• 10 czerwca 2016
  • komentarzy
  • 1771 osób przeczytało
  • to!

Nieczystość

Joanna Petry-Mroczkowska

Nieczystość według dawnych etyków chrześcijańskich oznaczała nierozumne przywiązanie do zmysłowych przyjemności czerpanych ze sfery płci. Dzisiaj operujemy bardziej naukową terminologią. Mówi się o „eksploatacji płciowości w warstwie doznaniowej na podłożu ubezpłodnienia”. Uważane dawniej za grzechy ciała nałogi, takie jak nieczystość, obżarstwo czy pijaństwo, są równocześnie grzechami ducha, ponieważ wynikają z prób wypełnienia wewnętrznej pustki.

Nieczystość jest nie tyle grzechem ciała, ile grzechem przeciwko ciału. Nieczystość odrzuca zobowiązanie, nie interesuje się partnerem, tylko własnym zaspokojeniem. Dręczy obawami, że czegoś nie doświadczyliśmy, że konieczne jest ciągłe eksperymentowanie. Ciało przestaje nam się podobać, doznajemy nudy, uciekamy w perwersje. Czyni z nas samotników. Nieczystość to upokorzenie ciała, cudzego i własnego. Paradoksem naszych czasów jest to, że nie tylko tolerujemy to upokorzenie, ale się nim szczycimy.

Tę pikantną słabość wynikającą z  popędu, który spośród wszystkich sił działających w sferze podświadomości najskuteczniej opiera się kontroli rozumu, przez wieki w kulturze zachodniej szczególnie wśród innych wyróżniano. Bywała często synonimem grzechu, podobnie jak jej przeciwieństwo u kobiet określano mianem cnoty, w istocie przecież znacznie ogólniejszym. Różnorodność dawnych określeń pozwala zdać sobie sprawę z wagi, jaką przydawano nieczystości. Mocne słowo „nierząd” akcentowało właśnie ów brak rządzenia sobą. Dużą dozę potępienia wyczuwamy w takich słowach, jak: rozpusta, bezwstyd, wszeteczeństwo, lubieżność, sprośność, zbereźność, rozpasanie, wyuzdanie, nieprzyzwoitość. Może najmniej archaiczna „rozwiązłość” sugeruje stan niebezpiecznego rozluźnienia czy wręcz utraty spójności, powiedzielibyśmy dzisiaj: integralności osobniczej. Ostatnio jednak pojęcie to coraz częściej zastępuje unaukowiony odłaciński promiskuityzm, który w sensie najszerszym, znanym jednak chyba tylko niewielu wyspecjalizowanym filologom, oznacza zjawisko wszelkiego chaotycznego mieszania się różnych elementów.

Stosowana w średniowiecznym piśmiennictwie łacińska luxuria (bliska późniejszego „luksusu”, a pochodząca od „nadmiaru, zbytku, grzesznego folgowania sobie”) w XVII wieku zaczęła tracić pejoratywny charakter. W tym wypadku zadziwiająco wcześnie znaleźliśmy się na grząskim gruncie „obyczajowej poprawności”. Dzisiaj – co znamienne – obserwuje się zupełny brak terminów zawierających moralną naganę. Chociaż żyjemy w powodzi brudnego słownictwa i wulgarnej wizualizacji, które zadomowiły się na dobre w kulturze, zwłaszcza masowej, „nieczystość” jako termin moralny znikła niemal z pola widzenia. Pozostało parę fachowych nazw, głównie na określenie dewiacji. Nie pamiętamy nawet, że dewiacja to po polsku zboczenie.

Pożądaniu, popędowi, uchodzącym za zjawiska naturalne, często przeciwstawia się pożądliwość, która w tym konkretnym wypadku oznacza niewłaściwe wykorzystanie płciowości. Uleganie żądzy to ograniczające, wybiórcze traktowanie drugiej osoby, mające na celu zawładnięcie nią i użycie. Zakłada, iż miłość bezapelacyjnie wymaga działań seksualnych. Upiera się, że aktywność seksualna bez miłości może uszczęśliwić.

Chrześcijańscy etycy dawniej i katoliccy dziś wyróżniają trzy drogi do kontrolowania nieczystości – dziewictwo, celibat dla osób konsekrowanych, samotnych i owdowiałych oraz małżeństwo. Małżeństwo tradycyjnie stawiano najniżej w hierarchii życiowych „stanów”, ale i dziewictwo, i celibat w pełni nobilitowało dopiero podporządkowanie wyższemu celowi wyłącznej służby Bogu, dzięki któremu stawały się „duchowo płodne”.

Zresztą nawet małżeństwo do końca nie chroni przed nieczystością, której wedle dawnej szkoły teologicznego myślenia miało zapobiegać. W małżeństwie nieczystość pojawia się, gdy dążenie do zaspokajania własnych potrzeb przeważa nad dążeniem do obdarowania drugiej osoby. Właśnie powtarzalny charakter aktu małżeńskiego wymaga kultywowania ofiarnej miłości, nie zawsze wygodnej, nie zawsze „bezbolesnej”. Dziś, choć nie bez oporów, gdzieniegdzie do kodeksu karnego wchodzi kategoria gwałtu małżeńskiego, będącego trudniejszą do uchwycenia, bo z natury rzeczy głęboko ukrytą formą przemocy. Według najbardziej wymagających kryteriów etyki katolickiej nieczysta, bo oparta na egoizmie, jest antykoncepcja, podobnie jak i inne formy „manipulowanej bezpłodności”: autoerotyzm i homoseksualizm.

Dziewictwo, czystość seksualna, wyróżniały pierwszych chrześcijan. Dla męczenników ponoszących śmierć w jej obronie była tylko jedną z form miłości do Chrystusa, wyrazem czystości serca. Czystość była częścią świadectwa.

Istnieje jednak aspekt bardziej kontrowersyjny. Teologia Ojców Kościoła, a za ich sprawą nauka chrześcijańska, zostały w niemałej mierze ukształtowane przez struktury myśli greckiej, przesiąkniętej platonizmem i gnozą, które cechowała opozycja między duszą a ciałem, pojmowanym jako więzienie duszy. Najsilniej zaznaczyło się to u Orygenesa i Augustyna. Lęk przed seksualnością wynikał także z obserwacji, iż namiętności w tej sferze ludzkiego zachowania są gwałtowne i często łatwo wymykają się spod kontroli. Czasami pogardza się popędem płciowym, ponieważ wydaje się on ordynarny i niski. Niektórzy widzą genezę takiej opinii w poglądach średniowiecznych manichejczyków, działających w Langwedocji katarów czy albigensów, zagorzałych wrogów materii, ciała, małżeństwa i prokreacji. Angielski pisarz i polityk Hilaire Belloc (The Great Heresies, Sheed & Ward, New York 1938) nazwał wpływ dualizmu katarów „atakiem nie tylko na religię, która ukształtowała naszą cywilizację, ale wprost na tę cywilizację”.

O strach przed seksualnością Kościół był oskarżany od dawna i zarzut ten miał swoje uzasadnienie. Często ofiarą nadgorliwych moralistów padała kobieta, uważana za narzędzie szatana do wzniecania rozpusty. Podejrzliwość ascetów wzbudzało to, że działanie seksualne nie prowadzi do odnalezienia trwałego sensu ludzkiego życia. Światli przedstawiciele Kościoła mówili jednak, że wstręt wobec daru płciowości i małżeństwa wywodzi się z manicheizmu, przeciwstawnego duchowi chrześcijaństwa. Dzisiaj spadkobiercy tej orientacji podkreślają wartość seksualności stworzonej przez Boga. Najchętniej powołują się na znaczenie cielesności Jezusa i wszelką godność ludzkiego ciała, które wedle słów świętego Pawła jest Bożym przybytkiem, świątynią Ducha Świętego (1 Kor 6, 19). Cytują też czasem Cyryla Jerozolimskiego, który w drugiej połowie IV wieku pisał: „Nie wdawaj się z takim, który by ci mówił, iż ciało nie ma nic wspólnego z Bogiem! Kto bowiem wierzy, że ciało nie ma nic wspólnego z Bogiem i że dusza mieszka w jakimś obcym sobie naczyniu, ten się chętnie posłuży ciałem do nieczystości” (Katechezy, Warszawa 1973).

Dlaczego Bóg, stojący poza rodzajem jako takim, stworzył rodzaj, płeć, zastanawia się angielski historyk Paul Johnson w książce The Quest for God (Harper Collins Publishers, New York 1996). Nie przyjmuje on tezy stawianej przez biologów, według której podział na płci jest konieczny do reprodukcji i życie nie mogłoby rozwijać się w inny sposób. Odpowiedzią na tę zagadkę może być koncepcja miłości jako ostatecznej siły organizującej i utrzymującej świat. Kościół – uważa Johnson – ma rację, że podchodzi do seksu tak poważnie. Miłość ludzka rywalizuje z miłością do Boga, rywal często wygrywa. Pozbycie się egoizmu, poskromienie ego to najtrudniejsza rzecz w miłości płciowej, a zarazem jedyna droga, by zbliżyć się do miłości Bożej.

Przy tej okazji musimy pamiętać, że wybór trwałej miłości do jakiejkolwiek ludzkiej istoty naraża na wiele niepewności i bólu. Cesare Pavese zauważył, że być kochanym to znaczy móc ujawnić swoją słabość, której druga osoba nie wykorzysta. Istota grzechu seksualnego polega właśnie na tym, że odrzuca on związek pomiędzy miłością a wysiłkiem, niewygodą a cierpieniem. Dzisiejszy świat stara się uciec od trudu.

 

mroczkowska_500pt_rgb_72dpi

Joanna Petry-Mroczkowska

dr romanistyki, tłumaczka, publicystka, autorka książek, mieszka trochę w Waszyngtonie, a trochę w Krakowie