• 30 kwietnia 2016
  • komentarzy
  • 1464 osób przeczytało
  • to!

Praca i lenistwo

Joanna Petry-Mroczkowska

Lenistwo w sprawach „ziemskich”, świecki odpowiednik acedii będącej lenistwem duchowym, często uważane było jedynie za złą skłonność. Czasami zaś lenistwo uznawane było za element sprzyjający walce z chciwością. W okresie feudalnym, gdy szlachetnie urodzeni czuli się zagrożeni przez bogacące się mieszczaństwo i wytykali mu zachłanność, spotykali się z kontrargumentem powołującym się na niemoralność lenistwa – człowiek leniwy żyje cudzym kosztem. Kiedy protestantyzm podniósł pracę do rangi pierwszego zadania człowieka świeckiego (jako podstawową formę chwalenia Boga), opieszałość w tej dziedzinie stała się kwestią zasadniczą, „grzechem najbardziej zjadliwym” spośród grzechów głównych.

Z biegiem czasu widmo stygmatu lenistwa w Stanach Zjednoczonych, kraju szczególnego kultu aktywności, mobilności i awansu, doprowadziło do rozpowszechnienia dehumanizującego nadaktywizmu zawodowego, niezbyt szczęśliwie z filologicznego punktu widzenia nazwanego pracoholizmem. Określenie to jednak oddaje patologiczny charakter ludzkiego działania, które – jak zwykło się sądzić o nadużywaniu alkoholu – ma związek z próbami uśmierzania frustracji czy nudy. Gdy pracoholizm przybiera wymiar społecznie znaczący, zjawisko to owocuje falami kontestacji pod hasłami luzu i beztroski – jak w wypadku amerykańskiej rewolucji obyczajowo-kulturalnej lat sześćdziesiątych.

Lenistwo prowadzi do postawy roszczeniowej lub wygodnictwa. Już średniowieczni pisarze zwracali uwagę, że duchowe lenistwo nie stoi w sprzeczności z zapałem w sprawach materialnych. Dziś konsumeryzm stał się uzależnieniem powszechnym. Rozleniwieni wygodami ludzie odsuwają się na ubocze spraw publicznych, nie angażują się w życie wspólnoty. Rozplenienie się postaw cynicznych wydaje się szczególną formą zblazowania w życiu społecznym. Cynizm można by określić jako lenistwo w dążeniu do altruizmu. Dobro wspólne ma coraz mniejsze znaczenie, króluje postawa poszukiwania korzyści osobistych za wszelką cenę. Pierwszym stawianym sobie pytaniem jest „co mi to da?”. Bliźni są najczęściej przeszkodą na drodze do realizowania własnych zamierzeń. Zajęcie się wyłącznie własnymi sprawami prowadzi ponadto do fałszywej postawy, która nie polega na koniecznej dzisiaj tolerancji wobec odmienności, lecz stanowi przyzwolenie na zło.

Krótki rzut oka na grzech czy nieobcą nikomu skłonność do lenistwa ukazał nam drogę, jaką przeszło to pojęcie w historii kultury zachodniej. „Odkryte” przez ojców pustyni jako jedno z najpoważniejszych uchybień przeciwko Bogu, z biegiem czasu coraz bardziej się „psychologizowało” i sekularyzowało. Nigdy jednak ta dotkliwa skłonność nie przestała wiązać się ze smutkiem, jaki człowiek odczuwa w związku ze swoją ludzką kondycją, czy będzie to stan określony jako tristitia, melancholia, choroba ducha, ennui, Weltschmerz, splin, depresja czy ból egzystencjalny (ślad tego smutku, zobojętnienia odnajdujemy nawet w prozaicznym lenistwie w związku z pracą, która wydaje się zbyt żmudna czy pozbawiona sensu). Natężenie tego cierpienia może mieć różne odcienie zależne od temperamentu człowieka, kultury, w której żyje i momentu dziejowego. Powstaje pytanie, czy jako choroba jest to zjawisko zawinione.

Wydaje się, że z większym prawdopodobieństwem słuszności przyjąć można, że człowiek jest odpowiedzialny za reakcje na swój smutek. Znaczenie indywidualne i społeczne ma to, jak reaguje na niedosyt i frustracje w odpowiedzi na doznanie pustki, na uczucie nudy. Przypatrzmy się reakcji na nudę. Wypływa ona ze wspomnianych „wielkich” cierpień w życiu wewnętrznym, ale z upływem czasu przez swój wszechobecny charakter przestała nie tylko przerażać, nie bardzo nawet straszy. Nie zawsze w pełni zdajemy sobie sprawę, że mamy z nią do czynienia, czasem wolimy na nią przymknąć oczy.

Oswoiliśmy się, wielu jej nie zauważa, nikt się jej nie boi. Opędzamy się przed nią jak przed natrętną muchą, nieświadomi, że może nas zatruć jadem przynoszącym śpiączkę. Nuda jest wielkim niebezpieczeństwem naszych czasów, bo niebezpieczeństwem lekceważonym.

Nuda, zgadzają się moraliści, nie jest grzechem, ale objawem grzechu bądź powodem grzechu. W jakiej mierze jesteśmy odpowiedzialni za uczucie nudy? Jeśli nudy nie traktujemy poważnie, nie możemy wyrobić właściwej reakcji na znudzenie, nie możemy dotrzeć do przyczyny ani znaleźć lekarstwa. Czy kontrolujemy nudę, czy też pozwalamy jej panoszyć się i czynić spustoszenia? Już samo rozpoznanie nudy, zdaniem wielu, może stanowić cenną lekcję, stać się okazją do odpoczynku, fizycznego i psychicznego. Stan braku satysfakcji odczuwany jako znudzenie może być przygotowaniem do przeżycia estetycznego czy kontemplacji religijnej. Niekiedy strategie ucieczki od nudy utrudniają zastanowienie się nad jej mechanizmem i powodami. Chociaż nuda nie jest stanem chwalebnym ani pożądanym, pewne zabiegi, żeby jej uniknąć, trzeba uznać za bardziej niebezpieczne niż ona sama.

Tracimy ważną szansę, kiedy moment ciszy mogący prowadzić do zastanowienia wykorzystujemy do zapomnienia o głębszym sensie, o pięknie świata, o innych, do zapomnienia się. Nie wydaje się, żeby eliminowały nudę trzy aspekty dzisiejszej kultury – przemysł rozrywkowy, moda i kult osób znanych. Uczucie nudy zamieniamy bowiem na blichtr sensacji, plotki, pogoń za nowością. Orrin Klapp stawia tezę, że „mnożenie się instytucji rozrywkowych we współczesnym społeczeństwie mogłoby oznaczać wzrost tych właśnie napięć, którym takie placebo ma zaradzić”. Im więcej placebo, do których w pierwszym rzędzie należy zaliczyć igrzyska, gry hazardowe i środki farmakologiczne, tym więcej napięć. Gdyby placebo było lekarstwem, wtedy napięcie zmniejszałoby się. Podobnie jak w medycynie, są one jednak – wobec braku innych środków – w tej mierze uzasadnione, w jakiej przynoszą ulgę.

Dzisiejsi komentatorzy dają pewne praktyczne rady, jak podchodzić do nudy, zobojętnienia, lenistwa. Ponieważ obserwuje się odwrotnie proporcjonalną zależność między informacją a znaczeniem (im więcej wiadomości, tym mniej znaczenia), zalecają ograniczenie bodźców, kontrolowanie liczby i jakości informacji, wybieranie „dobrych” rozrywek. Przestrzegają, że na pustkę i nudę nie pomoże ciągłe bezkrytyczne oglądanie telewizji, szukanie rozrywki w chodzeniu po sklepach. Mówią o konieczności włączenia się w życie wspólnoty, kultywowania więzi międzyludzkich. Zwracają uwagę na sens uproszczenia życia.

Wydawałoby się, że poczucie małości i osamotnienia w ogromnym wszechświecie czyni temat sensu życia i śmierci bliski współczesnemu człowiekowi. Jednakże w kulturze masowej daje się zauważyć niechęć do refleksji nad śmiercią i obawa przed nią. Nie mogąc uleczyć swojej bezradności i śmiertelności, ludzie – dla komfortu psychicznego – postanawiają o tych sprawach nie myśleć. W naszych czasach temat życia pozagrobowego często staje się okazją do karykaturalnych żartów mających rozładować niepokój. Tymczasem, pouczają moraliści, świadomość śmierci często pozwala odzyskać poczucie sensu, smaku życia. Działa jak wstrząs, który wyrywa z otępienia, nudy, każe ludziom zainteresować się rzeczami, które przed chwilą wydawały się im nieatrakcyjne. W tradycji religijnej zalecane jest medytowanie o śmierci, jej nieuchronności. „Śmierć” każdego upływającego momentu, jak ktoś się wyraził, prowadzi do postawy oderwania, „z cierpieniem jako akuszerką”.

W środowiskach chrześcijańskich obserwuje się wzrost zainteresowania pojęciem acedii. Przeżywa ono niewątpliwy renesans, podobnie jak początki monastycyzmu, etos pustyni, mistyka. Przy tej okazji następuje „odkrycie” Kierkegaarda, dla którego melancholia jest nie tylko umysłową, emocjonalną dolegliwością organiczną, ale duchową chorobą spowodowaną ludzkim grzesznym odejściem od Boga. Ma więc sens metafizyczny. Brak duchowej determinacji prowadzi do depresji, a ta z kolei do robienia czegokolwiek, żeby wypełnić duchową pustkę. Uświadomienie sobie posiadania tej dolegliwości ma wedle duńskiego filozofa dobrą stronę: uzmysławia człowiekowi przewagę nad zwierzęciem, chrześcijaninowi nad areligijnym człowiekiem natury. Błogosławieństwem chrześcijanina jest możliwość wyleczenia się z tej choroby.

Uwolnienie się od smutku, jak pouczali ojcowie pustyni, może nastąpić dzięki wysiłkowi woli. Duch zagrożony acedią wymaga pracy, jak ciało wymaga ćwiczeń, żeby wyrobić sprawność. Jako antidotum na acedię święty Tomasz i inni moraliści zalecali bojaźń Bożą, żarliwą modlitwę i medytację, praktyki duchowe i działania w duchu miłości bliźniego. Podkreślali, że im bardziej człowiek rozpamiętuje sprawy Boże, tym łatwiej mu się nimi delektować. Zalecali przyglądanie się świętym, którzy pokazują drogę utrzymania uwagi na sprawach najważniejszych. Doradzali konieczność wyrobienia cierpliwości i stosowania sprawiedliwej, właściwej miary do każdej rzeczy. Przestrzegali przed dwoma czynnikami wzmagającymi acedię: strachem, prowadzącym do ucieczki przed działaniem z obawy przed trudem, oraz zmysłowością, pielęgnującą przesadne przywiązanie do wygody i odpoczynku. Mówili też o tym, że przedkładanie przyjemności nad obowiązek często prowadzi do dwulicowości i kłamstwa, żeby wytłumaczyć się z zaniedbań i braku działania.

Dzisiaj trzeba uzmysłowić sobie, że nie chodzi tu tylko o stosunek człowieka gnuśnego do trudów pracy, że lenistwo to nade wszystko nierobienie tego, co się robić powinno, i że mnożenie zajęć do granic wytrzymałości nie jest rozwiązaniem właściwym. Koniecznością staje się codzienne przezwyciężanie lenistwa fizycznego czy umysłowego – w stopniu ograniczonym, gdyż na ogół życie zmusza nas do pracy i aktywności – i duchowego – w stopniu znacznie większym, ponieważ mechanizmy organizujące tę sferę nigdy nie były niezawodne, a z biegiem czasu coraz bardziej wymykają się spod naszej kontroli.

Zaniechanie wyboru dobra to marnowanie energii duchowej. Ów brak uwagi, brak serca osoby znudzonej, zobojętniałej, rozproszonej, jest wielkim zagrożeniem dla dojrzale pojmowanej miłości, która – czy będzie to tylko miłość do drugiego człowieka, czy też do Boga i człowieka – wymaga mądrego wysiłku.

Joanna Petry-Mroczkowska

dr romanistyki, tłumaczka, publicystka, autorka książek, mieszka trochę w Waszyngtonie, a trochę w Krakowie