Wybierz Biblię dla siebie

dołącz do nas
Najtrudniejsze fragmenty Biblii
źródło: Shuttertock
  • 30 marca 2015
  • komentarzy
  • 894 wyświetleń
  • lubi to!

Dlaczego doszło do aresztowania?

Paweł Lisicki

Co było ostatecznym powodem interwencji przeciw Jezusowi? Ewangeliści podają różne wytłumaczenia. Według wszystkich wersji tymi, którzy zadecydowali o zatrzymaniu Jezusa, musieli być saduceusze, to oni bowiem dysponowali odpowiednimi środkami. Co zatem skłoniło ich do zadania ostatecznego ciosu? Wydaje się, że można wskazać kilka konkretnych powodów pojmania Jezusa.

Pierwszym chronologicznie było opisane przez Marka namaszczenie w Betanii. Ewangelista tak przedstawia tę scenę: „Kiedy Jezus był w Betanii w domu Szymona Trędowatego i spoczywał przy stole, przyszła kobieta, która miała alabastrowe naczynie z prawdziwym olejkiem narodowym, bardzo kosztownym. Rozbiła naczynie i wylała olejek na Jego głowę” (Mk 14,3). Takie zachowanie powoduje sprzeciw uczestniczących w uczcie, którzy zarzucają kobiecie marnotrawstwo. Inaczej Jezus. Ten mówi: „Zostawcie ją! Dlaczego wyrządzacie jej przykrość? Spełniła wobec Mnie dobry uczynek. Ubodzy zawsze są wśród was i kiedy zechcecie, możecie im wyświadczyć dobro. Mnie jednak nie zawsze mieć będziecie. To, co miała uczynić, uczyniła. Zawczasu namaściła Moje ciało na pogrzebanie” (Mk 14,6-8). Komentując ten fragment Ewangelii, Bauckham zwraca uwagę na ważną okoliczność. Dostrzega, że szczególne znaczenie nadaje tej historii umieszczenie jej między opowieścią o spisku władz żydowskich i opowieścią o Judaszu, który się do nich udał.

Faktycznie, opowieść o czynie kobiety poprzedzona jest opisem spisku na życie Jezusa: „Dwa dni przed Paschą i Świętem Przaśników arcykapłani i nauczyciele Prawa zastanawiali się, jak podstępnie schwytać i zabić Jezusa. Mówili jednak: «Tylko nie w czasie świąt, aby nie doszło do rozruchów wśród ludu»” (Mk 14,1-2), a zaraz po niej Marek przechodzi do opisu działań Judasza: „Judasz Iskariota, jeden z Dwunastu, poszedł do arcykapłanów, aby im Go wydać” (Mk 14,10). Tak jakby ewangelista chciał zasugerować, że właśnie namaszczenie w Betanii było tym kluczowym zwrotem akcji, tym momentem, kiedy Judasz postanowił wydać Mistrza. Z pewnością powinniśmy rozumieć, komentuje Bauckham, że Judasz informuje arcykapłanów o epizodzie z namaszczeniem, co dla nich musi być znaczącym dowodem, że Jezus i Jego uczniowie planują natychmiastowe powstanie mesjańskie. Być może powinniśmy także podejrzewać, że ten właśnie epizod – ze stanowczym potwierdzeniem przez Jezusa, że podejmie rolę Mesjasza tylko na swych warunkach – jako powołanie, by umrzeć – doprowadził do zdrady Judasza. Tyle Bauckham.

Rzeczywiście, w strukturze Markowej opowieści namaszczenie w Betanii pełni rolę zapłonu. Tylko czy arcykapłani rzeczywiście tak mogli zrozumieć czyn kobiety? Przede wszystkim można mieć wątpliwości, czy Mesjasz miałby zostać namaszczony przez kobietę, a nie innego proroka. Poza tym sam Jezus zinterpretował jej czyn nie jako namaszczenie na króla, który ma przejąć władzę, ale przygotowanie do pogrzebu. Może zatem nie namaszczenie, ale słowa Jezusa, że jest to przygotowanie do Jego pogrzebu, pobudziły niewiernego ucznia do działania? Może kiedy usłyszał, że Jezus konsekwentnie odrzuca władzę mesjańską, że nie chce walczyć, że zamiast wykorzystać sytuację i wezwać do powstania, woli mówić o śmierci i cierpieniu, ostatecznie zwątpił w Mistrza? Decyzja Judasza podyktowana byłaby wówczas nie tyle obawą przed tym, że Jezus ogłosi siebie jako Mesjasza, ale rozczarowaniem i rozpaczą: Ten, który ma w rękach władzę, za którym idą tłumy, który pokazał, że Bóg jest z Nim, nagle, w chwili kiedy wszystko już jest gotowe do ogłoszenia wyzwolenia, rejteruje. Miast wykorzystać moment i ogłosić wojnę przeciw mocom pogańskim, pogrąża się znowu w rozważaniach o cierpiącym Mesjaszu. Jednak to tłumaczenie wydaje się znacznie mniej prawdopodobne niż to, które przedstawił Bauckham.

Wynika to z faktu zatajenia tożsamości kobiety. Dlaczego ewangelista nie podaje imienia tej, która w oczach Jezusa, a zatem też z pewnością w oczach wczesnego Kościoła, uczyniła tak niezwykłą rzecz? Niemożliwe przecież, żeby Marek zapomniał imienia. Jak to? Jezus mówi, że pamięć o kobiecie nie zginie do końca czasów, a ewangelista, który te słowa przytacza, miałby o niej zapomnieć? Jeśli wylanie olejku byłoby przygotowaniem do pogrzebu, jeśli stanowiłoby wyjątkowy akt wdzięczności, czułości, troski, dlaczego opisujący to samo zdarzenie Marek i Mateusz nie przywołują imienia kobiety? Troska o zmarłych, właściwe przygotowanie do pogrzebu nie mogły być niczym nagannym. Przeciwnie, jak świadczy o tym podanie przez ewangelistę imienia Józefa z Arymatei, nawet w oczach przeciwników chrześcijan taki czyn nie mógł ściągnąć na Niego prześladowań.

Skoro ewangelista nie ma problemów z podaniem imion innych kobiet, które chciały namaścić ciało zdjętego z krzyża Zbawiciela – „Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba, i Salome kupiły aromatyczne olejki, żeby pójść i Go namaścić” (Mk 16,1) – to dlaczego pomija imię tej, która to samo zrobiła wcześniej, zasługując sobie na pochwałę z ust Jezusa? Właśnie w całej opowieści to jest najbardziej uderzające.

Sam Jezus zapewnia, że „gdziekolwiek na świecie będzie głoszona Ewangelia, będzie się również opowiadać o tym, co zrobiła ta kobieta, aby o niej pamiętać” (Mk 14,9; Mt 26,6-13). „Anonimowość tej kobiety u Mateusza i Marka jest tym bardziej uderzająca, że jej czyn ma pozostać na wieczną pamiątkę. Ma się o niej pamiętać, ale ona nie ma imienia!” – komentuje zaskoczony France. Na pierwszy rzut oka wszystko jest tu niezwykłe. Najpierw Marek pisze o postanowieniu arcykapłanów, żeby zabić Jezusa, następnie opowiada o uczcie, na której niewymieniona z imienia kobieta rozbija drogi flakonik z bezcennym olejkiem, potem pisze, że ta anonimowa kobieta będzie pamiętana do końca czasów, wreszcie przechodzi do tego, że do arcykapłanów udaje się Judasz. Jak to rozumieć?

Jedynym sensownym powodem pominięcia imienia kobiety przez Marka byłaby obawa, żeby nie przydarzyło jej się coś złego. A coś złego mogłoby się jej przydarzyć, gdyby uznano, że uczestniczyła ona w wywrotowej działalności Jezusa, ba, że swym czynem pchnęła Go bezpośrednio do działania. Marek, można sądzić, a wraz z nim Mateusz, celowo ukrywają imię kobiety, by chronić ją przed odpowiedzialnością za udział w rzekomym spisku przeciw władzom.

Trzy wydarzenia w opowieści Marka, zauważa Bauckham, tłumaczą motywy kapłanów: wjazd do Jerozolimy, wypędzenie przekupniów ze świątyni, namaszczenie przez kobietę. Lecz we wszystkich trzech przypadkach mesjanistyczne znaczenie jest wyraźnie stłumione. Dlaczego? Chodzi o chęć ochrony chrześcijańskiej wspólnoty. „Tym, co mogło być zagrożeniem dla tych osób, należących do najwcześniejszej chrześcijańskiej wspólnoty, było ich uwikłanie w rzekomo buntownicze postępowanie Jezusa w dniach przed Jego aresztowaniem. Dalej, cała wspólnota chrześcijańska mogła być potencjalnie zagrożona ze względu na swą lojalność w stosunku do człowieka, który został stracony za takie wywrotowe zachowanie”. Drugi argument Bauckhama jest dość wątpliwy, przecież cała wspólnota przyznawała się do Jezusa i od chwili, kiedy apostołowie uwierzyli, że Jezus jest zmartwychwstałym Mesjaszem, nie bali się narażać władzom. Nie chodziło zatem o ukrywanie lojalności wobec Jezusa, ta była znana i stanowiła przyczynę wybuchających raz za razem prześladowań, ale o ukrywanie konkretnych czynów i osób, których działanie wprost oznaczało wystąpienie przeciw politycznemu ładowi Judei.

Oprócz namaszczenia w Betanii bezpośrednią reakcję arcykapłanów wywołało, według ewangelisty Jana, wskrzeszenie Łazarza. Większość komentatorów, na czele z katolickim egzegetą Johnem P. Meierem, odrzuca autentyczność tej historii. Głównym argumentem przeciw jej prawdziwości jest to, że podaje ją tylko Jan. Brak potwierdzenia w innych źródłach tradycji sprawia, że Meier dochodzi do przekonania, iż „pytanie, co się naprawdę stało, pozostaje do dziś bez odpowiedzi”. Opiera je na wyjątkowo osobliwym założeniu. Skoro inni ewangeliści nie przytaczają opowieści o Łazarzu, to znaczy, że musiała ona krążyć jako samodzielna historia. Kiedy zatem Jan, pisząc swą Ewangelię, natrafił na ten przekaz, żeby go włączyć płynnie do całej narracji, musiał wcześniej wprowadzić do samodzielnej opowieści o Łazarzu odpowiednie epizody ze swej tradycji. Wszystkie zatem elementy, które łączą opowieść o wskrzeszeniu Łazarza z pozostałymi fragmentami, muszą zostać uznane, twierdzi Meier, za pochodzące od samego czwartego ewangelisty. Wydaje się, że całe rozumowanie Meiera jest chybione. Dlaczego opowieść o wskrzeszeniu Łazarza, nawet jeśli krążyła samodzielnie, nie miałaby zawierać w sobie elementów wspólnych – imion, nazw, bohaterów – z tradycją Jana? Byłby tylko jeden powód. Otóż tylko gdyby opowieść o Łazarzu była zmyślona, tylko wówczas można byłoby przyjąć, że napotykając ją poza swoją tradycją, Jan dostosował ją do swych przekazów. Ale to ma być przecież wniosek, a nie punkt wyjścia! Jak tylu innych przed nim, Meier podświadomie nie wierzy w prawdziwość opowieści o Łazarzu; jego rozumowanie jest tylko racjonalizacją tego braku wiary.

W opowieści Jana wskrzeszenie Łazarza pełni funkcję kluczową. „Liczni więc Żydzi, którzy przyszli do Marii i ujrzeli to, czego Jezus dokonał, uwierzyli w Niego. Niektórzy zaś z nich poszli do faryzeuszy i powiedzieli im, co Jezus uczynił” (J 11,45-46), co stało się powodem zwołania Sanhedrynu, na którym to Kajfasz przeforsował decyzję o skazaniu Jezusa. Powstaje proste pytanie: po co Jan miałby wymyślać historię wskrzeszenia Łazarza lub też taką wymyśloną historię wprowadzać do swej opowieści? Nie widzę żadnego sensu. Jan pisze własną Ewangelię. Korzysta z tradycji, przekazów, relacji. Nagle natrafia na samodzielną opowieść o Łazarzu, którą postanawia włączyć do swego dzieła, bo jak żadna inna przedstawia cudotwórczą moc Jezusa. Tylko pytam: jak to możliwe, że Jan tak skomponował swoją Ewangelię, że ta pochodząca spoza jego tradycji opowieść wytłumaczyła śmierć Jezusa? Przecież śmierć Jezusa musiała być częścią tradycji Janowej. Jak zatem doszło do tego, że przypadkowa opowieść o wskrzeszeniu Łazarza wyjaśnia to, co przed jej pojawieniem się musiało już należeć do przekazu, czyli krzyż? Brzmi to całkiem niedorzecznie. Można byłoby jeszcze przyjąć, że autor wprowadza do swej opowieści dodatkowe epizody, które mają uwypuklić historię, lepiej przedstawić bohatera, pełniej zarysować charakter postaci. Taką rolę mogłyby spełniać dodatki wprowadzone przez Łukasza czy Mateusza. Ale opowieść o Łazarzu, która dla kompozycji Jana pełni rolę kluczową? Gdyby nie ona, Jan nie potrafiłby przecież wytłumaczyć decyzji o skazaniu Jezusa. Dlatego rozumowanie Meiera należy odrzucić. Poza tym są też inne pytania. Dlaczego autor, który tyle razy wykazał się doskonałą znajomością obyczajów, zachowań, szczegółów życia w Judei, nagle miałby ot tak wprowadzić taki epizod? Autor opowiadania o Łazarzu dobrze zna żydowskie zwyczaje: nogi i ręce zmarłego były powiązane opaskami, a twarz owinięta chustą. Żydzi wierzyli, że dusza zmarłego przebywa blisko zwłok przez trzy dni, dopiero potem oddala się od nich, czego znakiem ma być zmiana na jego twarzy. „To ciekawe wierzenie – stwierdza Evans – prawdopodobnie tłumaczy dramatyczną scenę wskrzeszenia Łazarza, brata Marii i Marty. Słowa, że Łazarz leży od czterech dni w grobie i że dlatego jego ciało «cuchnie», zakładają, że wszelka nadzieja jest stracona. Łazarz nie żyje od ponad trzech dni. Jego duch uszedł; jego twarz zmieniła swój wygląd. Wskrzeszenie, można było przyjąć, już nie jest możliwe”. Zresztą opowieść Jana, gdyby była wymyślona, miałaby jeszcze jedną podstawową wadę: wystarczyłoby przecież, żeby ktokolwiek z przeciwników chrześcijan zadał sobie trochę trudu i dotarł do mieszkańców Betanii. Nawet pod koniec I w. n.e., powiedzmy 60 lat po wydarzeniu opisanym przez Jana, byłoby to możliwe. Wówczas wiarygodność apostoła kompletnie by się załamała.

Jeśli jednak opowieść jest prawdziwa, dlaczego nie wspominają o niej inni? To prawda, że o wskrzeszeniu Łazarza nie piszą ani Marek, ani Mateusz, ani Łukasz. Nie wspominać jednak o czymś i nie wiedzieć o czymś to nie jest to samo. Szczególnie jeśli można wskazać istotny powód takiego przemilczenia. Bauckham pisze o chęci ochrony Łazarza. Jego zdaniem pozostali ewangeliści, pisząc wcześniej niż Jan, szczególnie uważali, by ich przekazy nie przyniosły nowych prześladowań. Pominięcie historii z Łazarzem wynikałoby zatem z tego samego motywu co pominięcie przez Marka imienia Piotra jako sprawcy ataku na arcykapłana, pominięcie imienia młodzieńca spieszącego za pojmanym Jezusem i, zapewne, pominięcie imienia kobiety, która namaściła Jezusa (Richard Bauckham, Jesus and Eyewitnesses, s. 196). Wyjaśnienie to brzmi wiarygodnie, a jego autor może powołać się na słowa samego ewangelisty: „Wielki tłum Żydów dowiedział się, że tam jest, i przyszli nie tylko z powodu Jezusa, ale i po to, aby zobaczyć Łazarza, którego wskrzesił z martwych. Arcykapłani więc postanowili zabić również Łazarza, gdyż z jego powodu wielu odeszło od Żydów i uwierzyło w Jezusa” (J 12,9-11). Ciekawe jednak, że o samym zabiciu Łazarza Jan nie wspomina, można zatem przyjąć, że nic o nim nie wiedział. W przeciwnym razie, wolno przypuszczać, z pewnością by o tym napisał, bo w ten sposób mógłby przecież potwierdzić niegodziwość arcykapłanów. Ba, ten sam argument jest równie skuteczny nawet w przypadku, gdyby Jan, jak chcą tego niektórzy egzegeci, sam wymyślił tę opowieść. Dlaczego, mając tak wielką swobodę, że mógł powoływać do życia nieistniejące postaci, mógł przypisywać Jezusowi cuda, o których inni nie słyszeli, a nadto jeszcze, jak sądzi się dziś, kierował się silnymi antyżydowskimi uprzedzeniami, nie dopisał jeszcze jednego zdania o tym, że arcykapłani nie tylko postanowili Łazarza zabić, ale że faktycznie to uczynili?

O ile zatem trudno znaleźć powód, dla którego Jan miałby wymyślić wskrzeszenie Łazarza, o tyle znacznie łatwiej uzasadnić milczenie pozostałych ewangelistów. Wiedząc o zamiarze arcykapłanów, postanowili po prostu pominąć Łazarza, przez co ocalili mu zapewne życie. To, że istotnym motywem skazania Jezusa był właśnie ostatni Jego cud, przyjmuje też francuska uczona Jacqueline Genot Bismuth. Pisze: „Rzeczywisty proces, otwarty in praesentia rano ósmego dnia Sukkot w drugim roku zakończył się pod koniec zimy tego samego roku przez skazanie na śmierć in absentia, przy czym decydującym elementem obciążającym było wskrzeszenie Łazarza. Zatrzymanie Jezusa miało więc miejsce dłuższy czas po Jego skazaniu, a przesłuchania w nocy z 13 na 14 Nisan miały charakter rutynowy. Były w pewnym sensie zwyczajową weryfikacją dokonywaną po zatrzymaniu skazanego zaocznie” (J. Genot Bismuth, w: Victor Loupan, Alain Noël, Śledztwo w sprawie śmierci Jezusa). Właśnie wskrzeszenie Łazarza pozwoliło też saduceuszom odwołać się bezpośrednio do Prawa o czarownikach, których społeczność Izraela winna bezwzględnie eliminować. „Nie znajdzie się u ciebie nikt (…), kto by praktykował wróżby, zaklinanie, magię i czary, nikt, kto by wywoływał duchy, pytał o radę czarowników, szukał rady u zmarłych” (Pwt 18,10-11). Przy odrobinie złej woli, a tej akurat saduceuszom nie brakowało, wskrzeszenie Łazarza łatwo można było uznać za wywoływanie duchów i szukanie rady u zmarłych. Ten znak był tak wielki, tak krzyczący, że nie można było sobie z nim poradzić w taki sposób jak z innymi uzdrowieniami. Trzeba było zareagować. Zresztą Jezus też doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co musi się teraz stać. „Jego podróż do Jerozolimy i do świątyni, gdzie Mesjasz miał zostać wprowadzony na tron przez Boga, miała sens mesjański. Wraz z wjazdem do Jerozolimy i oczyszczeniem świątyni wybiła godzina prawdy; teraz musiało nastąpić rozstrzygnięcie” – pisał Betz. Ciekawe, że tego wniosku, iż Jezus wjeżdżał do Jerozolimy z pełną świadomością oczekującego Go męczeństwa i śmierci, nie chce przyjąć wielu egzegetów, którzy jednocześnie domagają się, by interpretować Jezusa i Jego czyny w kontekście judaizmu przed rokiem 70. Ale czy można sobie wyobrazić, właśnie znając ówczesne stosunki polityczne, że Jezus przybywał do Jerozolimy już po namaszczeniu w Betanii, już po tym jak wskrzesił Łazarza i nie spodziewał się, że czeka Go rychła śmierć? Właściwie Jego jedyną bronią była popularność wśród części przynajmniej pielgrzymów z Galilei, którzy, niezależnie od tego, co sądzili o naukach Jezusa, musieli być dumni, że mają takiego rodaka.

Paweł Lisicki, Kto zabił Jezusa, Wydawnictwo M, Kraków 


więcej tekstów autora

Paweł Lisicki

dziennikarz, publicysta, teolog, pisarz. Były redaktor naczelny dziennika "Rzeczpospolita" i tygodnika "Uważam Rze", obecnie tygodnika "Do Rzeczy"

Polecamy

Uwolnijcie nas stąd

Wydawnictwo M

Sen jako powiernik

Ks. Jacek Jurczyński SDB

partnerzy