• 13 marca 2018
  • komentarzy
  • 237 osób przeczytało
  • to!

Kiedy „Przebaczam” znaczy „Uciekam”

Jednym trudno powiedzieć „Przebaczam”. Innym przychodzi to podejrzanie łatwo. Czynią to chętnie i wspaniałomyślnie. I wszystko byłoby dobrze, gdyby… było co przebaczać.

Bo powiedzieć „Przebaczam” oznacza stwierdzenie, że ten drugi jest winny; przecież nie przebacza się dobrych uczynków.

Ja przebaczam, więc to nie ja jestem ten winny.

W ten sposób w swojej przewrotności człowiek słowem przebaczenia karmi swoją pychę.

A przynajmniej może taki wypadek zachodzić.

A może jest po prostu inaczej? Odwrotnie? Może to ja jestem ten winny? Albo współwinny? I ciężar sprawy niesiemy obydwaj? Może nieraz łatwiej autentycznie przebaczyć niż uznać swoją winę?

Przebaczanie pozwala myśleć o sobie z poczuciem wyższości.

Lecz zamiast uznać swoją winę, chowam się za to piękne słowo.

Od chowania się za piękne słowa nie stajemy się piękniejsi.

Problem leży nie tylko w tym, że ktoś mnie atakuje. Może tylko się broni, a wojnę wywołuję ja? Czy moje spojrzenie krąży wokół kogoś jak bombowiec? Czy moje myśli nie pracują jak armia hakerów gotowa sparaliżować czyjeś życie? Czy moje słowa to nie dywersanci wysyłani do czyjegoś świata? A moje uczucia to desant na czyjąś głowę? Czemu tak naprawdę służą moje żarty, komentarze, posty? I czy serce, to moje serce, nie stało się czasem sztabem operacji specjalnych?