Wybierz Biblię dla siebie

dołącz do nas
Wprowadzenie do Biblii
źródło: Shutterstock
  • 9 lutego 2016
  • komentarzy
  • 665 wyświetleń
  • lubi to!

Młody Jan, stary Nikodem i Boża miłość

ks. Mariusz Rosik

Nie ulega wątpliwości, że Jan apostoł był najmłodszym spośród uczniów. Pod znakiem zapytania natomiast można postawić hipotezę, która zyskuje sobie coraz więcej zwolenników wśród badaczy – tę mianowicie, jakoby Jan nie ukończył jeszcze trzynastego roku życia w chwili, gdy Jezus umierał na krzyżu. Koronnym argumentem w tak postawionej tezie jest fakt, że tylko Jan pozostał pod krzyżem. Zgodnie z żydowskim zwyczajem, jeśli prześladowano nauczyciela, piętnowano także jego zwolenników. Skoro Jezus został skazany na śmierć, nic dziwnego, że w obawie przed podzieleniem losu Mistrza, apostołowie rozpierzchli się. Poza Janem. Jeśli nie przeżył jeszcze swojej bar micwy, nic mu nie groziło. Był przecież dzieckiem. Dopiero po publicznym odczytaniu Tory chłopiec staje się „synem przykazania” i zaczynają go obowiązywać wszystkie przepisy zanotowane w Torze. Hipoteza jest na tyle kuriozalna, że zakłada, iż Jan miał około dziesięciu lat, gdy został apostołem. Wiele jednak przemawia za tym, że tak mogło być. Po pierwsze, miał przy boku starszego brata, Jakuba, który mógł się nim opiekować. Po drugie, edukacja w szkołach synagogalnych podzielona była na dwa etapy: chłopcy od piątego do dziesiątego roku życia uczyli się Prawa, a przez następne trzy lata – jego interpretacji pochodzącej z tradycji ustnej. Drugi etap swej edukacji Jan mógł spędzić w szkole Jezusa, który również był „nauczycielem” (rabbi). Po trzecie, znaczna część działalności publicznej Jezusa miała miejsce w Galilei, Jan nie musiał więc na długo opuszczać rodzinnego domu. Do humorystycznych należy natomiast argument, że Jan na pewno był młodym człowiekiem, ponieważ doskonale biegał i wyprzedził Piotra w wyścigu do grobu Jezusa. Ale też nie można mu odmówić siły przekonywania.

W każdym razie na pewno Jan miał dużo czasu na głęboką teologiczną i egzystencjalną refleksję nad życiem i słowami Jezusa. Z grona Dwunastu tylko on przecież zmarł śmiercią naturalną . Wszyscy inni (pomijając przypadek Judasza) ponieśli śmierć męczeńską. Umiłowany uczeń Pana po Zmartwychwstaniu wraz z innymi głosił Dobrą Nowinę w Jerozolimie. Po wybuchu powstania Żydów przeciw Rzymianom w 66 roku po Chr.  udał się wraz z innymi chrześcijanami – prawdopodobnie przez Samarię – do Pelli, miasta w dzisiejszej Jordanii. Nieoceniony historyk Kościoła pierwszych wieków, Euzebiusz z Cezarei zauważył:

Przynależący do Kościoła w Jerozolimie otrzymali przez objawienie wyrocznię jeszcze przed wojną, skierowaną do tych, którzy zamieszkiwali miasto, aby wyjechali z niego i zamieszkali w jednym z miast Perei, zwanym Pella (Historia ecclesiastica 3,5).

Pella była miastem, które dało wyznawcom Chrystusa schronienie przed zawieruchą wojenną. Po pewnym czasie Jan wyruszył stamtąd do Efezu, potem więziony był na oblanej atłasowym morzem wyspie Patmos, a pod koniec życia – jak mówi tradycja – powrócić miał do Azji Mniejszej. Jego Ewangelia powstała niemal siedemdziesiąt lat po Zmartwychwstaniu Chrystusa. To wystarczająco długi czas na głęboką refleksję nad chrześcijańskim orędziem. Refleksję, która zaowocowała bogato rozwiniętą symboliką. Ewangelista chętnie sięga po nią także w narracji o spotkaniu Jezusa i Nikodema (J 3,1-21).

Gdy ciemna poświata nocy powoli okrywała Palestynę, nad Jerozolimą zapadł zmrok. W mieście otulonym nocą jak płaszczem wysoko postawiony faryzeusz decyduje się na spotkanie z Nauczycielem z Nazaretu: „Był wśród faryzeuszów pewien człowiek imieniem Nikodem, dostojnik żydowski. Ten przyszedł do Niego nocą” (J 3,1-2a). Jerozolimski uczony o szlachetnym rodowodzie pragnie nocą rozmawiać z wędrownym kaznodzieją z pogardzanej Galilei. Dlaczego nocą? Mrok i noc dla Jana to symbol dwóch rzeczywistości: grzechu i poszukiwania Boga. O tym, że ciemność jest symbolem grzechu, przekonuje Nikodema sam Jezus: „Ludzie bardziej umiłowali ciemność, bo złe były ich uczynki” (J 3,19). Jedna z ostatnich scen Janowej Ewangelii przekonuje natomiast, że ciemność może być rozumiana także jako symbol poszukiwania Boga. To właśnie pod osłoną nocy, zanim zabłysło światło dnia, Maria Magdalena wybiera się do grobu Jezusa i musi szukać swego boskiego Mistrza (J 20,1-18). Interpretując w tym kluczu początek opowiadania o Nikodemie, łatwo odczytać, że do Jezusa w środku nocy przychodzi człowiek grzeszny i poszukujący Boga zarazem. Przychodzi z doświadczeniem swojej słabości i z wielkim pragnieniem spotkania Tego, który daje moc do pokonania słabości. Przychodzi pogrążony w grzechu i pełen marzeń o Bogu, który wyzwala z grzechu.

Nikodem należał do frakcji faryzeuszy. Nazwa ugrupowania pochodzi od hebrajskiego terminu peruszim, oznaczającego „oddzieleni”. Faryzeusze oddzielali się od reszty społeczeństwa Izraela naciskiem, jaki kładli na zachowanie Prawa Mojżeszowego. Nie wystarczała im Tora pisana (Torah she-bi-ktaw) i jej sześćset trzynaście przykazań, które każdy faryzeusz recytował z pamięci bez zająknięcia. Sięgali także po tradycję ustną (Torah she-be-‘al pe), przekazywaną z ojca na syna. To ona stanowiła „mur wokół Prawa”, mur, który faryzeusze wznosili z całą pieczołowitością. Czym jest ów „mur wokół Prawa”? Przekonani o tym, że Bożą miłość zaskarbić można sobie tylko absolutną wiernością wobec każdego z sześciuset trzynastu przykazań Tory, faryzeusze każde z tych przykazań obwarowali wieloma nakazami i zakazami. Kto przestrzegał rzetelnie owych obwarowań, zwanych właśnie „murem”, miał pewność, że nie przekroczył głównego przykazania. Faryzejskie dysputy toczyły się wciąż wokół Prawa i jego interpretacji w przekazywanych ustnie tradycjach.

Dlaczego faryzeusze tak bardzo podkreślali konieczność zachowania wszystkich sześciuset trzynastu przepisów Tory? Dlatego, że w ich przekonaniu przed każdym człowiekiem istnieje wybór pomiędzy dwiema drogami życia, z których jedna tylko prowadzi do zaskarbienia sobie miłości Boga. Jest to droga zachowania Prawa (Pwt 30,15-17). Kłopot w tym, że z powodu grzechu każdy człowiek dostał się na drogę, która wiedzie do zguby. Jak się uratować? Faryzeusze w swoim przekonaniu znaleźli właściwą odpowiedź na to pytanie. Wierne zachowanie wszystkich przykazań może sprawić, że Bóg okaże zmiłowanie i człowiek dzięki własnym wysiłkom (tzw. uczynkom Prawa) będzie mógł przedostać się na drogę Bożego błogosławieństwa oraz zaskarbić sobie w ten sposób miłość Boga. Nikodem, choć całym sercem pragnie zachować Prawo, wie jednocześnie, że nikt nie jest przed Bogiem bez winy. Jego serce targane jest rozterkami. Jak może zasłużyć na miłość Bożą, skoro grzeszy? Jak może zaskarbić sobie życzliwość Jahwe, skoro nie udaje mu się w całej rozciągłości zachować wszystkich przykazań? Jak przedostać się z drogi przekleństwa na drogę błogosławieństwa? Czy „uczynki Prawa” wystarczą, by przejednać Boży gniew? Co musi zrobić, aby doświadczyć Bożej miłości?

Naprzeciw Nikodemowym rozterkom wychodzi sam Bóg. Bóg w Osobie swego Syna sam schodzi na drogę przekleństwa, by ponieść karę zamiast ludzi. Oto najwspanialszy plan zbawienia, najpiękniejszy pomysł, na jaki wpadł Bóg, oto wyraz Jego szaleńczej miłości. Bo Bóg jest jednocześnie absolutnie miłosierny i absolutnie sprawiedliwy. Czasem wydaje się, że sprawiedliwość wyklucza miłosierdzie, a miłosierdzie oznacza rezygnację ze sprawiedliwości. Tak się zdarza w relacjach między ludźmi. Zdarza się na przykład, że za zbyt długie przesiadywanie nad grami komputerowymi ojciec zakazuje synowi spotkań z kolegami przez cały tydzień. Po dwóch dniach jednak jego serce mięknie i kara zostaje złagodzona. Miłosierdzie bierze górę nad sprawiedliwością. Inaczej jest w szaleńczych planach miłości Boga. Bóg jest absolutnie miłosierny i absolutnie sprawiedliwy. Jak to możliwe?

Kenoza rozumiana jako uniżenie Syna Bożego, który istniał w preegzystencji na równi z Bogiem, stała się kluczem Pawłowego opisu dzieła odkupienia, skierowanego do mieszkańców Filippi. Być może motyw uniżenia psychologicznie uwarunkowany jest faktem, iż Paweł pisze list w więzieniu, nie ma jednak na to wystarczających dowodów w samym tekście. Apostoł stwierdza najpierw, że Chrystus istniał w postaci Bożej, lecz nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem (Flp 2,6). Ogołacając samego siebie, przez uniżenie stał się człowiekiem („podobnym do ludzi”; „w zewnętrznym przejawie uznany za człowieka”; Flp 2,7). Innymi słowy Chrystus własną decyzją z drogi błogosławieństwa, a więc z Bożej obecności, przeszedł na drogę przekleństwa, na którą przez przekroczenie Prawa wkroczył każdy człowiek. Jezus stał się w pełni człowiekiem, doświadczając śmierci krzyżowej. Bóg jednak nie pozostawił Go w stanie śmierci, lecz wywyższył Go ponad wszelkie rodzaje istot duchowych, „aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych” (Flp 2,10). W ten sposób Chrystus powrócił na drogę błogosławieństwa, a kara za ludzki grzech została odpokutowana. Bóg okazał się w pełni miłosierny i absolutnie sprawiedliwy. „Albowiem Bóg nie posłał na świat swego Syna po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (J 3,17).

Innymi słowy, nie trzeba robić nic, aby Bóg nas kochał! „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16). Żadne wypełnianie „uczynków Prawa” nie zaskarbi nam miłości Boga, bo już ją mamy, zupełnie za darmo! Żaden ludzki wysiłek nie sprawi, że Bóg będzie nas kochał, bo Bóg kocha nas bez żadnych naszych zasług! Nie możemy zrobić nic, by Bóg kochał nas bardziej, gdyż kocha najbardziej. Nie możemy zrobić nic, by Bóg kochał nas mniej, gdyż z natury swojej Bóg jest miłością i nie potrafi istnieć inaczej, jak kochając! Bóg kocha człowieka całą swoją istotą, kocha zupełnie bezwarunkowo i całkowicie darmowo. Kocha nie dlatego, że zachowujemy przykazania, ale dlatego, że jest Ojcem. Kocha nie dlatego, że staramy się być święci, ale dlatego, że On jest święty. Kocha nie dlatego, że my unikamy grzechu, ale dlatego, że On jest bez grzechu.

Nikodemowy świat stanął na głowie. Do chwili spotkania z Jezusem Nikodem był pewien, że jedynie dobrymi uczynkami zaskarbić można sobie miłość Boga. Od nocnej rozmowy z Galilejczykiem wiedział, że Bóg kocha ludzi za darmo, a na tę miłość odpowiedzieć należy szlachetnym postępowaniem. Dotychczas myślał według schematu: najpierw dobre uczynki, potem Boża miłość. Od pamiętnej jerozolimskiej nocy wszystko się odwróciło: najpierw przyjęcie wiarą Bożej miłości, potem prawe czyny jako odpowiedź na szaleńczą miłość Boga. A to zupełnie inna perspektywa. Perspektywa, która odmienia wszystko.

 

WKM_okladka_3d


więcej tekstów autora

ks. Mariusz Rosik

prof. dr hab., kapłan Archidiecezji Wrocławskiej. Wykładowca Papieskiego Wydziału Teologicznego i Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się teologią Nowego Testamentu, egzegezą Ewangelii synoptycznych oraz starożytną historią Żydów. Prowadzi stronę http://www.rosik.archidiecezja.wroc.pl/

Polecamy

Niedziela, 30.03.2014

Jan Paweł II

Czym są Ewangelie?

Anna Świderkówna

Przypowieści o miłosierdziu

Anna Świderkówna

partnerzy