Wybierz Biblię dla siebie

dołącz do nas
Krąg biblijny
źródło: Shutterstock
  • 9 października 2014
  • komentarzy
  • 1 259 wyświetleń
  • lubi to!

Zabiłem Boga?

Roman Brandstaetter

Staszek, który stał dotychczas z pochyloną głową, wyprostował się i rzekł:
– Od dzisiaj nie będziemy się z tobą bawić. Ani ja, ani Wyżeł.
Zmartwiałem. – Dlaczego?
– Dlatego.
– Przecież…
– Nie… nie… To jest postanowione.
– Ale dlaczego?
Wyrzucił z siebie: – Bo ty zabiłeś Pana Boga.
– Ja?
– Ty.
– Ja zabiłem…
– Tak.
– Ja?…
– Ty! Ty! Ty!
– Kiedy? Gdzie? Ja…
– Pana Jezusa!
– Nieprawda! — wrzasnąłem.
– Prawda!
– Nieprawda! — zacisnąłem pięści i szedłem ku Staszkowi, który cofnął się ku ścianie. Nie wiedziałem, o co mu chodzi, nie wiedziałem, o czym mówi. Bóg? Bóg? Zabiłem Boga? Dlaczego miałem zabić Boga? Jezusa? Jezusa? Ja zabiłem? Ja? Kogo zabiłem?! Wszystko jedno! Ja nikogo nie zabiłem! Nikogo! Wyciągnąłem obie ręce i już, już sięgałem nimi do czupryny Staszka, gdy znienacka ogarnęła mnie bezsilność.
– Kto ci to powiedział? — szepnąłem.
– Ktoś powiedział.
– Kto?
– Ktoś, kto wie.
– Ty w to wierzysz?
– Wierzę!
Poczułem łzy w oczach: — Przecież ja jestem Zając, Dubeltówo.
– No to co?
– Czy zając może zabić Pana Boga?
Staszek wybiegł z salonu. Wyszedłem do przedpokoju, chwyciłem płaszcz, czapkę, pod pachę zgarnąłem nuty i pobiegłem do domu.

(…) I oto, mając dwanaście lat, dowiedziałem się, że przyszedłem na ten świat nie tylko z piętnem grzechu pierworodnego, ale i bogobójcy. W niewiadomych mi okolicznościach i z niewiadomych powodów zabiłem Boga, Tego, który przybity do krzyża wisi na wschodniej, zewnętrznej ścianie katedry. Począłem zatem zastanawiać się, jak mam dotrzeć do prawdy i co mam uczynić, aby zrozumieć, kim jest Chrystus, kiedy żył, co zdziałał, kto Go naprawdę zabił, a przede wszystkim — dlaczego Staszek, mój przyjaciel i dotychczasowy towarzysz zabaw, właśnie mnie obarczył winą za zabójstwo. Przez tę niewiedzę nie umiałem się przebić jak przez żelazną zaporę. Im bardziej zbliżałem się ku niej, tym wydawała mi się wyższa, rozleglejsza, nie do pokonania. Pozostawiony samemu sobie, pierwszy raz w życiu pojąłem, czym jest bezradność wobec przemożnych sił, które nas zewsząd oblegają. A chociaż nic nie wiedziałem wtedy o istnieniu Freuda i Junga, miałem niejasne przeczucie istnienia takich sytuacji, które żądają od człowieka przyznania się do winy i do dobrowolnej pokuty za nigdy niepopełnione grzechy. Pierwszym odruchem, który we mnie powstał, była pewność, że Chrystus, kimkolwiek jest, jest mi niechętny — po co modliłem się do Niego w katedrze? — że jest magiczną siłą, która godzi we mnie, w dziadka, w całą naszą rodzinę. Ponieważ nie chciałem dziadka i rodziców wtajemniczać w dręczącą mnie troskę — musiałbym przecież ujawnić incydent ze Staszkiem i wspólne z Marynią odwiedzanie katedry — postanowiłem poszukać kogoś z bliskiego mi otoczenia, kogoś, kto umiałby rozwikłać trudny splot męczących mnie zagadnień.

Wybór padł na kolegę szkolnego, Eliasza Gerbera, dobrego ucznia, umysłowo nad wiek rozwiniętego — uchodził za bardzo inteligentnego, dlatego przezwaliśmy go Sokratesem – lubianego przez całą klasę, albowiem podczas lekcji matematyki pozwalał bliższym i dalszym sąsiadom ściągać od siebie pisemne wypracowania. Tego to Gerbera postanowiłem prosić o wyjaśnienie trapiących mnie wątpliwości, gdyż tylko on jeden ze wszystkich kolegów, dzięki swojemu oczytaniu, mógł mi udzielić upragnionych wiadomości. Podczas jednej z pauz, gdy wysypaliśmy się rozkrzyczaną gromadą na dziedziniec szkolny, odwołałem na bok Sokratesa i spytałem:
– Powiedz mi, kim jest Chrystus?
Sokrates odpowiedział:
– Nie masz większych zmartwień?
– Chcę wiedzieć.
– Może chcesz się wychrzcić?
– Powiedz mi…
– To jest ich Bóg.
– Kim On był?
– Nie wiesz? Żydem.
– Jak to: Żydem? — spytałem z niedowierzaniem.
– No, Żydem.
– Żydem?
– Tak, ale nie lubił Żydów.
– Dlaczego?
– Czy ja wiem?
– I co było dalej? Co się z Nim stało?
– Umarł.
– Jak umarł?
– Zabili go.
– Kto Go zabił?
– Rzymianie.
– Dlaczego? — spytałem po chwili.
Sokrates zamyślił się i rzekł: — Nie wiem. Po co chcesz to wiedzieć?
Po krótkim wahaniu opowiedziałem Gerberowi zdarzenie ze Staszkiem.
– Widzisz — Gerber zniżył głos — oni mówią, że Go Żydzi zabili.
– Mówią?
– Tak. Mówią.
– Dlaczego mówią?
– Bo są antysemitami.
– A dlaczego są antysemitami?
Sokrates zniecierpliwił się i rzekł: — Bo Chrystus był antysemitą.
Rozległ się dzwonek. Sokrates spojrzał na mnie z wyrzutem: — Przez ciebie straciłem całą pauzę.
Niczego się nie dowiedziałem. Właściwie dowiedziałem się wiele, ale to „wiele” było tak mało, że nie tylko nie rozproszyło moich wątpliwości i niepokojów, ale jeszcze bardziej je rozdmuchało.

W tym dniu oberwałem dwie dwóje. Z łaciny i polskiego. Na dodatek Szymański, nasz nauczyciel języka niemieckiego, zapisał mnie do katalogu: „Brandstaetter podczas lekcji, mimo kilkakrotnych napomnień, wierci się w ławce i patrzy w okno zamiast w książkę”. Powróciwszy do domu, z biciem serca zdałem ojcu sprawozdanie z przebiegu fatalnego dnia — rozumie się, że nie ujawniłem powodu mojej nieuwagi i roztargnienia — i po otrzymaniu ostrej reprymendy i wysłuchaniu nadmiernie długiego kazania, w którym ojciec nie omieszkał mi wypomnieć moich „brewerii fortepianowych” (z czego wynikało, że Staszek przemilczał przed swoją matką powód naszej sprzeczki) — niecierpliwie czekałem na chwilę, aż rodzice po południu wyjdą z domu po sprawunki na miasto. Wreszcie zostałem sam. Zacząłem wprowadzać w życie plan, który ułożyłem sobie podczas powrotnej drogi ze szkoły do domu, gdyż mimo klęsk poniesionych w tym dniu sprawa Chrystusa wciąż mnie bardziej absorbowała niż dwóje z łaciny i polskiego i notatka o moim sprawowaniu zapisana w katalogu przez „Szymona”, jak nazywaliśmy naszego germanistę. Na jednej z górnych półek w naszej bibliotece domowej stał rząd wielotomowej Wielkiej encyklopedii powszechnej ilustrowanej. Ojciec wyjaśnił mi raz, jak należy z niej korzystać. Ale nauka poszła w las. Udawałem, że słucham, udawałem, że rozumiem, ale mając myśli zaprzątnięte inną, bardziej pasjonującą lekturą — to był mój miodowy okres rozczytywania się w Trylogii Sienkiewicza — szybko zapomniałem o uwagach, których mi ojciec udzielił o sztuce posługiwania się encyklopedią. Teraz nie zostało mi nic innego, jak samodzielnie, po omacku, przedzierać się przez gąszcze nazwisk, nazw, imion, przez grzęzawisko obcych słów, o których znaczeniu nie miałem pojęcia, aż wreszcie po długim wertowaniu piętrzących się na stole pękatych, ciężkich tomisk odnalazłem — Jezusa Chrystusa.

Większej części wywodów nie rozumiałem. Zagubiłem się w zawiłościach ciemnych dla mnie zdarzeń, a gdy wreszcie dobrnąłem do końca rozdziału, stwierdziłem tylko tyle, że między tym, co przeczytałem, a tym, co mi opowiadał Gerber, zachodzi zasadnicza różnica: według Encyklopedii winę za śmierć Chrystusa ponoszą Żydzi, według Gerbera — Rzymianie. Poza tym nierozstrzygnięta pozostała druga, nie mniej ważna dla mnie sprawa: czy Chrystus był, czy nie był antysemitą. Nie postąpiłem ani o krok naprzód w moich poszukiwaniach. Rozczarowany, odstawiłem Encyklopedię na półkę, nic nie wiedząc, że obok niej stoi oprawiony w półskórek rocznik hebrajskiego tygodnika „Haiwri”, w którym dziadek zamieścił swój hebrajski przekład rozprawy Ludwiga Philippsohna: „Haben wirklich die Juden Jesum gekreuzigt?” (Czy Żydzi naprawdę ukrzyżowali Jezusa?). Tej nocy znowu śniłem o ogromnych przestrzeniach, najeżonych kolcami, w które spadałem z nieskończonych wysokości. Pokłuty, pokrwawiony, wciąż leciałem w dół w burzy ruchomych cierni. Obudziłem się z krzykiem, mimo to na jawie w dalszym ciągu tak silnie przeżywałem sen, jak gdybym wciąż jeszcze spadał w szalejący żywioł. Uspokoiłem się dopiero w ramionach mojej matki, gdy usłyszałem nad sobą jej spokojny głos. Kilka dni później Marynia powiedziała do mnie szeptem:
– Chodź, pójdziemy pomodlić się do kościoła.
Odpowiedziałem opryskliwie: — Nie. Nie pójdę.

Dobrze pamiętam tę chwilę, gdy w jesienne popołudnie przeczytałem po raz pierwszy wiersz Tuwima Chrystusie…:

„Jeszcze się kiedyś rozsmucę, Jeszcze do Ciebie powrócę, Chrystusie…
Jeszcze tak strasznie zapłaczę, Jeszcze przez łzy Ciebie zobaczę, Chrystusie…
I taką wielką żałobą Będę się żalił przed Tobą, Chrystusie,
Że duch mój przed Tobą uklęknie I wtedy serce mi pęknie, Chrystusie…”

Utwór ten stał się źródłem moich wczesnych niepokojów, nadziei i rozterek, gdyż utrafił w sedno duchowych poszukiwań trzynastoletniego podrostka, który niczego jeszcze nie rozumiał, ale wielu spraw się domyślał, wiele konfliktów przeczuwał, a jeden konflikt, dający przedsmak dalszych, bardzo gorzkich doświadczeń, nader boleśnie przeżył. Wiedziałem, że Tuwim jest żydowskiego pochodzenia i że chrztu nie przyjął. Ta postawa — czekania? wahania? wątpliwości? — stała się dla mnie znakiem sygnalizującym istnienie nieznanej mi dotychczas ambiwalencji uczuć, wyrażających się w fakcie, że można być Żydem, nie przyjąć chrztu i wierzyć w Chrystusa. To odkrycie wywróciło na nice wszystkie moje chłopięce wyobrażenia o związkach i sporach żydowsko-chrześcijańskich i jeszcze bardziej je pogmatwało. W głowie mojej powstał nie byle jaki zamęt, którego nie umiałem ujarzmić. Zacząłem pisać niezdarne wiersze o Chrystusie i o św. Franciszku z Asyżu — niewiele wiedząc o Chrystusie, a jeszcze mniej o Biedaczynie — które chowałem głęboko na dnie szuflady, aby nie dostały się do niepowołanych rąk. Nie pamiętam, jakim sposobem i w jakich okolicznościach zeszyt z tymi gryzmołami znalazł się w rękach mojej matki, która je przeczytała i nic nie mówiąc o nich ojcu schowała w swoim biurku. Spłonęły w płonącej Warszawie.

Roman Brandstaetter, Krąg biblijny, Wydawnictwo M, Kraków 2010, s. 48-54


więcej tekstów autora
Polecamy

Szaweł, czy Paweł?

ks. Mariusz Rosik

Odkryć, kim jestem

Krzysztof Leśniewski

partnerzy