• 21 kwietnia 2015
  • komentarzy
  • 2254 osób przeczytało
  • to!

Moje życie dla świata dobiegło kresu

o. Łazarz

Moja matka zmarła na raka. Leżała w szpitalu prowadzonym przez rzymskokatolickie siostry zakonne. Próbowałem przypomnieć sobie jej ostatnie dni życia, jej cierpienie. Spędziłem z nią ostatnie dziesięć dni, śpiąc tuż obok niej na podłodze. Niedługo po jej odejściu poczułem wewnętrzne pragnienie, aby jeszcze raz wrócić do sali, w której zmarła. Chciałem niejako odtworzyć ten moment w swojej pamięci, spróbować raz jeszcze przyglądnąć się samej chwili umierania. Chciałem znaleźć jakiś klucz, który pomógłby mi zgłębić tajemnicę śmierci. Śmierć była czymś w rodzaju ciemności. Otaczała mnie, lecz nie potrafiłem jej zrozumieć. Bez mojej matki nie byłem w stanie odnaleźć też życiowej równowagi. Po dotarciu na miejsce próbowałem wejść do sali szpitalnej, siostry tam pracujące nie wpuściły mnie jednak do środka. Wyjaśniły, że sala chwilowo jest zajęta. Odesłały mnie do szpitalnej biblioteki, abym poczekał, aż któraś z nich po mnie przyjdzie. Tam znalazłem książkę o życiu amerykańskiego zakonnika Thomasa Mertona. Była to jego autobiografia Siedmiopiętrowa góra. Zacząłem czytać. Książka była tak absorbująca, iż zapomniałem o tym, że chciałem wejść do sali szpitalnej. Siostry również o mnie zapomniały. Historia przedstawiona w autobiografii Mertona bardzo przypominała mi własne życie. Merton był filozofem lewicującym politycznie. On także stracił matkę. Książki i filmy, które oglądał, okazały się tymi samymi, jakie miały wpływ i na moje poglądy. Jego życie było odbiciem mojego. Momentami czułem, jakbym czytał swój własny życiorys. Na pewno różniło nas to, że on żył w Stanach Zjednoczonych, a ja w Australii.

Naśladując Mertona
Merton po śmierci matki szukał wewnętrznego spokoju w klasztorze rzymskokatolickim. Czytając jego autobiografię, często dostrzegałem wiele podobieństw. Był filozofem, przez wiele lat ateistą. Był człowiekiem inteligentnym, potrafiącym krytycznie spojrzeć na swoje życie. Dopiero w klasztornej celi odnalazł równowagę ducha. Pracował na uniwersytecie, gdzie miał przyjaciela, który pomógł mu się nawrócić i odnaleźć drogę do Boga. Dostrzegłem w tej książce pewien bardzo interesujący fakt. Merton zamienił uniwersytet na klasztor. I dopiero tam odnalazł upragniony spokój. Pomyślałem więc, że spróbuję pójść jego śladami. Dlaczego nie zastąpić pracy na uniwersytecie życiem w klasztorze.

Następnego dnia zadzwoniłem do któregoś z  rzymskokatolickich zakonów i zapytałem, czy mógłbym zostać mnichem. Mój zdziwiony rozmówca zapytał mnie, do jakiego Kościoła należę. Odpowiedziałem, że nie chodzę do kościoła. Kto w takim razie skierował mnie do ich klasztoru, drążył dalej. Powiedziałem, że nie mam żadnego ojca duchownego. Rozmówca ironicznym tonem skomentował, że skoro nie chodzę do kościoła i nie mam żadnego ojca duchownego, to nie mogę być zakonnikiem. Po tych słowach odłożył słuchawkę. Z pewnością pomyślał, że jestem szalony.

Jak trafiłem do klasztoru?
W mojej głowie pojawił się nowy pomysł na życie. Jednak zakonnik, z którym rozmawiałem przez telefon, nie uznał mnie za odpowiedniego kandydata do klasztoru. Ponownie zaglądnąłem do książki telefonicznej i znalazłem kolejny numer. Tym razem był to serbski klasztor prawosławny. Dlaczego by nie spróbować? – pomyślałem. Zadzwoniłem i zapytałem, czy mogę ich odwiedzić. Po tym wszystkim okazało się, że rozmawiałem z biskupem, który zaprosił mnie na spotkanie. Nie odrzucił mnie. Z jednej strony miał ku temu wyraźny powód, z drugiej zaś, co zrozumiałem po czasie, kierowała nim ręka Boża. Biskup zamiast zadawać pytania, jak zrobił to katolicki zakonnik, nie próbował pochopnie oceniać mojej osoby. Zapraszając mnie na wizytę, użył znaczących słów: „przyjdź i zobacz”. Skąd biskupowi przyszedł do głowy pomysł, aby mnie zaprosić? Słowa, które usłyszałem w słuchawce, zaczerpnięte były z Biblii. Po aresztowaniu Jana Chrzciciela jego uczniowie zaczęli przyłączać się do Jezusa. Kiedy  Filip poznał Jezusa, odkrył, że to właśnie On jest Nauczycielem zapowiadanym przez proroków. Filip odwiedziwszy swego przyjaciela Nataniela, zachęcał go, aby przyszedł posłuchać Jezusa. Nataniel odpowiedział, że nic dobrego nie może pochodzić z Nazaretu. Filip zaś odrzekł, iż do niczego go to nie zobowiązuje. I właśnie wtedy wypowiedział słowa: „Przyjdź i zobacz”. Bardzo ucieszyłem się z zaproszenia i ze zniecierpliwieniem czekałem na wyznaczony dzień. Przyjechałem do klasztoru w sobotę. Ten dzień we wszystkich klasztorach prawosławnych poświęcony jest modlitwie za zmarłych. Kiedy wchodziłem do monasteru, mnisi wracali z modlitwy. Wspólnie poszliśmy na cmentarz, gdzie Serbowie wspominali swoich zmarłych. Biskup przywitał się ze mną i podał rękę. Próbowałem wejść do samochodu, w  którym siedział. On zaproponował jednak, abym wsiadł do innego wraz z małżeństwem stojącym obok. Po krótkim zapoznaniu i wymianie kilku zdań dowiedziałem się, że ich córka jakiś czas temu odwiedziła ów klasztor, który z resztą cieszył się niemałą popularnością. Zaraz po tej wizycie, w drodze powrotnej, zginęła w wypadku samochodowym.

W dalszej rozmowie okazało się, że rodzice są mocno rozgoryczeni. Mieli mnóstwo pretensji, w tym również do samego Boga, który zabrał im córkę. Tak się złożyło, że i ja przeżywałem w owym czasie wielki kryzys. Buntowałem się i zadawałem sobie pytania: Gdzie był Bóg, gdy odchodziła moja matka? Czy On w ogóle istnieje, skoro nie wyciągnął do mnie swej pomocnej dłoni? We troje narzekaliśmy na Boga, który według nas był odpowiedzialny za nasze nieszczęście. Nie wiem, czy biskup miał w tym jakiś cel, wsadzając nas do jednego samochodu. Wzajemne wylewanie żalu przyniosło nam duchowy komfort i pocieszenie.

Nigdy nikomu się nie kłaniałem
Po powrocie z cmentarza siedmioro z nas wróciło do świątyni. Po wejściu moją uwagę przykuła ikona Matki Boskiej dość dużych rozmiarów. Widywałem już wcześniej różne ikony, ale traktowałem je jedynie jako obiekty sztuki. Wówczas nie posiadałem żadnej wiedzy na temat ikon. Słyszałem oczywiście o  Maryi, przecież wszyscy o niej słyszeli, jednak ja sam niewiele o Niej wiedziałem. Nie istniał między nami żaden intymny związek. Nie rozumiałem również roli i znaczenia Maryi w Kościele prawosławnym. Wiedziałem, że katolicy nazywali ją Maryją Dziewicą i na tym kończyła się moja wiedza na ten temat.

Oglądałem Jej wizerunki w różnych gazetach, jednak wtedy nie miała Ona jeszcze dla mnie większego znaczenia. Po wejściu do cerkwi ujrzałem ludzi bijących pokłony. Byłem zdumiony. Australijczycy nie kłaniają się nikomu, a na przywitanie wystarcza im uścisk dłoni. Nawet jeśli taksówkarz spotyka premiera, nie kłania się ani nie całuje ręki. Zwyczajnie podaje mu rękę i to wystarcza. Nieformalne przywitanie pomiędzy ludźmi różnych stanów jest w Australii normą. W związku z tym nie byłem przygotowany na pokłon okazujący posłuszeństwo abstrakcyjnej sile. Było to dla mnie krępujące, ale jednocześnie chciałem być uprzejmy. Wszyscy Serbowie, którzy tam byli, oddali trzy doziemne pokłony ikonie Matki Bożej. Następnie przechodzili na bok do miejsca, gdzie nauczał kapłan. Wspólnie zaczęli śpiewać hymn do Bogurodzicy. Pomyślałem, że postąpię jak inni i pokłoniłem się ikonie po raz pierwszy.

Jak w łonie matki
Pozycja stojąca przedstawia silnego, zdrowego człowieka homo erectus. Wykonując pokłon, przyznajemy się do tego, że jesteśmy słabi. Spróbowałem więc zgiąć kolana i skłonić czoło do ziemi. Była to pierwsza część wysiłku, a może nawet walki, jeśli można to tak nazwać. W końcu uklęknąłem. Przede mną na ścianie znajdowała się wielka ikona przedstawiająca Matkę Bożą. Ikona ta była bardzo znana w australijskich kręgach religijnych, ponieważ słynęła z cudownych uzdrowień. Żona greckiego duchownego, która cierpiała na raka, została za wstawiennictwem tego wizerunku uzdrowiona. Wiadomość o tym szybko rozeszła się po Australii. Wierzący, którzy należeli do innych wyznań chrześcijańskich, również nawiedzali tę ikonę. Nie byłem zatroskany samym obrazem, a sprawnym wykonaniem pokłonów i  dołączeniem do grupy. Wykonując kompletny ukłon, musiałem dotknąć czołem posadzki, co stanowiło dla mnie nie lada trudność, gdyż nie robiłem tego nigdy w całym swoim życiu. Spróbowałem. Nie ułożyłem właściwie dłoni, ale to nie miało wtedy większego znaczenia. W końcu przylgnąłem twarzą do ziemi.

Co dzieje się z naszym ciałem, gdy robimy doziemny pokłon? Jaką formę ono wtenczas przyjmuje? Jak postrzegane jest wtedy nasze ciało przez kogoś, kto obserwuje nas z boku? Jesteśmy wówczas zgięci w pół, co bardzo przypomina pozycję płodu w łonie matki. Leżąc w tej pozycji, poczułem się kimś małym, słabym i bezradnym. Do głosu zaczęły we mnie dochodzić wszystkie te emocje. Sam pokłon był czynnością fizyczną, lecz z punktu widzenia psychologii jego efekt był bardzo wyniszczający. Zdawało mi się wtedy, że nie byłem godzien podnieść nawet wzroku. Doziemny pokłon bardzo dobitnie wyraża stan chrześcijańskiej pokory. Kiedy leżałem przytulony do ziemi, zaczął wypływać ze mnie cały smutek, zacząłem płakać i wcale nie wstrzymywałem łez. Modliłem się i spowiadałem, ale wtedy nie byłem jeszcze tego świadomy. Wylewając swoje uczucia, powtarzałem, że nie mam matki, którą straciłem, że jestem smutny, gdyż jej potrzebuję. Wciąż pytałem: Dlaczego ona odeszła? Czułem się samotny oraz osierocony. Pomyślałem, że muszę się podnieść, a następny pokłon będzie już o wiele łatwiejszy.

Ona mnie wysłuchała
Zrobiłem drugi pokłon. Znów powtarzałem te same słowa, wylewając swój ból i żal. Czoło przyłożone miałem do posadzki. Z  tyłu usłyszałem wypowiedź: „Ja będę twoją matką”. Słyszałem to wyraźnie. Głos był piękny i łagodny. Z jednej strony słodki, zaś z drugiej silny. Był to bardzo wzruszający kobiecy szept. Słyszałem go po angielsku, w swoim języku ojczystym. Nie wiedziałem, kto to mówił. Pomyślałem, że prawdopodobnie jedna z serbskich kobiet usłyszała mój płacz i podeszła, aby mnie pocieszyć. Chcąc to sprawdzić, spojrzałem na lewo i na prawo. Nie było nikogo. Byłem sam. Znów powtórzyłem słowa narzekania i  ponownie usłyszałem głos: „Ja będę twoją matką”. Tym razem postanowiłem dowiedzieć się, skąd on pochodzi. Podniosłem oczy. Ikona znajdowała się na ścianie naprzeciwko mnie. Kiedy na nią spojrzałem, zauważyłem, że Matka Boska wysunęła się lekko w moim kierunku. Nie była to cała postać. Ikona przedstawiała popiersie Maryi trzymającej na rękach Jezusa. Maryja wysunęła głowę do przodu, podczas gdy samo malowidło pozostawało nadal na ścianie. Nachyliła głowę w moim kierunku, spojrzała mi prosto w oczy, uśmiechnęła się i po raz trzeci powtórzyła: „Ja będę twoją matką”. Kiedy się uśmiechała, była cudowna i kochająca. Jej słowa zabrały cały ból z mego serca. Przywróciła mi nadzieję i wiarę, również wiarę w samego siebie. Wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy. Poczułem się jak nowo narodzony, odnowiony człowiek, a wszystko dzięki Jej miłości, Jej oczom, uśmiechowi, głosowi i obecności. Uczucie to było czymś przeszywającym na wskroś. Zostałem napełniony Jej obecnością. Cała Jej postać emanowała światłem, błyszczała. Musiałem opuścić wzrok, aby się pokłonić.

W końcu zrobiłem trzeci pokłon. Kiedy już wstałem, postać Maryi wróciła z powrotem na swoje miejsce, jak gdyby wtopiła się w ikonę. Światłość zniknęła, a ikona znów była tylko wizerunkiem. Jej obecność była rzeczywista. Ona odmieniła moje życie. To nie było żadne przywidzenie. Widziałem Ją, słyszałem Jej głos i naprawdę odczułem Jej miłość. Od tamtego momentu czułem się zależny od Niej już na całe życie. Miałem świadomość, że moje życie zostało poświęcone tylko dla Niej. Jej miłość do mnie była wielka, a jednocześnie na tyle wystarczająca, by utrzymać mnie przy życiu. Ona uśmierzyła cały mój ból, rozwiała wątpliwości, lęki i zagubienie. Wypełniła pustkę i zaspokoiła potrzebę miłości. A to wszystko stało się niemalże w jednej chwili. Wyszedłem z cerkwi przekonany, że mam już kochającą matkę, nie tylko piękną i słodką, lecz łaskawą oraz hojną. Całą wiedzę na Jej temat otrzymałem dzięki miłości. Nie potrzebowałem dużo czasu, aby Ją poznać, gdyż wszystko stało się niespodziewanie. Maryja ukazała mi się w całej pełni i przekazałami swoją miłość. Od tamtego czasu każdego razu, kiedy ją widziałem, było podobnie. A widziałem ją kilka razy. Z tego też powodu nie mogłem i nie chciałem opuścić tamtej świątyni i klasztoru. Musiałem zostać z Nią, blisko Niej. Powiedziałem biskupowi, że nie chcę stamtąd odchodzić. I tak się stało. Zostałem w serbskim klasztorze prawosławnym.

Tamtego dnia moje życie dla świata dobiegło kresu. Nie wróciłem już do pracy na uniwersytet, gdzie wcześniej pracowałem jako wykładowca. Nie wróciłem również do swego domu. Ze względu na Maryję pozostawiłem wszystko. Wraz z Jej miłością spłynęło na mnie życie monastyczne. W taki sposób zostałem chrześcijaninem. Pozostałem w Kościele chrześcijańskim, ponieważ nigdzie indziej nie odnalazłbym kochającej matki, która mogłaby ofiarować mi nowe życie…

fragment książki „Pokonaj swoje demony”

pok_druk.indd

o. Łazarz

Ojciec Łazarz pochodzi z Australii, dorastał jako osoba niewierząca. Obecnie jest mnichem koptyjskim, mieszka w pustelni znajdującej się przy najstarszym egipskim klasztorze, założonym przez św. Antoniego. Znajduje się on w Górnym Egipcie niedaleko wybrzeży Morza Czerwonego.