Wybierz Biblię dla siebie

dołącz do nas
Biblia zmieniła moje życie
źródło: Shutterstock
  • 28 listopada 2015
  • komentarzy
  • 1 084 wyświetleń
  • lubi to!

Czy wśród aniołów są dziewczynki?

Marta Wielek

„Nie chcę iść do kościoła!” − woła pięcioletni Jaś, tupiąc przy tym nogą. Nie daje się namówić na włożenie butów, wykorzystuje każdą chwilę nieuwagi rodziców, by wymknąć się do swoich zabawek. „Tam jest nudno!” − odpowiada na próby nakłonienia go do wyjścia na niedzielną Mszę św. Po kilkunastu minutach ulega, ubiera się i wychodzi z ulubioną zabawką i z obrażoną miną. To już niemal rytuał, który towarzyszy każdemu wyjściu do kościoła.

Jaś nie jest wyjątkiem. Większość rodziców słyszy takie protesty, gdy chce zabrać swoje pociechy na niedzielną Eucharystię. Nawet ci bardzo pobożni. Ze zdumieniem i ciężkim sercem patrzą, jak ich maluch, który co wieczór przecież tak chętnie i pięknie odmawia modlitwy, buntuje się przeciwko udziałowi we Mszy św. „Co robimy źle?” − zastanawiają się często. Zwłaszcza że przekonanie kilkulatka do przyjścia na Mszę św. to zazwyczaj dopiero pierwszy etap kłopotów. Trzeba jeszcze przetrwać z dzieckiem tę godzinę w kościele. Przetrwać. Bo trudno mówić o uczestniczeniu w Eucharystii, gdy wzrok i uwaga skupione są na maluchu, który w każdej chwili może zapragnąć przemieścić się w niedozwolone miejsce, obejrzeć kwiaty na ołtarzu, złapać księdza za ornat lub urządzić bieg przez środek świątyni. Przetrwać. Bo dziecko głośno komentuje to, co widzi, lub krzyczy domagając się uwagi mamy lub taty, którzy próbują uszczknąć choć odrobinę z liturgii. Przetrwać. Bo nieraz trzeba jeszcze z przepraszającym uśmiechem przyjąć uwagi i oburzone spojrzenia tych, którym aktywność dziecka bardzo przeszkadza.

Grunt to dobra strategia
Trzyletni Franek przez całą Mszę płacze, rodzice noszą go na rękach, uspokajają, pokazują obrazy i sprzęty liturgiczne w kościele, szepczą na ucho wyjaśnienia gestów i słów kapłana. Niewiele to pomaga. Franek najczęściej zaczyna płakać po przekroczeniu progu świątyni, a uspokaja się dopiero w czasie komunii. Czteroletnia Martynka jest bardzo ciekawska, nie wytrzyma nawet kilku minut bez zadawania rodzicom pytań: co jest na tym obrazie?, po co jest ten obrus?, dlaczego ta pani ma fioletowe włosy?, a co czyta ten gruby ksiądz? itp. Na dodatek ciągle zapomina, że powinna mówić szeptem. Dwuipółletni Kuba usiłuje włączyć się w śpiew, niestety nie może nadążyć za całym zgromadzeniem i włącza się dopiero wtedy, gdy wszyscy milkną. Śpiewa wtedy po wielekroć i na cały głos ostatnie zasłyszane słowa.

Rodzice przyjmują różne strategie. Jedni pozwalają dziecku zachowywać się swobodnie tak długo, aż nie zacznie przeszkadzać innym. Inni dyscyplinują je na każdym kroku, by siedziało grzecznie i spokojnie. Jeszcze inni całą mszę szepczą swoim maluchom do ucha, tłumacząc na bieżąco, co się dzieje na ołtarzu. Skuteczność tych strategii wydaje się losowa. Są dzieci, które dzięki swobodzie polubią kościół i po pewnym czasie zaczną się coraz bardziej interesować tym, co się w nim dzieje. Ale są i takie, którym trzeba od razu wyraźnie zaznaczyć, że świątynia jest miejscem wyjątkowym, w którym trzeba się odpowiednio zachować. W przeciwnym razie trudno im będzie oderwać się od zabawy i skierować uwagę na ołtarz. Niektóre maluchy doskonale reagują na wyjaśnianie znaków i gestów w liturgii w trakcie jej trwania − dzięki temu wchodzą w nią naturalnie i z zachwytem. Dla innych jest to tylko kolejna okazja do pogadania sobie w kościele. Każdy rodzic sam musi się zmierzyć z tym, co jest najbardziej odpowiednie dla jego pociechy. A jeśli ma ich dwie, trzy, lub cztery, powinien się przygotować, że każda z nich może być wrażliwa na inne bodźce. Wtedy wspólny udział we Mszy św. to nie tylko kwestia odpowiedniej strategii, ale całej taktyki postępowania.

A może należałoby w ogóle zrezygnować z przyprowadzania dzieci do kościoła do czasu, aż będą mogły zrozumieć to, co się tam dzieje? Może. Pojawia się jednak pytanie, czy kiedykolwiek osiągną satysfakcjonujący poziom zrozumienia liturgii, zwłaszcza jeśli nie będą w niej uczestniczyć. Mogą się co najwyżej nauczyć karnie i grzecznie odstać całą Mszę św. Tylko czy o to rodzicom rzeczywiście chodzi?

Zmysł Boga
Zastanawiająca jest ta niechęć dzieci do udziału w liturgii, zwłaszcza że w innych sytuacjach wykazują niezwykłą wręcz intuicję religijną. Niektórzy rodzice czy katecheci przedszkolaków mówią, że mają one wręcz zmysł Boga. Czują Go, nawet jeśli nikt im o Nim nie opowiada. Sofia Cavaletti, która w latach 60. prowadziła wśród dzieci katechezy oparte na metodzie pedagogicznej Marii Montessori, wspomina w swojej książce maluchy, które doświadczyły przeżyć metafizycznych. Opowiada między innymi o pięcioletniej dziewczynce, która zobaczywszy motyla, pobiegła za nim, bo czuła się przez niego „przyciągana”. Po chwili poczuła się „pełna radości i ciepła w całym ciele”, a „wszystko wokół niej zaczęło się otwierać”. Wróciła do mamy i krzyknęła: „Mamo, znam Boga!”.

Ten sam Franek, który przez całą Mszę św. płacze, każdego wieczoru „przytula się do Jezusa”. Prosi rodziców, by podali mu wiszący na ścianie obraz przedstawiający Jezusa Miłosiernego, całuje, przytula się do niego, głaszcze i szepcze: „Dobranoc”.

Z kolei trzyletnia Ania nachyla się nad łóżeczkiem nowo narodzonego braciszka i mówi do niego: „Dobrze, że jesteś. Opowiesz mi o tym, jak jest w niebie, bo ja już troszkę zapomniałam”. Inna dziewczynka w tym samym wieku na każde pytanie o przyczynę jakiegoś zjawiska, np. wiatru, deszczu, powstawania gór, morza, odpowiada z pełnym przekonaniem: „Pan Bóg to zrobił. On wszystko zrobił”. A po stracie ukochanej świnki morskiej pociesza starszą siostrę: „Nie martw się, niedługo wszyscy umrzemy, a potem Pan Jezus nas ożywi i znowu zobaczymy naszą świnkę”.

Dzieci mają niezwykłą intuicję religijną, wykazują dużą wrażliwość na świat nadprzyrodzony. Czują go, choć nie potrafią nazwać i zrozumieć swoich doświadczeń. Zadają więc mnóstwo pytań: „co to znaczy, że Bóg mieszka w niebie?”, „gdzie byłem, kiedy mnie jeszcze nie było?”, „czy wśród aniołów są też dziewczynki?”, „dlaczego Bóg Ojciec jest niebieski?”. Dzieci mówią wprost o rzeczywistości, nad którą dorośli dumają przez całe lata. Nie ma w nich tej bariery rozumu i sensu, którą mają dorośli. Dla dzieci nie ma rzeczy niemożliwych. Gdy ktoś im mówi, że w czasie Eucharystii chleb zamienia się w Ciało Jezusa, to się nie zastanawiają, jak to jest możliwe, tylko przyjmują to za pewnik. Jeśli słyszą, że podczas Mszy św. wraz z kapłanem modli się całe niebo, to mogą ze szczegółami opowiadać o tym, jakiego widziały anioła lub świętego. Dla nich sfera ducha jest równie realna i prawdziwa jak świat materialny.

Zachwycać, nie pouczać
Dlaczego więc tak trudno im zakorzenić się we Mszy św.? Wydaje się to tym dziwniejsze, że dzieci uwielbiają rytuały, wręcz potrzebują powtarzalności określonych czynności. Powinny więc łatwo wchodzić w przestrzeń, która oparta jest na powtarzalnych gestach i słowach. A jednak tak nie jest. Po części problem tkwi zapewne w tym, że sami nie potrafimy im wyjaśnić znaczenia i celowości określonych znaków liturgii. Uczestniczymy w niej, niekoniecznie śledząc szczegóły, które dla dziecka są bardzo ważne: „dlaczego ksiądz czasem unosi ręce, a czasem trzyma je wyprostowane przed sobą?”, „dlaczego dolewa do wina wody?”, „po co są zapalone świece na ołtarzu, skoro w całym kościele świeci się światło?”.

Nawet jeśli skupimy się na wyjaśnianiu tych znaków, pozostaje jeszcze liturgia słowa, która z punktu widzenia dziecka jest najbardziej statycznym i najnudniejszym fragmentem Mszy św. Z doświadczeń rodziców wynika, że właśnie wtedy – zwłaszcza podczas homilii – najtrudniej jest zająć uwagę dziecka i okiełznać jego ruchliwość. Kilkuletnie dziecko nie rozumie ani czytanych tekstów Pisma Świętego, ani też – niestety – kazania.

Zdarza się, że podczas Mszy św. dla dzieci księża głoszą homilie specjalnie dla dzieci, nieraz bardzo atrakcyjne pod względem formy. Dla przedszkolaków są jednak chyba i tak za trudne. Główny problem polega chyba na innej wrażliwości religijnej dzieci w tym wieku. Głoszenie Słowa Bożego, nawet dla dzieci, ma najczęściej wymiar moralny. Zarówno dzieciom, jak i dorosłym tłumaczy się przede wszystkim, jakie zachowania w odniesieniu do danego fragmentu Ewangelii są pożądane, a jakich należy unikać. Tymczasem dzieci w wieku przedszkolnym nie potrafią ocenić moralnie swoich czynów. Amerykański psycholog Lawrence Kohlberg, który opracował etapy rozwoju moralnego człowieka, twierdził, że dla dzieci w tym wieku właściwym kryterium oceny jakiegoś działania jest to, czy jest ono przyjemne, czy przykre. Jeśli przestrzegają jakichś reguł działania, to tylko po to, by uniknąć kary.

Jeśli ktoś opowiada im o Bogu, kładąc nacisk głównie na kształtowanie właściwych zachowań, prawdopodobnie nie rozbudzi u maluchów zaangażowania religijnego. Dzieci mogą się zastosować do stawianych im wymagań, ale raczej nie przylgną w ten sposób do Boga. Sofia Cavaletti twierdziła, że najwłaściwszym kierunkiem formacji religijnej dzieci w tym wieku jest wzbudzenie w dziecku zachwytu Bogiem – Jego wspaniałością, a nade wszystko Jego miłością i troską o człowieka. Małe dziecko ze swoją nadzwyczajną wrażliwością religijną potrzebuje przede wszystkim usłyszeć, że jest przez Boga kochane. To odpowiada jego ogromnemu zapotrzebowaniu na potwierdzenie jego poczucia bezpieczeństwa.

Medytacja, czyli przeżuwanie
Dlatego kiedy zaczynamy rozmawiać z małym dzieckiem o Bogu, powinniśmy się nastawić na to, by głównym wątkiem naszego przekazu była opowieść o Bogu kochającym i czułym. Należy zminimalizować wszelkie aspekty moralne, a skupić się na tym, jaki Bóg jest. Aby maksymalnie wykorzystać to, co dziecko wie dzięki swej intuicji religijnej, trzeba się nastawić na to, by być raczej towarzyszem dziecka w jego przygodzie z Panem Bogiem, a nie przewodnikiem. Ważne jest, by zadawać mu pytania, ale nie wymuszać właściwej odpowiedzi. To pozwala stworzyć przestrzeń między nim a Bogiem, pobudzi do myślenia i do długotrwałego zatrzymania się na jakiejś treści. Przede wszystkim zaś może otworzyć dziecko na Boga, który jest Tajemnicą; którego nie można, ot tak, w kilku słowach opisać, zamknąć, wytłumaczyć. On jest przecież Niepojęty! Bóg mówi o sobie na kartach Pisma Świętego, zatem doskonałym pretekstem do podjęcia tematu więzi dziecka z Bogiem mogą być niedzielne teksty Ewangelii. Omawianie ich z dziećmi może przynieść podwójną korzyść. Po pierwsze, pomaga nam skupić się na tym, co Bóg rzeczywiście mówi o sobie, a nie na naszych wyobrażeniach o Nim. Po drugie, pozwala przygotować się do niedzielnej liturgii słowa, która jest takim newralgicznym momentem Mszy św. Dziecko będzie przygotowane do tego, co usłyszy w kościele, i do tego, co się za tym kryje. Liturgia Słowa nie będzie już potokiem niezrozumiałych słów, ale będzie wywoływać w dziecku określone skojarzenia. Być może pobudzi do ponownego przemyślenia, „przemedytowania” tekstu.

W odpowiednich warunkach przedszkolaki potrafią fantastycznie medytować – w pierwotnym znaczeniu tego wyrazu – nad Słowem Bożym. „Przeżuwają” tekst, po wielekroć powtarzają na głos słowa, które im się spodobały. Słuchają ich brzmienia, szukają innych zastosowań, układają sobie historyjki z ich wykorzystaniem. Chociaż pozornie nie wygląda to na modlitwę czy pogłębianie wiedzy o Bogu, w rzeczywistości pomaga im budować relację z Nim. Stwarza kolejne skojarzenia, podsuwa słowa, które są z Nim związane. Na swój sposób dziecko przepracowuje zasłyszany tekst i tworzy własne wyobrażenie o Bogu. Nie należy mu w tym przeszkadzać, ingerować jakoś w jego „medytację”, poprawiać go, korygować jego skojarzeń. Trzeba poczekać, aż dziecko samo zdecyduje się skonfrontować swoje odkrycia z naszą wiedzą.

Dzieci są bardzo wrażliwe na znaki i symbole, doskonale poruszają się w tej przestrzeni. Warto więc wykorzystać je w rozmowach z dzieckiem o Bogu. Najłatwiej zapamiętują coś, gdy mogą czegoś dotknąć, same coś zrobić, przetestować wiele razy. Można więc przygotować się do wspólnego rozważania ewangelicznych fragmentów, zaopatrując się w różne pomoce, które ułatwią zobrazowanie omawianego tekstu. Byłoby idealnie, gdyby chociaż jeden element z tych pomocy dziecko mogło zabrać potem ze sobą do kościoła. W czasie homilii maluch będzie mógł użyć tych pomocy, by powrócić do rozmowy z rodzicem. Zamiast się jak zwykle nudzić, będzie mógł przeżyć ją jeszcze raz. Być może zada nowe pytania, prawdopodobnie spróbuje odtworzyć jakieś fragmenty tej rozmowy. Nie zawsze będzie możliwe zrekonstruowanie w kościele tej wcześniejszej rozmowy w domu, ale trzeba dać dziecku szansę, by na tyle, na ile się da, mogło sobie odgrywać ponownie tamto spotkanie ze Słowem Bożym.

Beata Legutko, Marta Wielek, Dzieci poznają. Adwent i Boże Narodzenie, Wydawnictwo M, Krakówadent_i_boze_narodzenie_3d_z_tlem


więcej tekstów autora

Marta Wielek

z-ca red. naczelnego miesięcznika LIST, redaktor miesięcznika BIBLIA Krok po Kroku

Polecamy

Wątpić, aby uwierzyć

Anne Field OSB

Biblia jak człowiek

Roman Brandstaetter

Z Betfage do Jerozolimy

Fernando Perfetti

partnerzy