• 13 marca 2018
  • komentarzy
  • 2026 osób przeczytało
  • to!

Zdrowy. A kto to taki?

Manfred Lutz

Wprawdzie żadne inne słowo nie jest tak często używane, zaklinane i tak wysoko oceniane jak „zdrowie”, jednak żaden człowiek nie wie, czym ono tak naprawdę jest. Tym samym wydaje się ono pojęciem dość tajemniczym. Choroby zawsze się wyodrębnia i klasyfikuje pod względem wszystkich możliwych szczegółów, a zdrowie? W jaki sposób można zdefiniować ten pozornie tak zrozumiały termin?

Czy zdrowie po prostu oznacza normalność? Czy statystyczna przeciętna to zdrowie? Ale co stanowi przeciętną w odniesieniu do zdrowia? Już na początku XX wieku znany psychiatra miał problemy z odpowiedzią na pytanie, czym jest normalna inteligencja. Wspomógł się statystyką i wobec istnienia niewielu geniuszy i wielu mało uzdolnionych ogłosił: „Normą jest lekki debilizm”. Gdy krytycznie odbieramy wieczorne wiadomości, ten całkiem normalny obłęd światowych wydarzeń zdaje się zbyt często potwierdzać to odkrycie, jednak zrozumiałe jest, że taka statystyczna definicja inteligencji nie mogła zostać przeforsowana. Statystyka nie pomoże nam również w zdefiniowaniu zdrowia.

Inną teorię zaproponował jeden z najlepszych niemieckich internistów, profesor Rudolf Gross. Praktyka pokazuje, że liczba jednostek chorobowych ma związek z liczbą przeprowadzonych badań. Jeśli każdego człowieka podda się pięciu badaniom, ponad 95 procent badanych okaże się zdrowych. Przy dwudziestu badaniach zdrowych będzie już tylko 36 procent, natomiast przy stu badaniach prawdopodobnie wszyscy będą chorzy. Ponieważ każda jednostka chorobowa pociąga za sobą kolejne badania kontrolne, w pewnym momencie dochodzi się do miejsca, gdzie brak już punktu zaczepienia. Wniosek z tego jest następujący: zdrowy jest ten, kto nie został wystarczająco dokładnie przebadany.

Jeśli więc w poszukiwaniu porady będziemy chcieli się zwrócić do kompetentnego urzędu, z pewnością nie znajdziemy żadnego, który w tej kwestii byłby bardziej wiarygodny niż Światowa Organizacja Zdrowia – WHO. Można by przypuszczać, że przynajmniej ta ciesząca się największym, ostatecznym i uniwersalnym autorytetem organizacja potrafi precyzyjnie określić, o co się troszczy. Jednak tutaj znów pojawia się trudność. Jakkolwiek by na to patrzeć, organizacja to również tylko człowiek, a człowiek jest wrażliwy. Światowa Organizacja Zdrowia cierpi na uraz okołoporodowy wynikający z tego, że wszystkie inne ważne światowe organizacje odpowiadają za całą ludność świata, a ona sama tylko za jej część, a mianowicie za chorych.

To nie pozwoliło wspomnianej organizacji ani pędzić, ani zwolnić w jej staraniach, aby z tą zniewagą coś zrobić. A i tak odniosła sukces. W błyskotliwym, semantycznym porywie udało jej się zdefiniować zdrowie jako „stan bardzo dobrego samopoczucia cielesnego, duchowego i społecznego”. To ci dopiero rozwiązanie! Ponieważ ogólnie wychodzi się z założenia, że dobre samopoczucie społeczne pojawia się tylko wówczas, gdy na naszym koncie znajduje się milion dolarów, a jak wiadomo, milionerzy są bardzo niecierpliwi i tym samym nie mogą osiągnąć spokoju duchowego, nikt – abstrahując już od dolegliwości cielesnych, które u wszystkich ludzi ostatecznie mają nawet przebieg śmiertelny – nie może być z całą pewnością określony jako zdrowy. I dzięki temu świetnemu posunięciu Światowej Organizacji Zdrowia, mimo wszystko, udało się zostać organizacją kompetentną w odniesieniu do ludności całego świata. Powstrzymajmy się od szacowania płynących z tego tytułu szkód, ponieważ wciąż jeszcze nie dysponujemy sensowną definicją zdrowia.

Zacznijmy w końcu od podstaw. Innymi słowy, jak brzmi odpowiedź starego, dobrego lekarza domowego na pytanie o to, co właściwie oznacza „zdrowy”? Kto jeśli nie on ma to wiedzieć? „Zdrowy – tak odpowiedział mi starszy, doświadczony kolega – jest człowiek, który ze swoimi chorobami potrafi żyć w miarę szczęśliwie”. To jest to!

Definicja ta sprawia wrażenie może nieco płynnej, ale jest prawdziwa i stanowi jedyną możliwą odpowiedź pozwalającą uniknąć nierealnych, utopijnych definicji zdrowia i daje przynajmniej pojęcie o prawdziwym zdrowiu. I właśnie w tym kontekście jako kryteria odnoszące się do zdrowia pojawiają się szczęście i ochota do życia. Idąc tym obiecującym tropem, najłatwiej natrafimy na ślad radości życia. Bez wątpienia była to również droga Hipokratesa, greckiego praojca medycyny. U niego na pierwszym planie była nie sama choroba, ale chory człowiek. Tak na marginesie, domowy lekarz, podając swoją definicję, mógłby się spokojnie powoływać na duchowego tytana czasów współczesnych. Definicja Fryderyka Nietzschego brzmi: „Zdrowie to taki stopień zaawansowania choroby, który pozwala sprostać moim istotnym codziennym zajęciom”.

O skrytości zdrowia
Przyznaję, że na razie to dość mizerny wynik, jeśli chodzi o nasze starania zmierzające do uzyskania pojęciowej jasności odnośnie do zdrowia. Istnieje właściwie więcej niż jedna recepta, jak poradzić sobie ze stanem utrzymującej się teoretycznej niejasności. Jednak w starciu z ogólnie panującym pojmowaniem zdrowia mądrość domowego lekarza nie ma najmniejszych szans. Gdy człowiek jest w stanie sprostać stojącym przed nim codziennym zadaniom, nawet jeśli o to wcale nie prosi, publicznie i prywatnie stawia mu się jednak tak wiele diagnoz odnoszących się do różnych chorób, które być może wykryto by u niego, gdyby tylko szczegółowo go zbadano, że wszelki opór jest bezcelowy. I tak dla pewności ów człowiek poddaje się wszelkim możliwym badaniom, bo to przecież nie może zaszkodzić. Wielki błąd! Gdy zbyt intensywnie zajmujemy się określonymi diagnozami, możemy zapaść na chorobę, której diagnoza istnieje. Określa się to mianem samospełniającej się przepowiedni. Celem diagnozy jest wyłącznie, i tak twierdził już Arystoteles, terapia chorego. Oczywiście sensowna profilaktyka i wczesne rozpoznanie są tutaj jak najbardziej na miejscu. Jednak ten, kto z łatwością szafuje diagnozami wobec człowieka, który nie ma żadnych dolegliwości, popełnia nadużycie, a jego działanie przynosi nieszczęście. Chodzi tutaj o modyfikację „metody Laurela i Hardy’ego”1: Laurel idzie wzdłuż ulicy i wybija szyby, podczas gdy Hardy bezpośrednio po tym usłużnie pojawia się w roli szklarza. W chwili obecnej oferty diagnostyczne cieszą się ogromną popularnością. Jeśli o te kwestie chodzi, na rynku panuje boom. Zwykło się już nawet mówić, że najczęstszą chorobą jest diagnoza. Aldous Huxley już przed dziesięcioleciami napisał prorocze zdanie: „Medycyna osiągnęła taki stopień zaawansowania, że już nikt nie jest zdrowy”.

Tym sposobem powracamy do pytania wyjściowego: Czy są Państwo naprawdę pewni, że w tej chwili są zdrowi? Oczywiście byli Państwo w minionym tygodniu u swojego lekarza, ale czy zlecił on kolonoskopię? Wiedzą Państwo, że tylko w ten sposób można wykryć najwcześniejsze stadium nowotworu jelita grubego? A czy starannej kontroli została poddana cała powierzchnia skóry? Wiedzą Państwo przecież, że choroba nowotworowa skóry rozpoczyna się najpierw od wolno rosnących, niewielkich brązowych punkcików. Nie chcą Państwo kolejnych pomocnych wskazówek? W takim razie przyznają Państwo, że nie do końca wiadomo, czy są Państwo w tym momencie zdrowi? Nie chcę więc Państwa już dłużej męczyć. Jednak przynajmniej jedno muszą Państwo przyznać: zbyt intensywne zajmowanie się zdrowiem nieszczególnie potęguje radość życia.

Podsumujmy. Wprawdzie w naszych społeczeństwach zdrowie uważane jest za największe dobro, jednak nikt dokładnie nie wie, co to takiego. Zdrowie nie jest czymś normalnym, nie można potwierdzić go badaniami, wersja jego definicji sformułowanej przez Światową Organizację Zdrowia okazała się nietrafna. Nie można go stwierdzić, tak jak robi się to z chorobą, i dlatego nie da się go również stworzyć. Dowiedziono bowiem, że stworzyć można tylko coś, co później można przynajmniej stwierdzić. Można zatem odnieść wrażenie, że im bardziej zbliżamy się do zdrowia, tym trudniej je określić.

Dlatego też Hans-Georg Gadamer nadał małemu tomikowi, w którym pod koniec życia zebrał swoje poglądy na ten temat, tytuł Über dieVerborgenheit der Gesundheit (wyd. pol.: O skrytości zdrowia). Hans-Georg Gadamer, który zmarł w 2002 roku, wiedział, o czym mówi. W tamtych czasach był najbardziej znanym filozofem niemieckim i – jakkolwiek by było – dożył ponad stu lat. W przeciwieństwie do ogólnie panującego przekonania, że starzy ludzie to już bardzo chore osoby, lekarze domowi doskonale wiedzą, że oni najczęściej cieszą się świetnym zdrowiem. Ponieważ późnej starości dożywa się, tylko będąc wyjątkowo zdrowym. Hans-Georg Gadamer opierał się głównie na poglądach Greków, a ci zdrowie traktowali jak tajemnicę, jakąś niemal boską moc, która w każdym człowieku działa sama z siebie. Moc ta, zdrowie, może ulec uszkodzeniu wywołanemu przez choroby, jednak to, co ponownie przejmuje władzę po pokonaniu choroby, to zdrowie, którego nie możemy ani stworzyć, ani właściwie stwierdzić czy poznać. Jest ono tajemnicą jak wszystko, co w życiu ważne. Możemy stworzyć mu przestrzeń, obserwować je, czcić i dziękować za nie bogom. Jednak władzy nad zdrowiem nie posiada nikt i medycyna również nie jest tutaj wyjątkiem.

Manfred Lutz

niemiecki psychiatra, teolog, członek papieskiej Rady ds. Świeckich, Rady Wykonawczej Papieskiej Akademii Życia, eseista, autor książek