źródło: Wikipedia: Arcimboldo, Vertumnus, portet Rudolfa II, XVI w.
  • 28 grudnia 2015
  • komentarzy
  • 6396 osób przeczytało
  • to!

Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu

Joanna Petry-Mroczkowska

Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu

„Najpierw człowiek bierze kieliszek, potem kieliszek bierze następny kieliszek, potem ten kieliszek bierze w posiadanie człowieka” – powiedzenie japońskie

Dojrzałe, soczyste owoce, świeżo upolowana dziczyzna, chleb jeszcze pachnący piecem, martwa natura (choć po angielsku jednak dosłownie „życie zastygłe w bezruchu”) to temat elegancki. Sam proces jedzenia zaś często nieestetyczny. Skutki bywają wręcz brzydkie, jak pokazuje Brueglowska Kraina Lenistwa, lepiej może „Kraina Błogostanu”, bo Luilekkerland to w oryginale „kraj leniwych obżartuchów”. Biesiadowanie jest symbolem zmysłowości, rozwiązłości, choć wiąże się także z „ucztą duchową”, nobilitowaną w malarstwie przez motyw Ostatniej Wieczerzy.

Jean Anthelme Brillat-Savarin, francuski prawnik i polityk, który przeszedł do historii jako autor Fizjologii smaku (PIW, Warszawa 1997), przeciwstawiając głód apetytowi, zwraca uwagę, że przyjemności jedzenia są prymitywne, przyjemności stołu wyrafinowane. Stół jest „wzniosły” w formie fizycznej oraz symbolicznie; tylko zwierzęta jedzą z ziemi, żywią się wszędzie. Człowiek delektuje się rytuałem. Do stołu zasiada, zniża się wprawdzie, ale pozostaje w postawie godnej, wyprostowany. Reguły dobrego tonu mają na celu z jedzenia, uważanego za działalność nieestetyczną, uczynić okazję szlachetną i atrakcyjną. Pierwszą i podstawową zasadą jest umiar. Ciągle aktualnie brzmi przestroga biblijnego mędrca, syna Syracha: „Zająłeś miejsce przy stole suto zastawionym? Nie otwieraj nad nim gardzieli i nie wołaj: »Jakże wiele na nim!«. Pamiętaj, że źle jest mieć oko chciwe. (…) Jedz, co leży przed tobą, jak człowiek, nie bądź żarłoczny, abyś nie wzbudził odrazy. Przez dobre wychowanie pierwszy zaprzestań jedzenia, nie bądź nienasycony, byś kogo nie zraził. (…) Zdrowy jest sen, gdy ma umiarkowanie syty żołądek, wstaje on wcześnie, jest panem samego siebie. Udręka bezsenności, bóle żołądka i kolki w brzuchu – u łakomego człowieka” (Syr 31, 12–20).

Niepohamowana zachłanność w zaspokajaniu apetytu to obżarstwo. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu brzmi mniej dosadnie, jest też lepszym określeniem na dzisiejsze czasy, kiedy rzadziej przejadanie się, częściej głodzenie przybiera patologiczne formy. Niezależnie od nazwy są to wady uważane za najbardziej niskie, przyziemne. Tradycyjnie zaliczane do grzechów ciała – obżarstwo, nieczystość – wydawały się częściej prowadzić do skruchy, niż zachodzi to w wypadku innych grzechów głównych, które, jakby mniej cielesne, są zarazem bardziej ukryte, przez co trudniejsze do zdiagnozowania i leczenia. Dzisiaj nowymi formami patologii jedzenia są anoreksja i bulimia, a także zapychanie się jedzeniem niezdrowym, niepożywnym, bez ogródek nazwanym przez Amerykanów śmieciami.

Istnieją też bardziej może nawet niebezpieczne dewiacje pokrewne, jak narkomania i lekomania. Nie zniknął alkoholizm, co więcej, pijaństwo jako problem społeczny dotyka w coraz większym stopniu młodzieży. Jest też strona nieco bardziej atrakcyjna – sublimacja łakomstwa, smakoszostwo. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu pojawia się w naszych czasach jako kompensata zaburzeń emocjonalnych. Jedzenie staje się elementem pociechy, łatwo dostępnym sposobem na zapełnienie pustki. A w głodzeniu się specjaliści dopatrują się nawet elementów chorobliwej zmysłowości.

Stare obżarstwo
Objadanie się zajęło pierwsze miejsce na liście ośmiu demonów zła. Ewagriusz z Pontu pisał, że myśl o zaspokojeniu apetytu kusi mnicha do porzucenia ascezy. To zły duch stara się mu unaocznić, na jakie choroby i cierpienia może się narazić, jak niebezpieczne jest poszczenie. Demon ten jest zbyt wyrafinowany, żeby namawiać do prostackiego grzechu obżarstwa. Pamiętajmy, że to właśnie przełamanie postu było pierwszą pokusą Jezusa spośród trzech, których doświadczył na pustyni.

Grzegorz Wielki w swojej hierarchii wad na pierwszym miejscu umieścił pychę, na dwóch ostatnich obżarstwo i nieczystość. Święty Tomasz z Akwinu określił ramy grzechu nieumiarkowania w jedzeniu i piciu. I tak, przeciwne cnocie powściągliwości jest jeść i pić za dużo, za często, za łapczywie, za drogo i za wystawnie.

Dla moralistów rozważających złe skłonności najważniejsze było stwierdzenie, czy dany grzech główny pociąga za sobą dalsze. Wypływające ze słabej woli obżarstwo prowadzi bezpośrednio do zmącenia umysłu. Przeszkadza zająć się sprawami ducha. Ucztowanie przy suto zastawionych stołach przyczynia się do folgowania sobie, poszukiwania dalszych przyjemności. Piotr Oracz Williama Langlanda, na przykład, objada się i upija, po czym zaniesiony do domu przez żonę popada w acedię. W czasach gdy biesiadowanie było symbolem statusu, uważano, że konsekwencją obżarstwa jest pycha. Z tą z kolei wiąże się zawiść. Bezpośredni związek upatrywano między obżarstwem a nieczystością. Z obżarstwem i pijaństwem łączono także grzechy ust i gardła: kłamstwo, obmowę, bluźnierstwo, przechwałki, ale i gadulstwo czy utyskiwanie.

Średniowieczni kaznodzieje potępiali dewiacje związane z jedzeniem, poczynając od grzechu Adama i Ewy w ogrodzie rajskim, który w dosłownym sensie obżarstwem nie był. Był natomiast wyzwaniem rzuconym Bogu. Stosunkowo łatwo udowodnić, że obżarstwo jest występkiem przeciw miłości Boga i bliźniego. W pierwszym przypadku, jak pisze święty Paweł, „brzuch staje się Bogiem” (Flp 3, 18–19). Będąc bezpośrednią formą idolatrii, obżarstwo odsuwało od spraw Bożych. Uważano je za działanie zmierzające do zapomnienia o własnej śmiertelności. Występek przeciwko miłości bliźniego przez obżarstwo obrazuje chyba najlepiej ewangeliczna przypowieść o Łazarzu. Podczas gdy żebrzący nędzarz umierał z głodu, nieczuły bogacz, egoistycznie ucztując, popełnił grzech, którym zasłużył sobie na potępienie wieczne.

Wykroczenie „przeciw stworzeniu”, obżarstwo, oznaczało dawniej nadużywanie plonów i bogactw naturalnych. Było pokusą sezonową, gdyż obfitość jedzenia w naturalny sposób występowała tylko w pewnych porach. Ponadto kalendarz liturgiczny ustalał okresy postu i świętowania. Od kiedy Bruegel rozsławił sceny rodzajowe przedstawiające walkę Karnawału z Postem, flandryjskich obżartuchów nazywa się „brueglianami”! I pamiętajmy, że Bruegel, „odkryty” pod koniec XIX wieku, uchodził przez bardzo długi okres za twórcę nieznośnie wulgarnego. Podobnie zresztą oceniano współczesnego mu François Rabelais’go, który stworzył literacki obraz groteskowych ekscesów, z gastronomicznymi włącznie, czyniąc bohaterami swojej książki słynnych olbrzymów – Gargantuę i jego syna Pantagruela.

Podział na sferę występków publicznych i prywatnych plasował obżarstwo w sferze prywatnej. Pogląd, że obżarstwo jest grzechem, ponieważ dotyczy niesprawiedliwości w rozdziale żywności, w średniowieczu raczej nie występował. Z biegiem czasu, ponieważ obżarstwo dotyczyło klas posiadających, budziło coraz większe rozgoryczenie i zawiść. Dzisiaj obok alkoholizmu, narkomanii i nałogowego hazardu może w bogatych społeczeństwach być uznane za grzech „społeczny”.

Otyłość
Moralistę w potępieniu obżarstwa zastępują dzisiaj krytykujący otyłość świeccy profesjonaliści: lekarze, a przede wszystkim media w służbie przemysłu reklamowego. Obżarstwo, zjawisko widoczne, wulgarne, wzbudza wstręt. Przedstawiane jest jako przejaw brzydoty i choroby prowadzącej do upadku fizycznego, moralnego i społecznego. Choć wiadomo, że nie wszyscy otyli są obżartuchami i nie wszyscy objadający się posiadają nadwagę, otyłość budzi sprzeciw. Potępienie tuszy stanowi przy tym zmianę kulturową, kiedy bowiem biedota głodowała i charakteryzowała się wymizerowaniem, okrągłość ciała uchodziła za oznakę piękna. Teraz, kiedy w zasobnych krajach otyli są także biedni, nadmierna tusza oznacza podwójne piętno. Otyłość jest nie tylko kwestią zdrowia czy estetyki, w programowo bezklasowych społeczeństwach staje się wyznacznikiem klasowym.

Otyłość prowadzi do chorób serca i układu krążenia, cukrzycy i raka. Worldwatch Institute odnotowuje, że ponad połowę dorosłych obywateli Rosji, Wielkiej Brytanii i Niemiec należy zaliczyć do otyłych. Na nadwagę cierpi z górą połowa mieszkańców Europy między 35 i 65 rokiem życia. Oblicza się, że w Stanach Zjednoczonych na choroby związane z otyłością umiera rocznie około 300 tysięcy osób. Szacuje się, że koszt opieki zdrowotnej nad Amerykanami otyłymi i z nadwagą wynosi rocznie 117 miliardów dolarów. Otyłość w wyniku przejadania się pojmowana jest więc jako działanie antyspołeczne, nie jest już grzechem indywidualnym, jej konsekwencje nie ograniczają się tylko do jednostki. Nie chodzi o estetykę i wygląd, ale o koszty leczenia otyłości, które w mniejszym lub większym stopniu obciążają cały system społeczny. Hasło walki z otyłością jest właśnie jednym z pierwszych argumentów przeciwko szybkiej gastronomii, w której Amerykanie wydają 40 procent budżetu na jedzenie, to znaczy więcej niż na naukę, komputery z oprogramowaniem, a także nowe samochody. Więcej niż na kino, książki, prasę, kasety wideo i płyty – razem wzięte. Badania rynkowe zwróciły uwagę na to, że taniość posiłków w szybkiej gastronomii spowodowała, że ludzie jedzą więcej. Po maksymalnym obniżeniu ceny, następnym chwytem reklamowym stało się zwiększenie porcji. Manipulacja ceną sprawia, że klient myśli, że na większych porcjach robi dobry interes. I byłby to dobry interes, gdyby nie to, że nie potrzeba mu tylu kalorii.

Badania wykazały także, że odwoływanie się do odpowiedzialności w jedzeniu ma swoje ograniczenia. Jeśli przed ludźmi postawi się więcej, zjedzą więcej. Doświadczenie przeprowadzono w kinie, a dotyczyło ono prażonej kukurydzy w dwóch pojemnikach, z których jeden zawierał dwa razy więcej. Widzowie, którym dano większą porcję, zjedli o 44 procent więcej kukurydzy. Dochodzi tu problem obżarstwa jako jednego z przejawów nadkonsumpcji. Jak mól i rdza w odniesieniu do wielu przedmiotów codziennego użytku, tak gnicie, jełczenie czy wręcz usuwanie nadmiaru stanowi marnowanie jedzenia. Do tego dołącza się problem ogromnej ilości odpadów i śmieci – talerzyków czy plastikowych sztućców oraz różnorakich opakowań produktów spożywczych, które tylko w małym stopniu mają charakter funkcjonalny. Przede wszystkim chodzi bowiem o efekt reklamowy i pozory wygody.

Otyłych i ludzi uzależnionych (zwróćmy uwagę, że słowo „nałóg” wypadło z użycia) zwykło się oskarżać o słabą wolę. Istnieje pewna różnica w podejściu do jednych i drugich. Chociaż wśród specjalistów nie ma pełnej zgody – mówi się o skłonności genetycznej czy zaburzeniach hormonalnych – z reguły uważa się, że otyły ma wybór, natomiast uzależniony nie, gdyż jest ofiarą. Siły woli wymaga się znacznie częściej od otyłych, których zresztą „na oko” znacznie łatwiej rozpoznać. To oni kojarzeni są z brakiem dyscypliny. Wytyka się im nieposzanowanie norm kulturowych.

Czując rosnącą dezaprobatę, obżartuch doskonali techniki usprawiedliwiania się. Przyznaje się do grzechu, ale nie przyjmuje całej odpowiedzialności. Inny twierdzi, że poczuwa się do odpowiedzialności, ale nie uznaje zła czynu. Tłumaczy się głodem, sprzyjającą sytuacją, nieznajomością zwyczajów gastronomicznych grupy towarzyskiej. Skarży się na niewłaściwe nawyki żywieniowe wyniesione z dzieciństwa. Jedna z teorii głosi, że apetyt gastronomiczny jest odpowiedzią na odrzucenie, niepowodzenie miłosne. Niekochany musi sobie zrekompensować brak miłości. Otyli, którzy są obiektem żartów i złośliwych komentarzy, bronią się wreszcie, próbując uzyskać status osób dyskryminowanych.

Łakomstwo, smakoszostwo, grymaśność
Od niepamiętnych czasów trwa kontrowersja, co bardziej zdrożne: przesada względem ilości czy jakości. Obżartuch i pijak nadużywa ilości, smakosz chorobliwie celebruje jakość. W dawnych czasach wykwintność bywała zjawiskiem negatywnym, oznaczała bowiem nadmierne delektowanie się przyjemnościami cielesnymi. Ktoś zwrócił uwagę na „męską” wulgarność osobnika pożerającego prostą potrawę i jej „kobiecy” odpowiednik w postaci małostkowości wysublimowanego smakosza. Zarówno obżartuch, jak i smakosz pokarmem materialnym nie tylko chcą zaspokoić ciało, ale także duszę. Co do smakosza, dbałość o najbardziej wyszukane potrawy stanowi główną formę ucieczki od monotonii, nudy dnia codziennego. Ale jak wśród nadmiaru bodźców w szumie informacyjnym, nuda zakrada się i na stół? Robert Burton, siedemnastowieczny myśliciel, pisarz i humorysta, zwraca uwagę, że często smakuje najbardziej to, co najdrożej kosztuje.

Manipulacja smakiem odbywa się także na znacznie niższym poziomie kultury gastronomicznej. Weźmy frytki, które są najpopularniejszym produktem spożywczym w  Stanach Zjednoczonych. Frytki z McDonalda uchodzą za wyjątkowo smaczne. Eric Schlosser, autor książki Fast Food Nation (Houghton Mifflin, Boston 2001), opowiada, jak udał się do utajnionej wytwórni chemicznych środków smakowych, które zrobiły zawrotną karierę i występują już w każdym niemal produkcie przetwórczym. Gdy mający zamknięte oczy poddany testowi reporter poczuł woń soczystego hamburgera, okazało się, że ma przed sobą fiolkę z niewielką ilością idealnie skonstruowanej mieszanki chemicznej. Smak truskawkowy, na przykład, zawiera blisko pięćdziesiąt związków chemicznych o egzotycznych nazwach, z których żadna nie wydaje się mieć związku z truskawką.

C.S. Lewis wytyka „obżarstwo delikatesowe, nie obżarstwo nadmiaru”. Przytacza przykład damy z towarzystwa, będącej jako gość postrachem pań domu i służby. „Ja tylko proszę o filiżankę herbaty, słabą, ale nie za słabą, i odrobinkę odpowiednio przypieczonego tosta”. Taka kobieta, ponieważ nie je dużo, nie uważa za obżarstwo swej determinacji w zdobyciu tego, na co ma ochotę, chociażby to było dla innych bardzo kłopotliwe. Stary diabeł radzi młodemu, aby także za sprawą żołądka wzbudzał w ludziach nawyk skoncentrowania na sobie, niecierpliwość, kłótliwość, krótko mówiąc, brak miłości bliźniego.

Obsesje
Każdy okres historyczny ma swój wzorzec piękności ciała ludzkiego. Od epoki renesansu kultura zachodnia przejęła ideał starożytnych Greków. W pionierskiej Ameryce utrwalił się model silnego mężczyzny, bohatera, pioniera, kowboja, zwycięzcy. Konkretne cechy fizyczne z muskularnością na czele symbolizowały jednocześnie przywództwo, charakter i cnoty obywatelskie.

Kiedy obowiązujący staje się model „kultury plażowej”, ideał kulturystyczny z sali gimnastycznej czy siłowni, przejadanie się wraz z jego konsekwencją: otyłością, spotyka się ze społeczną dezaprobatą. Media naszpikowane są reklamami programów odchudzających, środków farmakologicznych redukujących apetyt, przyrządów do ćwiczeń, masaży.

O tym, jak duże znaczenie w dzisiejszej kulturze przypisuje się odstępstwu od norm właściwej wagi ciała, świadczyć może statystyka cytowana przez psychologa Mary Bray Pipher w Ocalić Ofelię (Media Rodzina, Poznań 1998), książce analizującej problemy amerykańskich nastolatek. Autorka odnotowuje, że 11 procent pytanych zdecydowałoby się na aborcję w  razie stwierdzenia u żeńskiego płodu skłonności do chorobliwej tuszy.

W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, zaobserwowano duży wzrost liczby przypadków anoreksji i bulimii. Śmiertelność (15 do 20 procent) jest również stosunkowo wysoka. Patologia ta, znana już na całym świecie, dotarła także do wielu krajów Azji. Wpatrzone w lustro i wagę dziewczęta i kobiety (bo głównie, choć nie wyłącznie, ich anoreksja dotyczy) cierpią na obsesję na punkcie swojego wyglądu. Nie przestają ani na chwilę myśleć o własnej tuszy. Odchudzanie oznacza głodzenie się z użyciem środków przeczyszczających i wymiotnych. Bulimia charakteryzuje się epizodami przejadania, po których – jak w wypadku anoreksji – następują działania zmierzające do wydalenia z organizmu mniej lub bardziej przetrawionego pokarmu. Dzisiejsza medycyna odnotowuje też inne formy patologii polegające na epizodach niekontrolowanego przejadania się, na ogół w samotności i z poczuciem winy. Namiętne zajęcie stołem, żołądkiem przeżywa swój renesans. Stale rośnie ilość czasu, pieniędzy i energii, jakie poświęca się sprawom związanym z jedzeniem. Staje się to podstawą wielkiego przemysłu. Świadczy o tym obfitość książek kucharskich, będących niekiedy jedynymi książkami w biblioteczce domowej. Coraz większą czcią cieszą się nowe narzędzia i przybory kuchenne. Mnożą się przewodniki po restauracjach. Rozwija się turystyka gastronomiczna oferująca swoistą odmianę pielgrzymek.

Obsesja na punkcie żywienia przybiera charakter masowy. Może się nie wydawać, że nadmierne zainteresowanie dietą ma wiele wspólnego z obżarstwem, jest to jednak wyraz zagubienia umiaru. Odwróciwszy uwagę od wielu spraw ważniejszych, staje się swoistym symptomem narcyzmu, egocentryzmu, bałwochwalstwa.

Lekarz medycyny Steven Bratman tej zidentyfikowanej przez siebie jednostce chorobowej, ortoreksji, poświęca całą książkę. Korzysta ze swego doświadczenia – długi czas parał się bowiem medycyną alternatywną i rozmaitymi dietami. Wymienia modne trendy – wegetarianizm, ścisły weganizm (wegetarianizm połączony z odrzuceniem produktów mlecznych), dietę polegającą na jedzeniu wyłącznie surowych jarzyn, makrobiotykę. Wspomina, że niektórzy nie pozwalają nawet używać noża, gdyż ma to podobno zabijać energię ziemiopłodów. Inni wrażliwi na punkcie jedzenia ludzie spierają się o formy gotowania, materiał, z jakiego zrobione są naczynia, ilość wody do przyrządzania potraw. Podczas gdy jedni głoszą wyjątkowe zalety skórki jarzyn i owoców, dla innych jest ona siedliskiem trucizn. Wszystko to ma charakter skrajny.

To właśnie cechuje ortoreksję, która oznacza dążenie do wydumanej ortodoksji w kwestiach żywienia. Nazywa się ją czasem „kuchenną duchowością”, „dysfunkcją gastronomiczną” czy „kultem jedzenia”. Zaznaczyć tu zaraz trzeba, że w samej chęci zdrowego odżywiania się nie ma nic zdrożnego i że konwencjonalna medycyna długi czas popełniała błąd przeciwny, całkowicie pomijając korzyści z dobrego jedzenia. Patologiczna jest jednak obsesyjność, mania prześladowcza. Chęć wydłużenia życia urasta do rangi motywu naczelnego, samodyscyplina staje się samookaleczeniem, wysiłek – nałogiem. Humorystyczne hasło: „życie jest za krótkie, żeby pić złe wino” Bratman proponuje zamienić na: „życie jest za krótkie, żeby wypełnić je tylko troską, jak żyć dłużej”.

Ortoreksja, odwrócenie hierarchii wartości, zubaża życie, chociaż dotknięci nią wydają się bardzo dumni ze swojego stylu życia. Przyczyny autor upatruje w zwodniczym dążeniu do zapewnienia sobie komfortu bezpieczeństwa, chęci uzyskania pełnej kontroli, w ciągotach purytańskich, zaspokajaniu w kuchni potrzeb duchowych (teorie dietetyczne nabierają cech religii) oraz złudnych wysiłkach stworzenia własnej tożsamości przez zabiegi gastronomiczne.

Pozostaje jeszcze jeden ważny problem. Tempo życia ogranicza liczbę wspólnych posiłków w rodzinie. Obsesje kulinarne jeszcze bardziej alienują ludzi. Biesiadowanie zawsze było okazją par excellence wspólnotową, towarzyską, wzmacniało bowiem więzy międzyludzkie. Tymczasem ktoś, kto odżywia się dziwacznie, zwykle musi jadać samotnie. Z biegiem czasu zjawisko to utrwala egocentryzm, który nie potrzebuje towarzystwa bliźnich. Jedzenie zatraca wymiar społeczny. Zamiast ludzi zbliżać, oddala ich od siebie.

Obżarstwo duchowe, post i zdrowa asceza
W Nocy Ciemnej święty Jan od Krzyża wyróżnia zjawisko „duchowego obżarstwa”. Zwraca on uwagę, że na początku drogi rozwoju duchowego każdy w mniejszym czy większym stopniu podatny jest na tę pokusę. Pociechy i satysfakcje z praktykowania ćwiczeń duchowych skłaniają adepta do poszukiwania ich dla nich samych. Na daleki plan schodzi oczyszczenie duszy i oddanie się Bogu. Ludzi takich ogarnia wtedy jakby namiętność, popadają w skrajności. Nakładają na siebie niebezpieczne czy wręcz szkodliwe umartwienia i posty. Nie szukają niczyjej rady i działają po swojemu. Zamiast z pokorą słuchać rady mądrzejszych, stają się zadufanymi duchowymi obżartuchami. Koniec końców postępują tylko zgodnie ze swoją wolą. Odrzucają zaparcie się siebie jako najlepszą drogę duchowego wzrostu.

Asceza od dawna już nie cieszy się dobrą sławą. Awersja do postu, ascezy, datuje się zwłaszcza od czasów reformacji. W dużej mierze wynikało to z krytyki postaw skrajnych, zbyt wynaturzonych, które były raczej karykaturą ascezy. Zapomina się albo nie chce pamiętać, że celem ascezy jest oczyszczenie od zła, życie podporządkowane nadrzędnemu celowi zbliżenia się do Boga przez pozytywne działania fizyczne i powstrzymanie się od negatywnych działań i niepotrzebnych satysfakcji. Materializm, który nie wierzy w ducha, nie może tym samym zobaczyć sensu w ascezie. Mówi człowiekowi – tylko natura ustala prawa, rób to, do czego cię skłania.

Chrześcijańska asceza to ewangeliczne „zaparcie się siebie” przez ćwiczenie woli i umysłu. Owszem – kontrola popędów, ale ze świadomością, że asceta nie występuje przeciw naturze, a tylko jej szkodliwym zachciankom. Właśnie obżarstwo jest dobrym przykładem wynaturzenia. O ile bowiem każde stworzenie potrzebuje do życia pokarmu, o tyle tylko człowiek się objada. Pamiętać też trzeba, że sama asceza nie jest rękojmią dobra. Tak jak siła fizyczna, tak i duchowa może być użyta do złego. Historia, z najnowszą włącznie, zna wielu złych ascetów, kierujących się nienawiścią.

Ksiądz Krzysztof Grzywocz w tekście Wyrzec się siebie. O ascezie z księdzem Grzywoczem rozmawia Katarzyna Jabłońska („Więź”, marzec 2001) przypomina, że asceza pozwala uchwycić hierarchię ludzkich potrzeb. Są różne ich poziomy – fizjologiczne, psychiczne, intelektualne, uczuciowe, seksualne i wreszcie duchowe. Jeśli dojdzie do zaburzeń na pierwszym podstawowym etapie (jak na przykład w wypadku przejedzenia), nie będzie możliwe przejście na poziom drugi i następne.

„Jeżeli wypcham się jedzeniem, seksem, odpoczynkiem, a nawet wiedzą – mogę zablokować się wobec innych potrzeb”. Właściwa postawa ascezy powinna uzmysłowić, że „źródłem wszystkich głodów jest zaniedbanie więzi z Bogiem – głód Boga, to on objawia się bulimią i anoreksją w sferze potrzeb psychicznych i fizycznych”.

Jednym z największych błędów jest wyodrębnianie ascezy z całości życia, ograniczanie jej do jednej tylko sfery. Podejście do jakiejkolwiek potrzeby wymaga ascetyzmu, to znaczy znalezienia właściwej miary. „Prawdziwego ascetę poznajemy po miłości. Miłość jest ascetyczna, nie ma miłości bez ascezy, ponieważ w niej zawsze jest rezygnacja”. „Człowiek, który nie potrafi zdobyć się na wyrzeczenie, nigdy w pełni nie wyrzeknie się siebie – nie będzie miał swojego kształtu, nie będzie sobą”.

I nie myślmy, że daleko odeszliśmy od najdawniejszych zdrowych zapatrywań na ascezę. Święty Jan Chryzostom w kazaniach mówił, że post jest lekarstwem i jak lekarstwo trzeba umieć go stosować. Ważne są czas i dawka, zależne od choroby i cech pacjenta. Nauczał, że nie wystarczy powstrzymanie się od przyjmowania pokarmu, trzeba unikać grzechu. Nie tylko pościć ustami, ale i powstrzymać ręce od chciwości, uszy od słuchania złej mowy, oczy od pożądliwego, zazdrosnego patrzenia, nogi – od biegania za tym, co niepotrzebne.

Polecamy: Joanna Petry-Mroczkowska, Siedem grzechów głównych dzisiaj, Wydawnictwo M, Kraków 2014

Joanna Petry-Mroczkowska

dr romanistyki, tłumaczka, publicystka, autorka książek, mieszka trochę w Waszyngtonie, a trochę w Krakowie