodnej, cichej radości napełniającej moją duszę w tak kompletny, obejmujący wszystko, i wszystko przenikający sposób. Ważne, że nie było to tylko ulotne odczucie, pewien stan psychiczny wynikający z określonego działania, ale stan duszy i klimat wewnętrzny, który miał związek z modlitwą. Najlepiej odpowiada temu, co przeżyłem, określenie zijara, czyli po arabsku „odwiedziny”.

Był to dla mnie znak tym bardziej wymowny, że pojawił się w niemal niedostrzegalny początkowo sposób i z całą łagodnością wszystko zmienił. Ciemność zamienił albo raczej wzbogacił o świetliste błyski, które tak bardzo harmonizowały z ciepłem klasztornej izby, samotność zamienił w czar łagodnego, pełnego miłości nawiedzenia. Cela olbrzymiego i pustego klasztoru stała się chwilą spełnienia, szczęściem odwiedzin, które niczego ode mnie nie chciały, do niczego mnie nie zobowiązywały, cieszyły się tym, że są dostrzeżone. Tak byłem z tego powodu zadowolony, że nie umiałem niczego powiedzieć, poza szeptem: „Niech łaska Twoja napełnia szczęściem wszystkie dni mojego życia w Twoim domu, Panie”.

Czy to było szczęście? Nie wiem. Nie lubię wszystkiego nazywać i szukać odpowiednich definicji, bo wygląda to wówczas trochę tak, jakby zamiast przeżywać, podjęło się próbę zawłaszczenia tego, co piękne. Najczęściej burzy się wówczas delikatną harmonię piękna. Lepiej jest wtedy podziękować życiu, tak po prostu, tak niezbyt wylewnie, aby nie zamieniło się to w komplement albo próbę uzyskania czegoś więcej. Dziękuję. Życie nie lubi zbyt wielu pytań i niepotrzebnego mnożenia analiz. Życie nas przekonuje przeżyciem, a przeżycia są po to, abyśmy nie zdradzili życia, ale abyśmy mu dochowywali, po przyjacielsku, wierności.

mar_musa_3d

Zygmunt Kwiatkowski SJ

polski jezuita, przez 30 lat pracował w Syrii, gdzie obserwował odrodzenie się klasztoru Mar Musa w górach Kalamun, przyjaźnił się z o. Paolo Dall'Oglio, orędownikiem dialogu chrześcijańsko-muzułmańskiego, który został porwany w Syrii w 2013 r.