• 28 lipca 2015
  • komentarzy
  • 1959 osób przeczytało
  • to!

Młodość św. Charbela

Marta Wielek

W rodzinnej miejscowości Charbela, Bekaa‑Kafra, niemal wszyscy są ze sobą w jakiś sposób spokrewnieni. Położona na wysokości 1600 m n.p.m. stanowiła i stanowi niemal zamkniętą enklawę, gdzie wieści docierały z du‑ żym opóźnieniem i rzadko zaglądali tu przypadkowi wędrowcy. Wszyscy się znają i żyją w zażyłości. Wokół kościoła świętego Saby wznosi się około stu kamiennych domów, w których żyją ludzie znani z wielkiego nabożeństwa do Matki Bożej. Na każ‑ dym niemal kroku mija się kapliczkę postawianą ku Jej czci. Do dziś można spotkać tam wieśniaków z przyczepionym do pasa długim różańcem.

Tam właśnie mieszkał ubogi wieśniak Antoni Zaarour Makhlouf. Ożenił się z bardzo pobożną dziewczyną Brygidą, z sąsiedniego miasta Becharri. Była córką Eliasza Jakuba Chidyaka. Brygida codziennie uczestniczyła we Mszy świętej, Eucharystia była esencją jej wiary. W ciągu dnia modliła się długo w ciszy i samotności, nie wolno jej było wówczas przeszkadzać. Gdy jakieś dziecko przychodziło do niej w tym czasie, mówiła: „Ciii, rozmawiam teraz z Bogiem”. Dużo pościła. Chciała nawet całkiem zrezygnować z mięsa, ale spowiednik nie zezwolił jej na takie wyrzeczenie. Odmawiała codziennie różaniec, który zrodził się przecież w tradycji maronickiej, a dopiero później (podobnie jak droga krzyżowa) został przejęty przez Kościół zachodni. Dwaj jej bracia byli mnichami maronickiego klasztoru i mieszkali w pustelni oddalonej o 5 kilometrów od Bekaa-Kafra. Również brat Antoniego poświęcił swoje życie Bogu, studiował teologię i został wyświęcony na diakona, ale nigdy nie przyjął święceń kapłańskich. Antoni też był bardzo oddany modlitwie. Wstawał o świcie i zaczynał dzień od hymnu pochwalnego dla Boga. Pościł i umartwiał się. Swoim dzieciom tłumaczył: „Stworzenia muszą cierpieć, w przeciwnym razie ich dusze staną się delikatne i słabe… Ci, którzy cierpią, będą nagrodzeni”. Mimo iż jego życie było ciężkie, on czynił jeszcze dodatkowe wyrzeczenia, by nie popaść w pychę, bo jak powtarzał: „Najważniejsze jest to, by nie obrażać Boga”. Antoni i Brygida prowadzili więc pobożne życie i w ten sam sposób usiłowali wychować swoich pięcioro dzieci: Jana, Bichara, Kousunę, Wardę i najmłodszego Józefa. Każdego dnia wieczorem cała rodzina gromadziła się na wspólnej modlitwie przed ikoną Matki Bożej. Warda, gdy tylko trochę podrosła, wszędzie chodziła z długim różańcem przyczepionym do pasa, mimo że nieraz spotykały ją za to przykrości. Zwłaszcza, gdy była już zaręczona, śmiano się z jej kontemplacyjnej natury. Ona zaś modliła się, by nie dożyć dnia ślubu, jeśli przez małżeństwo miałaby oddalić się od Boga. Zmarła niedługo potem niezamężna. Najstarszy syn Makhloufów, Jan, zarządzał ziemiami parafialnymi i dzięki jego staraniom udało się rozbudować kościół świętego Saby. Bóg jednak upatrzył sobie na swojego sługę najmłodszego syna Antoniego i  Brygidy – Józefa.

Przyszedł on na świat 8 maja 1928 roku. Osiem dni później został ochrzczony w kościele pod wezwaniem Matki Bożej. Był oczkiem w rodzinie, ulubieńcem matki. Gdy tylko we wsi rozdzwoniły się dzwony wzywające na Msze świętą, chwytała maleńkiego Józefa, owijała w chustę i zbiegała z nim na ręku po kamienistym zboczu do kościoła. Nie chciała go zostawiać nawet wtedy, mimo że Mszę świętą traktowała z wielkim nabożeństwem.

Rodzina Makhloufów żyła ubogo, ale spokojnie w swej wiosce wysoko w górach. Nie docierały tu niepokoje to‑ czące się wówczas w kraju. Do czasu. Gdy Józef miał trzy lata, w 1831 roku Liban stał się terenem walk między Egiptem i Turcją Osmańską. Obie strony wykorzystywały mieszkańców, by rekrutować spośród nich żołnierzy lub zdobywać zaopatrzenie dla swoich wojsk.

Pewnego wieczora zapukano też do drzwi domostwa Makhloufów. Antoni otworzył, ale w świetle latarni, którą trzymał w ręce, niewiele mógł dostrzec. Widział grupę żołnierzy na koniach; jeden z nich wręczył mu dokument i rozkazał: „Na rozkaz prefekta, jutro o świcie masz stawić się z osłem na front, do dowożenia zaopatrzenia dla walczących oddziałów”. Antoni próbował tłumaczyć, że jest jedynym żywicielem licznej rodziny, że bez jego pracy zginą z głodu. Żołnierz pozostawał niewzruszony – taki jest rozkaz. Antoni prosił więc o kilka dni na przygotowanie zapasów dla rodziny, by mogła przetrwać czas jego nieobecności. „To nie moja sprawa” – odpowiedział oficer – „Jutro o świcie masz się stawić”. Antoni musiał więc wyruszyć jeszcze tej samej nocy. Pracował bardzo ciężko na froncie. Wszystko po to, by zasłużyć na wcześniejsze zwolnienie ze służby. I rzeczywiście po kilku tygodniach dostał zezwolenie na powrót do domu. Jego serce nie wytrzymało jednak tak ciężkiej pracy, połączonej z wieloletnimi umartwieniami i obecnym niepokojem o los rodziny. W drodze powrotnej, w miejscowości Ghorfeen poczuł się słabo, musiał przerwać podróż, by dojść do siebie. Niestety nie odzyskał już sił. Zmarł, a pobliscy mieszkańcy pochowali go w bezimiennym grobie. Nikt też nie powiadomił rodziny o śmierci Antoniego.

Po kilku miesiącach oczekiwania, Brygida zaczęła sobie uświadamiać, że może już nigdy nie zobaczyć swojego męża. Prawdy o  jego śmierci dowiedziała się dopiero kilka lat później. Na razie musiała jakoś zatroszczyć się o swoje dzieci. Samotna kobieta z dziećmi nie miała szans na przeżycie, dlatego po dwóch latach Brygida postanowiła powtórnie wyjść za mąż, za bardzo pobożnego i dobrego człowieka Lahouda Ibrahima, który otoczył opieką jej rodzinę, a zwłaszcza ukochanego beniaminka – Józefa. Długo skrywano przed nim wiadomość o śmierci ojca. Nowy mąż Brygidy należał do bliskiej rodziny, więc naturalnym wydawać się mogło chłopcu, że przejął opiekę nad matką i jego rodzeństwem w czasie nieobecności ojca. Ślub odbył się w październiku 1833 roku. W obrządku maronickim dopuszcza się kapłaństwo żonatych mężczyzn. Mąż Brygidy zapragnął być kapłanem, a ona zgodziła się na to. Po krótkim przygotowaniu został wyświęcony i przybrał imię Dominik. Odtąd posługiwał jako proboszcz w Bekaa-Kafra, co miało niemały wpływ na rozbudzenie duchowych tęsknot małego Józefa. Odkąd skończył siedem lat służył do Mszy świętej, którą odprawiał jego przybrany ojciec. Chłopiec robił to z niemałym zapałem. Pewnego razu, gdy ojciec powierzy mu zadanie przygotowania kadzidła na nabożeństwo do Matki Bożej, zaczął tak wymachiwać kadzielnicą z rozżarzonymi węgielkami, że iskry poleciały na kapłana. Ojczym zwrócił mu uwagę, a Józef miał odpowiedzieć: „Robię to przecież dla Matki Bożej”. Szkoła w Bekaa-Kafra też była związana ściśle z kościołem. Lekcje odbywały się zazwyczaj w cieniu wielkiego rozłożystego dębu rosnącego w pobliżu świątyni. Program szkolny obejmował naukę czytania i pisania oraz służenie do Mszy świętej. Lekcje odbywały się w sposób typowy dla szkół maronickich – zebrani wokół proboszcza chłopcy recytowali Psalmy, podobnie jak mnisi w monastyrze. 

Na co dzień chłopiec pasł bydło, ale i to zajęcie wykorzystywał do tego, by znaleźć chwilę na modlitwę. Chciał modlić się tak jak matka, w samotności, a prowadzenie zwierząt na wypas dawało mu ku temu wiele sposobności. W jednej z grot urządził sobie kaplicę, gdzie w południe każdego dnia klękał przed obrazem Matki Bożej, a właściwie obrazkiem namalowanym na zwykłej kartce papieru. W kieszeni nosił zawsze garść kadzidła, które podbierał z kościoła przy porannej Mszy świętej. W swojej grocie zapalał przyniesione z kościoła kadzidło i modlił się w samotności. Rówieśnicy dokuczali mu z tego powodu, przezywali i szydzili z jego pobożności. Jego to jednak nie zrażało, choć nie pozostawał obojętny. Gdy pewnego dnia jego kuzynka Maria szukała go i pytała chłopców pasących swoje zwierzęta o Józefa, oni śmiali się, że pewnie odprawia Mszę w swojej grocie. Tymczasem nadszedł Józef, był nieco zażenowany. Nie odezwał się jednak nic, tylko chwycił kilka gorących węgielków z ogniska, które rozpalili chłopcy i pobiegł do swojej groty, by rozpalić kadzidło. Maria pobiegła za nim, zrywając po drodze kwiaty, które razem złożyli pod obrazkiem Matki Bożej. Maria była jego krewną i piękną dziewczyną. Rodzice Józefa liczyli, że ich syna połączy z nią małżeństwo. Zaczęli już nawet czynić ku temu przygotowania. Józef jakby tego nie zauważał, nie dostrzegał zabiegów rodziców i zainteresowania Marii. W wieku 14 lat, podczas jednej z takich samotnych medytacji w skalnej kapliczce, postanowił, że w ten sposób spędzi resztę swojego życia. Wspierali go w tym postanowieniu mocno dwaj wujowie – pustelnicy, których od tej pory zaczął często odwiedzać. Był urzeczony ich sposobem życia, a oni rozbudzali w nim to pragnienie. Wujek Augustyn mówił do niego: „Widzisz tę bryłę trzech głównych budynków? Słyszysz huk wodospadu spadającego w dolinę. Czyż nie wydaje się być echem głosów tych, którzy śpiewają tu Bożą chwałę?”. Czyż można było się oprzeć takim zachętom?

Reszta rodziny – mimo ogromnej pobożności – była temu pomysłowi bardzo przeciwna. Ważna była każda para rąk do pracy. Ale nie chodziło tylko o to. Napięcie wewnątrz kraju rosło, właśnie stłumiono krwawo powstanie maronitów, wiadomo było, że najbardziej cierpią w tej zawierusze klasztory i mnisi, bo uważano je słusznie za centrum maronickiego świata. W czasie każdej takiej zawieruchy ofiarami padali przede wszystkim mnisi. Matka nie chciała tego losu dla swojego ukochanego Józefa. Jej mąż Dominik także, porozumieli się więc z rodzicami Marii na temat małżeństwa z Józefem. Dziewczyna była w nim mocno zakochana, bo był przystojny, silny i bardzo pracowity. Józef unikał jej jednak, cały czas marząc o życiu zakonnym.

W Bekaa-Kafra uroczyście obchodzono święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny  15 sierpnia. Święto poprzedzał post, który kończył się 14 sierpnia wieczorem, świętowano wówczas przy ognisku w pobliżu kościoła. W kolejnym roku uroczystość obchodzono tym huczniej, że odbywało się wówczas wesele. Wszyscy mieszkańcy bawili się wspólnie, była też rodzina Makhloufów. Podeszli do pary młodej złożyć gratulacje, a wtedy panna młoda zagadnęła Józefa, kiedy on zamierza się ożenić. Widząc jego zdumienie, powiedziała: „Znam kogoś” i zerknęła wymownie na Marię. To spłoszyło całkiem Józefa. Ruszył przed siebie i zatrzymał się dopiero pod drzwiami kościoła. Jego matka poszła za nim. Chciała go zatrzymać, on zaś zniknął w głębi kościoła. Matka nie ustawała jednak w próbach wyswatania go z Marią. Józef zaś przez kilka lat zwlekał z podjęciem decyzji, miotał się między oczekiwaniami ukochanej matki i głosem, który przy różnych okazjach rozbrzmiewał w jego sercu: „Zostaw wszystko. Pójdź za Mną”. Jak wtedy, gdy pasł kozy i jedna z nich gdzieś się zapodziała. Szukając jej trafił do kaplicy, uklęknął i usłyszał właśnie te słowa: „Zostaw wszystko. Pójdź za Mną”. Nie chciał ranić matki, bo wiedział, że zniosła już stratę męża, córki, teraz miałaby zgodzić się na wystawienie na niebezpieczeństwo swego najmłodszego syna, z którym czuła niezwykłą więź duchową. Ostateczną decyzję pomogło mu podjąć „przypadkowe” spotkanie. Pasąc kozy napotkał mnicha, który, ni stąd ni zowąd, zaczął opowiadać mu o życiu pustelniczym, roztaczając przed chłopcem wspaniałe wizje życia zjednoczonego z Bogiem. Zachęcał go, by porzucił wszystko, co ma i posłuchał swego wewnętrznego głosu, który go wzywa do takiego życia: „Pozostaw wszystko za sobą, wszystko to, w czym zbłądziłeś i czego ci do tej pory nie dostawało: cały bagaż ziemski. A kiedy w końcu zatracisz się całkowicie w świętym pokoju Bożym, wówczas otworzy się przed tobą Królestwo Boga”. Mnich ujął jego głowę w dłonie spojrzał mu w oczy i powiedział: „Gdy pokój Chrystusa zakorzeni się w tobie, zaniesiesz innym pokój i uleczysz ich z ich wątpliwości i niepokojów życiowych. Siła żarliwej modlitwy jest tysiąckroć większa od lekarstw ludzkich i sił ziemskich. Idź synu, i zastanów się nad tym, co ci powiedziałem”.

Mnich się oddalił, a wstrząśnięty Józef długo jeszcze stał i patrzył za nim. Wiedział już, że dłużej zwlekać nie może.

 

Charbel_okladka_3

Marta Wielek

redaktor miesięczników LIST i BIBLIA Krok po Kroku, autorka książek