Wybierz Biblię dla siebie

dołącz do nas
Jak czytać Biblię
źródło: Shutterstock
  • 8 lutego 2016
  • komentarzy
  • 1 030 wyświetleń
  • lubi to!

Posłuszeństwo Jezusa

Anna Świderkówna

Jezus widzi wyraz miłości w posłuszeństwie, i chyba jest tak przede wszystkim dlatego, że właśnie posłuszeństwo jest aktem woli, który niejako otwiera drzwi naszego „ja”, tego zamkniętego w sobie „ja”. Łączy mi się to z definicją o. Varillona, że miłość to jest przyjmowanie i dawanie. Jeżeli przyjmujemy człowieka, to w tym człowieku przychodzi do nas zawsze Bóg bez względu na to, kim jest ten człowiek, a dawać trzeba wszystko, siebie samego również, i taka jest właśnie droga Jezusa. Przytoczę teraz zdanie pewnego teologa: „Będąc objawieniem miłości Ojca w życiu człowieka, mógł On nadać swojemu istnieniu jedną tylko formę, istnienia oddanego bez reszty miłości innych, miłości idącej aż do końca”. „Umiłowawszy swoich, do końca ich umiłował” (por. J 13, 1).

To ważne słowa św. Jana, bo Jezus dobrze wiedział, że w sprawach miłości jesteśmy bardzo niepojętni, bo ciągle będziemy identyfikować, utożsamiać miłość z  uczuciem. Z  uczuciem, które jest bardzo potrzebne, bardzo dobre, ale które nam może tylko pomagać kochać, a nie stanowi istoty miłości. Powracał też Jezus do tego tematu wielokrotnie i także w wielkiej mowie o chlebie życia, gdzie powiedział: „Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim” (J 6, 56). Mamy znowu to „we Mnie”, „on we Mnie, a Ja w nim”. A potem to zdanie objaśnia następująco: „Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez [dla] Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze [dla] Mnie” (w. 57). Tutaj mogą być państwo troszkę zdziwieni, bo przywykliśmy do tłumaczenia „żyję przez Ojca, żyje przeze Mnie” w Biblii Tysiąclecia. W biblijnym przypisie mamy odnośnik, gdzie jest powiedziane, że inni tłumaczą „dla”, tyle tylko że to nie jest dobry odnośnik. Dlatego że naprawdę użyte tu greckie słówko δια znaczy zarówno „przez”, jak i „dla”. I dlatego właśnie tłumaczę to „Ja żyję przez Ojca i dla Ojca. I ten, kto będzie spożywał Ciało moje, żyć będzie przeze Mnie i dla Mnie”.

Co to znaczy, że Jezus żyje przez Ojca? Dla Jezusa wola Ojca jest pokarmem, źródłem siły i po prostu samego istnienia, w każdej chwili żyje Jezus tym, co Ojciec Mu daje i czego Ojciec od Niego oczekuje. Żyje przez Ojca, można by powiedzieć, że żyje Ojcem po prostu, bez Niego nie mógłby istnieć, tak jak my nie moglibyśmy żyć bez powietrza. I tak się dzieje, że w ten sposób żyje przez Ojca aż do ostatniego tchnienia na krzyżu i dobrowolnie przyjętej okrutnej ludzkiej śmierci. On zawsze jest cały bez reszty dla Ojca. Nazbyt często widzimy w śmierci Jezusa przede wszystkim cierpienie, zupełnie tak jakby Ojciec mógł się lubować cierpieniem Syna. Tymczasem śmierć Jezusa na krzyżu jest przede wszystkim ostatecznym otwarciem, pełnym wyrazem miłości. Właśnie przez Ojca i dla Ojca doskonałym przyjęciem wszystkiego, czego Ojciec chce, i Ojca samego oraz doskonałym oddaniem się Ojcu. Jezus w swoim życiu człowieczym jest zawsze tym, kim jest od wieczności. Dlatego to Jezus może mówić, że Ojciec jest w Nim, a On w Ojcu, i jeżeli my będziemy żyć podobnie do Niego, przez Niego i dla Niego, wówczas i my zostaniemy wciągnięci w to święto, w ten taniec nieskończonej miłości.

Nie na darmo teologowie Wschodu użyli na wyrażenie wewnętrznego życia Boga, Trójcy Świętej greckiego słowa perichoresis, które oznacza to wzajemne przyjmowanie i oddawanie – Ojciec i Syn w Duchu Świętym. Ale jeżeli możemy żyć na Jego wzór, to dlatego, że Bóg stworzył nas na swój obraz. Stworzył nas mężczyzną i kobietą i to sprawia, że możemy z całym naszym człowieczeństwem, całym naszym psychofizycznym „ja” dążyć do tego, nawet podświadomie, do tego nieustannego przyjmowania i dawania. A tym nieustannym przyjmowaniem i dawaniem jest także odwieczna radość Trójjedynego Boga. To jest to, co czujemy w sobie od początku do końca, my chcemy przyjmować i dawać, nawet kiedy tego nie wiemy, kiedy nie zdajemy sobie sprawy, kiedy robimy z tego karykaturę czy w ogóle kiedy popełniamy świętokradztwo w miłości mężczyzny i kobiety. W moim życiu jest coś bardzo cennego, byłam wtedy w pierwszej klasie gimnazjalnej i wtedy ta klasa po raz pierwszy uczestniczyła w rekolekcjach ogólnoszkolnych. I nasz prefekt, bardzo mądry ksiądz, młody wtedy jeszcze ks. Stefan Piotrowski, późniejszy wieloletni wikariusz generalny w archidiecezji warszawskiej, mówił między innymi o „życiu zmysłowym”, dzisiaj by się powiedziało życiu seksualnym. Ja wtedy nie bardzo wiedziałam, że jemu o to chodzi, ale się domyślałam. I on mówił nam, dziewczynom różnego wieku, bo to była szkoła żeńska, że życie zmysłowe to świętość, i jednocześnie ostrzegał, że nadużycie świętości jest świętokradztwem. I to, co się w tej chwili dzieje w tej dziedzinie życia, to jest nie tylko grzech zwykły, nie tylko zło, które zniekształca człowieczeństwo, ale to jest świętokradztwo. Bo my jesteśmy stworzeni dla siebie nawzajem i nawet ci z nas, którzy są prowadzeni drogą samotną, którzy są powołani do życia w absolutnej czystości, właśnie dlatego mogą to powołanie spełniać, że są stworzeni do przyjmowania i dawania. To jest tajemnica miłości, tej prawdziwej miłości.

I może teraz trochę lepiej zrozumiemy słowa Jezusa, który mówił w Modlitwie arcykapłańskiej: „Aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, by świat uwierzył, że Ty Mnie posłałeś. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i że Ty ich umiłowałeś, tak jak Mnie umiłowałeś” (J 17, 21–23). Konstytucja soborowa o Kościele w świecie współczesnym, opierając się na tych słowach właśnie, mówi, że wzorem jedności dla wspólnoty ludzkiej jest jedność samej Trójcy Świętej (por. KDK 24). A jeśli w świecie jest tak mało tej jedności, jest tak wiele zła i niewiary, to może dlatego, że jesteśmy daleko od tego wzoru. Co więcej, tak często i tak niemądrze skłonni jesteśmy uważać, że dając, możemy stracić, a przyjmując, poniżamy się. Pragniemy być samodzielni, niezależni, zapominając całkowicie o słowach Jezusa ostrzegających, że kto za wszelką cenę chce zachować życie, ten może je łatwo stracić czy, mówiąc dzisiejszym językiem, zmarnować. Nie na darmo w tej samej konstytucji Sobór przypomniał także, że człowiek staje się w pełni człowiekiem dopiero przez całkowity dar z siebie, to jest właśnie to pełne otwarcie na przyjmowanie i dawanie.

Otóż to przyjmowanie i dawanie, to otwarcie na innego jest sprzeczne z filozoficznym obrazem Absolutu, bytu doskonałego. Leszek Kołakowski w książce Jeśli Boga nie ma napisał, że z chrześcijańskiego punktu widzenia pojęcie historycznego Boga wydaje się wewnętrznie sprzeczne (i tu nie ma racji), gdyż Absolut jest na mocy definicji antyczną pełnią, której niczego nie brakuje, która niczego nie pragnie, jest niewzruszona. W tym punkcie jednak Bóg chrześcijański nigdy nie był wolny od niejasności, jest On nade wszystko miłością, a miłość wymaga dwojga. Otóż z punktu widzenia chrześcijańskiego ta sprzeczność rozwiązuje się w tajemnicy Trójcy Świętej, to jest właśnie odpowiedź. Dlatego nie mam pretensji do Kołakowskiego za to zdanie, wręcz przeciwnie, jestem mu za nie wdzięczna, tylko popełnia błąd, mówiąc, że to jest z chrześcijańskiego punktu widzenia, bo z chrześcijańskiego punktu widzenia odpowiedzią, a właściwie rozwiązaniem tej sprzeczności jest tajemnica Boga Trójjedynego. Filozofia grecka, a za nią europejska doszła do pojęcia bytu jedynego, Boga jedynego. Tym Bogiem jedynym jest Absolut, spoczywający sam w sobie byt doskonały, który niczego nie potrzebuje, a zatem i niczego nie kocha, jest jednością statyczną, zamkniętą w sobie, bez odniesienia do świata, nie jest osobą. Osoba bowiem może istnieć tylko tam, gdzie jest na kogoś otwarcie, gdzie jest zwrot do kogoś, gdzie jest życie w relacji. (…)

Mamy się uczyć otwarcia, otwierając się na naszych braci. Nieraz się zastanawiamy, jak możliwe jest kochać człowieka, który jest dla nas niesympatyczny czy nawet gorzej. Przecież uczucia nie można sobie nakazać! Oczywiście nie chodzi tu o uczucia. Wystarczy zrozumieć, o co naprawdę chodzi, i po prostu próbować najpierw tego człowieka przyjąć. Ja nie mówię, że koniecznie przyjąć w domu; przyjąć to znaczy przyjąć go takim, jakim jest naprawdę. To znowu nie znaczy powiedzieć, że robi dobrze, jeśli robi źle. Każdy z nas wie, co to znaczy, bo każdy z nas chce być przyjęty przez drugiego człowieka, a potem naprawdę dać mu siebie. I takie codzienne, niekiedy trudne, często nieudane przyjmowanie i dawanie jest dla nas praktycznym wchodzeniem w życie Trójjedynego. Miłość bliźniego to niejako korepetycje, które mają nas nauczyć żyć życiem samego Boga, żyć tym odwiecznym przyjmowaniem i dawaniem. I w ten sposób widzimy, że przykazanie miłości bliźniego zarówno wypływa z tajemnicy Trójcy, jak i do niej z powrotem prowadzi. A uczy nas tego nie kto inny tylko Duch Święty, w którym wołamy „Abba, Ojcze”, jak pisze św. Paweł w Liście do Rzymian (8, 15) i Liście do Galatów (4, 6). Przecież ten Duch jest w Trójcy Świętej osobowym dawaniem i przyjmowaniem, przyjmowaniem i dawaniem, jest w Niej komunią.

Anna Świderkówna, Sekrety Biblii, Wydawnictwo M, Kraków 2012, s. 91-96


więcej tekstów autora

Anna Świderkówna

ur. 5 grudnia 1925 w Warszawie, zm. 16 sierpnia 2008 tamże – polska historyk literatury, filolog klasyczny, papirolog, biblistka, tłumaczka; profesor Uniwersytetu Warszawskiego, popularyzatorka wiedzy o antyku i Biblii

Polecamy

partnerzy